W poniedziałkowy ranek 16 marca do Mołdawii wjechała już trzecia rumuńska transza pomocy związanej z likwidowaniem skutków wycieku substancji ropopochodnych do Dniestru, rzeki dostarczającej wodę czterem na pięciu mieszkańców Mołdawii. Według rumuńskiego Inspektoratu ds. sytuacji nadzwyczajnych pomoc obejmowała 4090 kg specjalnego materiału absorpcyjnego, 474 metrów bieżących zapór absorpcyjnych i 3752 metrów rolek absorbujących. Materiały przekazuje państwowa spółka Rumuńskie Wody, która wysłała również na miejsce wyspecjalizowany zespół interwencyjny.
Inne kraje – takie jak Luksemburg, Polska czy Niemcy – ślą do Mołdawii ciężarówki z pomocą. Duża część kraju, głównie na północy, nie ma dostępu do bieżącej wody i skazana jest na wodę z cystern. Część zakładów przemysłowych nie działa, szkoły przestawiają się na tryb zdalny.
Powód? Kilkaset kilometrów na północ rosyjskie drony i rakiety uszkodziły ukraińską elektrownię, powodując wyciek ton olejów technicznych i paliwa do rzeki. Z początku mówiono o półtorej tony tych substancji, jednak w kolejnych dniach minister środowiska Mołdawii informował, że wyciek może być nawet kilkadziesiąt razy większy. Mimo pomocy innych państw kryzys uderza w setki tysięcy Mołdawian. Ciężko wyobrazić sobie, jak malutkie państwo miałoby poradzić sobie z nim samo.
Nowotwory powojenne
W 2025 roku międzynarodowa prasa medyczna donosiła, że w Libanie notuje się najszybszy na świecie, wzrost liczby zgonów związanych z nowotworami, aż o 80 proc. w ciągu ostatnich 30 lat. Jeśli kiedyś wzięliście głęboki wdech wieczorem w Bejrucie, wiadomość ta pewnie was nie zaskoczy. Każdy Libańczyk wskaże przynajmniej kilka przyczyn takiego stanu rzeczy. Kraj zmaga się z przewlekłym zanieczyszczeniem powietrza i wody, wieloletnim kryzysem odpadowym, słabymi regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa żywności oraz rozpadającym się systemem ochrony zdrowia.
Rolnictwo stosuje pestycydy, herbicydy i nawozy sztuczne, przekraczając wszelkie normy, przemysł nie przestrzega regulacji. Dodajmy, że jeszcze niedawno – w XXI wieku – w Libanie produkowano eternit, a do dziś nie uregulowano kwestii zakazu używania tzw. białego azbestu w budownictwie.
Skażenie wody ma charakter chroniczny – ścieki często przedostają się do systemów nawadniania i domowych źródeł wody. Jednocześnie gwałtownie wzrosło zanieczyszczenie generowane przez prywatne agregaty prądotwórcze, które zamiast działać po kilka godzin dziennie często pracują prawie całą dobę, emitując rakotwórcze cząstki do otoczenia.
W Libanie powszechnie pali się papierosy. Prawo antynikotynowe jest rzadko egzekwowane, a papierosy, e-papierosy i szisza używane są praktycznie wszędzie, także w pomieszczeniach zamkniętych, narażając zarówno palaczy, jak i osoby niepalące. Słabe instytucje państwa i nigdy niezakończony kryzys finansowy dokładają się do zapaści systemów ochrony zdrowia.
Co jest jednak kluczowym elementem tej układanki? Dekady wojny i najazdów ze strony Izraela, stosującego biały fosfor, glifosat i inne środki chemiczne, niszczącego infrastrukturę energetyczną i medyczną. Bombardowania powodują, że umiarkowanie groźny azbest po uszkodzeniu staje się zabójczy, a rakotwórcze pochodne trotylu zatruwają wodę i ziemię.
Zbombardowanie przez Izrael libańskiej elektrowni w 2006 roku spowodowało wyciek dziesiątków ton olejów do Morza Śródziemnego. Wyciek objął niemal całe libańskie wybrzeże. A jego skutki odczuwa się do dzisiaj.
Prognozuje się, że do 2030 roku nastąpi kolejny wyraźny wzrost tzw. „nowotworów powojennych” bo na to wskazują obserwowane na całym świecie trendy w krajach ogarniętych konfliktami.
Katastrofa na chersońszczyźnie
6 czerwca 2026 roku Rosja zniszczyła infrastrukturę ukraińskiej zapory i elektrowni wodnej w Nowej Kachowce, a rozległe obszary wokół Zbiornika Kachowskiego zalała woda. Ukraiński rząd oświadczył, że elektrownia została całkowicie zniszczona, a do Dniepru mogło przedostać się nawet kilkaset ton produktów ropopochodnych pochodzących z jej maszynowni. W wyniku gwałtownego uwolnienia wody zalane zostały składowiska odpadów, oczyszczalnie ścieków oraz tereny rolnicze, co spowodowało przedostanie się do środowiska dużych ilości ścieków, substancji ropopochodnych, nawozów i innych toksyn.
Skala skażenia była jednak większa, niż mogłaby być w lepiej zorganizowanym państwie. Wynikało to z niewystarczającego zabezpieczenia infrastruktury środowiskowej, która często nie była przygotowana na sytuacje wojenne ani powodziowe, a także z braku skutecznych planów awaryjnych pozwalających na szybkie zabezpieczenie niebezpiecznych substancji. Dodatkowym problemem okazał się ograniczony monitoring środowiska, utrudniający szybkie reagowanie, oraz przestarzała infrastruktura odziedziczona po czasach postsowieckich, bardziej podatna na uszkodzenia.
W efekcie zniszczenie zapory nie tylko wywołało bezpośrednie skutki hydrologiczne, ale także znacząco pogłębiło długoterminowe skażenie wód i gleb. Fala powodziowa zniszczyła ekosystemy chronione w ramach Parku Narodowego Dolnego Dniepru i doprowadziła do zanieczyszczenia wody ściekami komunalnymi, martwymi zwierzętami oraz elementami domów i ich wyposażenia. Toksyczne substancje przedostały się do Dniepru i Morza Czarnego.
Podczas gdy wiele uwagi poświęcono bezpośrednim gospodarczym, społecznym i politycznym skutkom powodzi, badania pokazują, że toksyczne skażenie odsłoniętych osadów dawnego dna zbiornika stanowi długoterminowe zagrożenie, które w dużej mierze zostało przeoczone. Odsłonięte osady zawierają około 83,3 tysiąca ton metali ciężkich. Na dnie Zbiornika Kachowskiego kilkadziesiąt lat odkładały się pochodzące ze ścieków i pól szkodliwe substancje, które w wyniku odpływu wody wróciły do obiegu. Koszty długofalowe – takie jak zaburzenie produkcji żywności i wyższe jej ceny w okolicy, czy wzrost zachorowań na nowotwory – mógłbym opisywać przez kolejnych kilka stron.
Co łączy te sytuacje?
Po pierwsze, wszystkie te efekty są następstwami działań wojennych. Ataki na cywilną infrastrukturę mogą być niezgodne z prawem międzynarodowym, ich sprawcy będą zaprzeczać odpowiedzialności za wyrządzone szkody, jednak w erze erozji systemu międzynarodowego opartego na zasadach należy uznać, że katastrofy ekologiczne wywołane przez ataki są w najgorszym wypadku zaplanowanym działaniem i częścią świadomej taktyki niektórych aktorów międzynarodowych, a w najlepszym – mile widzianą, nieplanowaną niespodzianką. Gdy nie tylko Rosja i Izrael, ale także Stany Zjednoczone (w osobie „sekretarza wojny” Pete’a Hegsetha) odrzucają prawo międzynarodowe i humanitarne, możemy zakładać, że podobne incydenty będą się wydarzać częściej i należy być na nie przygotowanym,
Po drugie, w obu przypadkach celem ataków są państwa o słabych strukturach, wysokiej korupcji i kiepskich regulacjach dotyczących bezpieczeństwa. Państwa te są często skazane na pomoc międzynarodową w ograniczaniu skutków katastrofy, ale nawet ona nie pozwala uniknąć dotkliwych, długofalowych kosztów społecznych. Obciążenia te nie są rozłożone równomiernie: bardziej cierpią uboższe grupy społeczne, obszary położone wokół stref przemysłowych oraz miejsca o dużym zagęszczeniu ludności. Bez dostępu do czystej energii, stabilnej opieki zdrowotnej i bezpiecznych warunków życia mieszkańcy ponoszą nieproporcjonalnie wysokie koszty zdrowotne.
Oczywiście, wina bezpośrednia leży po stronie agresorów – Rosji czy Izraela – jednak należy też przyznać, że są także skutkiem zaniedbań po stronie państw, które zostały nimi dotknięte. Korupcja, celowe opóźnianie wprowadzania regulacji środowiskowych dla przemysłu, oszczędzanie na infrastrukturze kryzysowej – to wszystko nie jest aż tak dużym problemem w czasie pokoju, jednak podczas wojny przynosi katastrofę. Każda z opisanych katastrof mogłaby mieć mniejsze skutki lub zostać opanowana wcześniej, gdyby państwo, na terenie którego do niej doszło, miało silniejsze regulacje, surowiej je egzekwowało i inwestowało w swoją odporność.
Kraj pełen toksycznych bomb
Polacy, żyjący w „dwudziestym najbogatszym kraju świata”, mogą patrzeć z góry na Mołdawian, Ukraińców czy Libańczyków, ale byłby to błąd. Wszyscy chyba mamy świadomość, że nasz sukces to sukces na kredyt, zbudowany na pracy ponad siły, kosztem życia w państwie z kartonu, sklejonym na ślinę i mróz. W państwie z mafią śmieciową i dzikimi śmietniskami odpadów chemicznych, zrzutem odpadów przemysłowych do Odry i z regulacjami środowiskowymi, których nikt nie bierze na poważnie. Oraz z instytucjami publicznymi dużo słabszymi niż w większości „poważnych” państw europejskich.
Weźmy za przykład problem nielegalnych, często niebezpiecznych składowisk odpadów, który w Polsce urósł w ostatnich latach do rangi poważnego wyzwania środowiskowego i finansowego. Przypomnijmy choćby głośną sprawę składowiska w Zgierzu pod Łodzią, na terenie byłych zakładów przemysłowych Boruta, gdzie w 2018 roku wybuchł pożar (policja ustaliła, że na skutek podpalenia). Przez lata zwieziono tam z kilku krajów Europy niebezpieczne, toksyczne odpady – wykryto między innymi rtęć, azbest, a nawet składniki gazów bojowych. Trudno o wiarygodne szacunki ilości: raz mówi się o około 50 tysiącach ton, a innym razem, że odpadów może być od 650 do 800 tysięcy ton. „Gdyby ktoś zdecydował się na odkrycie tego i wywóz odpadów na przykład do spalarni, to trzeba by było ewakuować cały Zgierz i pół Łodzi” – mówił anonimowo pracownik Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Łodzi dziennikarzom telewizji TVN24 w 2024 roku.
Innym głośnym przypadkiem było ponad 20 osób, powiązanych ze spółką Nitrochem, polskim producentem trotylu, którym postawiono zarzuty między innymi w związku z nielegalnym pozbywaniem się odpadów chemicznych na takich właśnie wysypiskach i stworzeniu zagrożenia dla środowiska.
Eksperci wskazują, że na wysypiska często trafiają odpady z przemysłu chemicznego, rozpuszczalniki, pestycydy czy metale ciężkie, które mogą przenikać do gleby i wód gruntowych. To sprawia, że likwidacja takich składowisk jest nie tylko kosztowna, ale też skomplikowana technologicznie i rozłożona na lata.
W kraju może istnieć od kilkuset do nawet ponad tysiąca takich „bomb ekologicznych”, gdzie porzucono odpady przemysłowe, chemiczne lub toksyczne bez odpowiedniego zabezpieczenia. Koszty ich neutralizowania i usuwania są ogromne – w skali całego kraju mogą sięgać miliardów złotych. Rząd naliczył takich miejsc około 200 i w 2025 roku rząd przeznaczył na ich zabezpieczanie 400 mln złotych – ale to dopiero początek.
Wysypiska to tylko jeden z potencjalnych problemów, ale taki o którym warto mówić: wiemy z Libanu, Ukrainy czy Rosji, że pożary takich wysypisk czasami następują samorzutnie, ale często są też celem ataków albo sabotażu, a skutki takich działań są katastrofalne. W obliczu fali podpaleń inspirowanych przez Rosję w Polsce w ostatnich latach, uznanie takich składowisk za potencjalny cel wydaje się rozsądnym założeniem.
Umieć o tym opowiedzieć
Odpowiedzią na ten stan rzeczy powinno być włączenie się lewicy w narrację o budowaniu obronności i zbrojeniach, ale mądrze. Kiedy większość Europy i świata przestawia się z produkcji masła na budowanie armat, lewica zamiast stawać okoniem musi rozszerzyć pole walki.
Budowanie odporności na kryzysy i wojnę, to nie tylko – jak chciałaby prawica – czołgi i rakiety. To masa nudnych tematów takich jak obrona cywilna, schrony, bezpieczeństwo lekowe (czyli zapewnienie obywatelom, szczególnie przewlekle chorym, dostępu do leków nawet w razie kryzysu) czy właśnie budowanie odporności na skażenia środowiska.
Oczywiście, różne środki bezpieczeństwa układają się w swego rodzaju piramidę. Zapobieganie nadmiarowym zgonom za 30 lat z powodu ekspozycji na toksyny i substancje rakotwórcze wydaje się mniej istotne niż to, co odpowiada za bezpieczeństwo tu i teraz: systemy antyrakietowe, szkolenie nowoczesnych wojsk dronowych, budowanie odporności energetycznej czy sektora ochrony zdrowia. Hezbollah, tocząc trwającą ponad cztery dekady wojnę z Izraelem w południowym Libanie, mimo ekobójstwa i kontaminacji wody skupia się w pierwszej kolejności na budowie tuneli i zaplecza militarnego czy utrzymaniu zdolności bojowej, a nie pozbywaniem się popularnego na południu azbestu. Ciężko też winić mołdawski PAS o niewykupienie dostatecznych ilości środków dekontaminacyjnych na wypadek skażenia Dniestru, skoro obecna opcja proeuropejska dopiero od kilku kadencji przekształca głęboko skorumpowane, postsowieckie państwo w nowoczesny kraj. Mali aktorzy międzynarodowi często zmuszeni są wybierać, przeciwko czemu chcą się zabezpieczyć.
Kiedy jednak zaczniemy domagać się budowania w Polsce odporności innej niż proste jak lufa czołgu inwestowanie w broń i amunicję, a politycy KO czy PiS będą powtarzać, że nas na to nie stać, przypomnijcie im ich własną propagandę: jesteśmy 20. gospodarką świata, nie Libanem czy Mołdawią.
Wyzwaniem dla polityków – głównie lokalnych i lewicowych – będzie nie tylko przekonanie ośrodków decyzyjnych do finansowania budowania takiej odporności, ale też budowanie u obywateli przekonania, że jest to potrzebne. Tę potrzebę trzeba będzie u wyborców wzbudzić, odwracając lata prawicowych narracji o „bzdurnych” regulacjach środowiskowych, „niepotrzebnych” ograniczeniach, wymogach, standardach.
To będzie żmudna i ciężka praca. Będzie trzeba przekonać Polki i Polaków, że powodem, dla którego ograniczamy emisje, zabezpieczamy składowiska odpadów czy domagamy się budowy kosztownych systemów utylizacji i zabezpieczeń w zakładach przemysłowych, nie są kaprysy rozpieszczonych lewaków, ale chęć uniknięcia nowotworów czy zmiany naszego kraju w ziemię jałową. Do znudzenia trzeba będzie powtarzać przykłady z Ukrainy, z Libanu i Gazy, z Mołdawii, mówić o skażonych rzekach, o chorobach, o tym, że lepiej mieć zabezpieczenia, z których nie skorzystamy, niż znaleźć się w ognisku toksycznego skażenia, kiedy spadną bomby. To nie fantazje ekolewicy, ale inwestycja w obronność i przetrwanie.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.