Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

Donald Władimirowicz Trump i fiasko „rewolucji boliwariańskiej”

Zadanie, przed którym stoi dziś lewica, to nie besztanie Trumpa za popełnioną zbrodnię (której można się było spodziewać), ale refleksja nad tym, dlaczego „rewolucja boliwariańska” w Wenezueli poniosła tak dotkliwe fiasko.

ObserwujObserwujesz

W mediach wprost roi się od szczegółów na temat tego, jak przygotowano pojmanie Nicolása Maduro i jego małżonki. Warto zastanowić się nad kuriozalnością tego czynu: oto Wenezuela znalazła się de facto pod okupacją, choć wszystkim zarządzają te same władze, co wcześniej. 3 stycznia 2026 roku Trump stwierdził: „Będziemy kierować tym krajem, dopóki nie uznamy, że przekazanie sterów jest bezpieczne, zasadne i rozsądne” i bez ogródek przyznał, że uważa, iż to on sam „dowodzi Wenezuelą”.

Nie dziwi zatem ignorowanie przez Trumpa żądań proamerykańskiej opozycji, która pragnie odgrywać kluczową rolę w tej nowej sytuacji. USA chcą „rządzić” Caracas, nie wysuwając żadnych międzynarodowych roszczeń prawnych i – co szczególnie ważne – wydaje się, że wolą współpracować z wiceprezydentką w gabinecie Maduro, Delcy Rodriguez (jeżeli będzie ona w stanie zrealizować żądania Waszyngtonu), niż z najważniejszymi postaciami opozycji.

Czytaj także Kraina ropą płynąca i prawo silniejszego. Wenezuela po Maduro Ewa Sapieżyńska

Skąd takie przedziwne zachowanie? Odpowiedź jest prosta: USA zwisa demokracja czy interesy wynikające z woli ludu. Trump twierdzi, że będzie zawiadywać Wenezuelą bezterminowo, czyli na tyle długo, by doprowadzić do jej pełnej kolonizacji, jednocześnie kontrolując i czerpiąc zyski z zasobów naturalnych tego kraju. USA będą „bardzo mocno zaangażowane” w wenezuelski przemysł naftowy: „Mamy najlepsze przedsiębiorstwa naftowe na świecie, największe i najlepsze, dlatego będziemy jak najbardziej angażować się w tę branżę”. Trump już obiecuje, że „będziemy” – to znaczy Stany Zjednoczone będą – sprzedawać mnóstwo taniej ropy swoim sojusznikom.

Wenezuela kradnie swoją własną ropę?

W 1976 roku, jeszcze przed dojściem do władzy Hugo Chaveza, rząd Wenezueli przejął kontrolę nad krajowym przemysłem petrochemicznym i znacjonalizował setki prywatnych przedsiębiorstw oraz podmiotów należących do kapitału zagranicznego, w tym projekty prowadzone przez amerykańskiego giganta ExxonMobil. W 2007 roku Chávez, założyciel wenezuelskiego państwa socjalistycznego, przejął kontrolę nad ostatnim prywatnym przedsiębiorstwem naftowym w Pasie Orinoko, gdzie znajdują się największe wenezuelskie złoża ropy.

W ostatni weekend Biały Dom poinformował, że częściowym uzasadnieniem dla przeprowadzenia operacji pojmania Maduro i jego żony oraz wywiezienia ich z kraju było to, że Wenezuela ukradła amerykańską ropę. Trump zapowiedział, że USA przejmie gigantyczne zapasy ropy i pozyska amerykańskie firmy, które zainwestują miliardy dolarów w podupadłą branżę, a w Wenezueli będą stacjonować amerykańskie jednostki, ponieważ „wymagają tego kwestie związane z ropą”. Co to znaczy? Jak kraj może kraść własną ropę?

Czytaj także Wenezuela: „Maduro zdradził chávizm, ale Chávez żyje w naszych walkach” Ewa Sapieżyńska

Trump chce, by Wenezuela zwróciła USA znacjonalizowane mienie amerykańskich przedsiębiorstw naftowych, ale ta przeprowadziła większość nacjonalizacji w 1976 roku, na długo przed erą Chaveza, czyli w okresie, kiedy wciąż jeszcze uchodziła za „normalne” demokratyczne państwo zachodnie. To, co robiła wówczas, uznano za element procesu, w którym narody przejmowały kontrolę nad własnymi zasobami naturalnymi. Dlatego atak ze strony Trumpa jest wymierzony nie tylko w „skrajną lewicę”, ale również w globalny proces ekonomicznej dekolonizacji.

Co więcej, Trump uważa, że ropa, której amerykańskim przedsiębiorcom nie udało się wydobyć, to skradziona własność amerykańska – wyraźnie mówi o przejmowaniu „gigantycznych wenezuelskich zasobów ropy”.

Maduro, Putin, Netanjahu i Trump powinni siedzieć razem

Podobną obsceniczność można było obserwować dwieście lat wstecz, kiedy po udanym buncie niewolników Haiti uzyskało niepodległość, jednak krajowi przyszło zapłacić za to okrutną cenę. Francja, wcześniejszy kolonialny pan i władca, nawiązała stosunki handlowe i dyplomatyczne z Haiti dopiero po dwóch dekadach, w 1825 roku, przy czym Haiti musiało zapłacić 150 milionów franków „rekompensaty” za utraconych przez Francuzów niewolników. Była to kwota równa mniej więcej ówczesnemu rocznemu budżetowi Francji. Później obniżono ją do 90 milionów, co i tak stanowiło znaczne obciążenie, które uniemożliwiło jakikolwiek wzrost gospodarczy. Pod koniec XIX wieku płatności przekazywane Francji przez Haiti pochłaniały około 80 proc. krajowego budżetu, a ostatnia rata wpłynęła w 1947 roku.

Podczas obchodów dwóchsetlecia niepodległości w 2004 roku prezydent Jean-Baptiste Aristide z ugrupowania Lavalas domagał się zwrotu wymuszonej przez Francję kwoty, które to żądanie zostało kategorycznie odrzucone przez francuską komisję (do której należał m.in. lewicowiec Regis Debray). Mieliśmy tu do czynienia z podwójnym wymuszeniem: najpierw wykorzystano niewolników, po czym kazano im zapłacić za uznanie z trudem wywalczonej wolności.

Brzmi znajomo? Przypomnijmy skandaliczną konfrontację z Zełenskim w Gabinecie Owalnym, kiedy to Trump i Vance zażądali wyrazów wdzięczności za amerykańską pomoc dla Ukrainy i zrewanżowania się za nią poprzez dopuszczenie amerykańskich przedsiębiorstw do ukraińskich bogactw naturalnych. Czyli powtórka z rozrywki: kraj zostaje wyzwolony po to, by można go było zniewolić ekonomicznie: Rosja na wschodzie, USA na zachodzie.

Jak można się było spodziewać, europejskie reakcje na porwanie przywódcy Wenezueli były niemal na jedno kopyto: Maduro to przestępca, który powinien stanąć przed sądem, ale bez naruszania przepisów prawa międzynarodowego (podobna była reakcja przeciętnych zachodnich Europejczyków na ludobójstwo w Gazie, co do zasady ograniczająca się do wyrażenia niepokoju w związku z izraelskimi ekscesami), tak jakby USA nie pogwałciły go brutalnie już wcześniej. Poza Hiszpanią (Pedro Sanchez) żaden duży europejski kraj nie odważył się zrobić tego, co Zohran Mamdani, który jednoznacznie potępił działania Waszyngtonu zarówno w Gazie, jak i w Caracas.

Czytaj także Zasoby naturalne w zamian za prawo do życia? To neokolonialna propozycja Paweł Jędral

Nie mam nic przeciwko zatrzymywaniu zagranicznego przywódcy, który jest przestępcą, jednak powinno się to odbyć się na gruncie jasnych zasad prawa międzynarodowego. W idealnym świecie należałoby zacząć od aresztowania Putina i Netanjahu, a także samego Trumpa. Razem z obalonym wenezuelskim dyktatorem oczekiwaliby na proces przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze.

Putinizacja amerykańskiej polityki zagranicznej

A co z drugim podanym przez Trumpa powodem porwania Maduro, czyli jego rzekomym dowodzeniem kartelem narkotykowym? Trudno o większą ironię niż ta towarzysząca zmianom zależności między narkotykami i kolonializmem w ciągu ostatnich dwustu lat. Kiedy dziś myślimy o opium, pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to kolumbijskie czy meksykańskie kartele – ale przecież kartele będą istnieć, dopóki istnieje duży popyt na narkotyki w USA i innych rozwiniętych krajach. Dlatego, zanim zajmiemy się ratowaniem świata przed przemytnikami narkotyków, powinniśmy zrobić porządek na własnym podwórku.

Przypomnijmy okropieństwa z czasów wojen opiumowych, które imperium brytyjskie (i nie tylko) toczyło z Chinami. Według statystyk do 1820 roku Chiny były najsilniejszą gospodarką na świecie. Pod koniec XVIII wieku Brytyjczycy zaczęli eksportować tam ogromne ilości opium, wpędzając miliony ludzi w uzależnienie i siejąc ogromne zniszczenia. Cesarz Chin próbował temu przeciwdziałać, wprowadzając zakaz importu opium, dlatego Brytyjczycy (przy wsparciu kilku innych sił zachodnich) przeprowadzili interwencję zbrojną. Skutki były katastrofalne: w krótkim czasie gospodarka Chin skurczyła się o połowę. Nas jednak szczególnie powinna zainteresować legitymizacja tej brutalnej interwencji wojskowej: wolny handel stanowi podstawę cywilizacji, chiński zakaz importu opium jest zatem barbarzyńskim zagrożeniem.

Trudno wyobrazić sobie coś podobnego w dzisiejszych warunkach: Meksyk i Kolumbia próbują bronić swoich karteli narkotykowych, wypowiadając wojnę Stanom Zjednoczonym, które zachowują się w sposób niecywilizowany, uniemożliwiając wolny handel.

Na wzmiankę zasługuje tutaj rosyjska reakcja. Odnosząc się do ujęcia Maduro i jego żony przez USA Rosja stwierdziła, że tego typu działania, o ile rzeczywiście miały miejsce, stanowią „niedopuszczalne pogwałcenie suwerenności niepodległego państwa, której poszanowanie stanowi podstawową zasadę międzynarodowego prawa”. A także: „W zaistniałej sytuacji ważne jest przede wszystkim to, by nie doszło do dalszej eskalacji i by udało się znaleźć jakieś wyjście na drodze dialogu. Wenezueli należy zagwarantować prawo do samostanowienia bez żadnej niszczycielskiej, a tym bardziej wojskowej ingerencji z zewnątrz”.

Nic dodać, nic ująć! Ale czyż nie to samo powinno dotyczyć Ukrainy? Czy Ukrainie nie należy „zagwarantować prawa do samostanowienia bez żadnej niszczycielskiej, a tym bardziej wojskowej ingerencji z zewnątrz”? To, co zaszło, zwięźle opisał „Guardian”:

„Doszło do przyspieszenia procesu osuwania się świata opartego zasadniczo na konkretnych regułach w rzeczywistość, w której konkurują ze sobą strefy wpływów, wyznaczane przez potencjał zbrojny i gotowość do jego użycia. David Rothkopf nazwał to putinizacją amerykańskiej polityki zagranicznej. Rosyjscy komentatorzy wielokrotnie sugerowali, że Ameryka Łacińska jest w strefie wpływów USA tak, jak Ukraina od zawsze istniała w cieniu Rosji. To samo myśli o znacznych obszarach Europy Wschodniej Władimir Putin. Xi Jinping również wyciągnie z tego własne wnioski”. Oczywiście chodzi o wnioski na temat Tajwanu.

Czytaj także USA nie chce turystów, turyści nie chcą do USA Agata Popęda

Nie mniej ironiczny był atak furii Trumpa, kiedy usłyszał, że Ukraina próbowała zniszczyć jedną z rezydencji Putina (informację zdementowało nawet CIA), podczas gdy amerykańskie wojsko zrobiło w Wenezueli dokładnie to samo, tylko naprawdę. Czy był to pokaz siły? Raczej słabości, która przejawia się w najczystszej postaci w niechęci Trumpa do wywierania silnej presji na Rosję.

Przemyśleć porażkę „rewolucji boliwariańskiej”

Nie będę płakać za reżimem Maduro. Przynajmniej część oskarżeń dotyczących udziału w przemycie narkotyków najpewniej znajduje pokrycie w rzeczywistości. A co ważniejsze, stanowi on uosobienie całkowitej społeczno-gospodarczej porażki „rewolucji boliwariańskiej”, która okryła złą sławą współczesną politykę socjalistyczną. Nie chodzi tylko o to, że prześladował liberalną opozycję. Maduro praktycznie zlikwidował całą autentyczną krytykę z lewej strony. Nie ma tu żadnego „ale”, żadnego dopisku w stylu „jednakowoż Wenezuela za Maduro była próbą rewolucji socjalistycznej”. Zadanie, przed którym stoi dziś lewica, to nie besztanie Trumpa za popełnioną zbrodnię (której można się było spodziewać), ale refleksja nad tym, dlaczego „rewolucja boliwariańska” poniosła tak dotkliwe fiasko.

Niemniej należy bezwarunkowo potępić porwanie Maduro i jego żony, włącznie z tłem społeczno-ekonomicznym tego aktu. Oznacza ono bowiem powrót do najmroczniejszej, zbrodniczej przeszłości zachodniego kolonializmu, a co gorsza odbywa się pod płaszczykiem wsparcia dla demokracji. Parafrazując Stalina po raz enty, należy unikać wszelkiej relatywizacji czy porównań. Odpowiedź na pytanie „kto jest gorszy, Trump czy Maduro?” brzmi: obaj są gorsi.

Słuchaj podcastu:

Przypomnijmy słowa Goldy Meir pod adresem arabskich sąsiadów Izraela: „Potrafimy wybaczyć wam to, że zabiliście naszych synów. Ale nigdy nie wybaczymy wam, że zmusiliście nas do zabicia waszych”. Owen Jones zwraca uwagę, że cytat ten „wymalowano na ruinach Lifty, palestyńskiej wioski, której mieszkańców wysiedlili w zbrodniczym akcie członkowie syjonistycznej organizacji w trakcie Nakby w 1948 roku”.

Ta „głęboka” sentencja zawiera w sobie hipokryzję najwyższej próby: obarcza nasze ofiary winą za nasze zbrodnie. Ale dzisiejszych zbrodniarzy politycznych nie stać nawet na to. Netanjahu nigdy nie powiedziałby nic podobnego na temat Gazy i Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu, Trump nigdy nie powie niczego w tym duchu na temat Wenezueli. Obaj dopuszczają się zbrodni z nieskrywaną przyjemnością, otwarcie się nimi chwaląc.

Niemniej w przypadku Trumpa i Maduro sam mam chęć sparafrazować Goldę Meir: być może wybaczę Trumpowi, że porwał Maduro, ale nigdy nie wybaczę mu, że musiałem stanąć na stanowisku, które może wydawać się przejawem poparcia czy współczucia dla wenezuelskiego dyktatora. Konflikt między USA Trumpa i Wenezuelą Maduro to zwyczajnie „fałszywa walka”, która przesłania jakąkolwiek autentyczną lewicową perspektywę.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie