Alina Sarnacka szybko stała się jedną z najgłośniejszych ukraińskich dramatopisarek czasu wojny. Pierwsze dwa i pół roku po rosyjskiej inwazji spędziła, służąc jako bojowa medyczka. Do tego czasu była aktywistką społeczną i feministyczną komentatorką.
Jej dramaty podejmują tematy wojny, traumy, niesprawiedliwości i kobiecej podmiotowości. Nieoczywiste i bezwzględnie szczere, przyciągają tłumy i zbierają nagrody w Ukrainie i poza nią. Obecnie Sarnacka przebywa we Lwowie, gdzie prowadzi teatralne szkolenia dla weteranów i weteranek.
Jesteś weteranką. Jak to się stało, że sama zaczęłaś pisać dramaty?
To był czysty przypadek. Kiedy 24 lutego zaczęła się inwazja na pełną skalę, jeszcze w pierwszych godzinach, zrozumiałam, że teraz wszyscy muszą robić to, co potrafią najlepiej, a ja potrafię pisać. Od dziecka wiedziałam, że będę pisać książki, ale gdzieś w wieku 18 lat w to zwątpiłam. Do dziś zawsze, kiedy piszę, czuję, że jestem niewystarczająco dobra, że czegoś mi brakuje.
Po kilku dniach spędzonych na stacji metra zdecydowałam się wstąpić do armii i 5 marca trafiłam do batalionu kijowskiej obrony terytorialnej. Na początku wojny nie mieliśmy nic, prawie żadnych środków. Zaczęłam pisać w mediach społecznościowych. Pisałam, żeby zbierać pieniądze. To znaczy: pisałam, żeby mieć zasięg, żeby szukać różnych rzeczy, bo oprócz pieniędzy szukałam też ludzi, apteczek, opasek uciskowych, wszystkiego, co tylko się dało.
To były takie swego rodzaju „igrzyska śmierci”. To kiedyś był mój ulubiony film, a potem jakby w nim wylądowałam, bo od tego, co pisałam i od zasięgów dosłownie zależało nasze życie. Zapisywałam, kto co powiedział, co się dzieje wokół, opisywałam rzeczywistość wojny, żeby przyciągnąć uwagę i zbierać datki. Najlepiej działy dialogi. Dlatego pisałam je nieustannie, każdego dnia. Kiedy od tego zależy twoje życie, to bardzo szybko się uczysz. To mechanizm, który działa w medycynie bojowej – i być może w pisaniu.
Robiłaś też wtedy podcast…
Podcast Ochotnicy to już było coś innego. Stworzyłam go, bo nie miałam czasu pisać tekstów o ludziach, których spotykałam. Nie zdążyłabym. A jednocześnie rozumiałam, że te historie nie mogą zniknąć. Bardzo interesowało mnie pytanie, które stało się hasłem podcastu: jak cywile stają się żołnierzami? Chciałam to zrozumieć, bo byłam w niezwykle ciekawym miejscu.
Cały mój batalion to kijowskie TRO [siły obrony terytorialnej] w rejonie szewczenkowskim, czyli w centrum miasta. Właściwie wszyscy dołączyli w pierwszych dniach. Wśród nas może 5 procent osób miało wcześniej jakiekolwiek doświadczenie wojskowe – służbę zasadniczą albo ATO [tzw. operacja antyterrorystyczna w Donbasie]. Reszta to byli całkowicie cywilni ludzie, którzy na moich oczach stopniowo stawali się żołnierzami. Chciałam więc utrwalić ten proces. Była to też próba upamiętnienia tych ludzi, bo rozumiałam, że wielu z nich zginie.
I jak to wszystko doprowadziło do teatru? Trafiłaś tam już po demobilizacji w lipcu 2024 roku, po ponad dwóch latach służby, m.in. na punkcie stabilizacyjnym w Czasiw Jarze pod Bachmutem.
Do teatru trafiłam, kiedy wróciłam do Kijowa. Chciałam dalej pisać. Wcześniej cały czas miałam ręce pełne roboty, ale rozumiałam, że tak naprawdę chcę pisać. Bardzo zazdrościłam ludziom, którzy mogli pisać przez te lata.
W pewnym momencie pojawił się projekt „Niedopisani”, poświęcony pisarzom, których zabiła Rosja. Jego twórcy, Olena Herasymjuk i Jewhen Lir, poprosili mnie, żebym go promowała. Zrozumiałam wtedy, że mnie w nim nie będzie, jeśli mnie zabiją. Pamiętam, że byliśmy wtedy pod Bachmutem. Siedziałam tam i miałam świadomość, że nawet nie trafię do tego projektu, bo nie jestem niedopisana – ja w ogóle nie byłam ani trochę napisana.
Kiedy wróciłam do Kijowa, zrozumiałam, że potrzebuję jakiejś społeczności, żeby nie przestać pisać i dokądś zmierzać. Ktoś mi przysłał link do Teatru Weteranów, a ja nawet nie wiedziałam, co to jest dramatopisarz. Myślałam, że dramatopisarz to Szekspir, a on już dawno nie żyje. Ale spróbowałam. I okazało się, że to jest społeczność, która pozwoliła i pomogła mi pisać.
Na ile twoje dramaty nazwać można autobiograficznymi?
W Teatrze Weteranów ciągle kłócimy się z moim nauczycielem, Maksymem Kuroczkinem, o to, co jest ważniejsze: to, co człowiek ma do powiedzenia, czy umiejętność, jak to powiedzieć. W Młodym Teatrze w Kijowie grana jest Miesiączka, spektakl, który pokazuje świat pracownic seksualnych, dziewczyn, które na OnlyFans zbierają na armię, czy kobiet, które pozostają w małżeństwach z wojskowymi z wygody. To opowieść o kobietach, ale tak naprawdę te tematy są dla mnie instrumentem do przyjrzenia się społeczeństwu podczas wojny.
We lwowskim Teatrze Lesi Ukrainki grana jest teraz Penelopeja – spektakl na podstawie mojej sztuki o żonach weteranów, w którym występują aktorki mające własne doświadczenie czekania na czyjś powrót z wojny. W spektaklu pojawiają się także przetworzone osobiste monologi. Z kolei w Teatrze Narodowym im. Marii Zańkowieckiej i w Teatrze im. Lesia Kurbasa grany jest mój Balans. To chyba moja najstraszniejsza sztuka i najbardziej osobista, bo dotyczy rozstania i pogrzebu. Ludzie na nią chodzą i oglądają ją w dwóch zupełnie różnych inscenizacjach.
I jak reagują? Dzielą się z tobą swoimi odczuciami?
Kiedy rozmawiam z widzami, słyszę, że te spektakle są dla nich ważne. Mówią, że chcą zrozumieć, jak żołnierze postrzegają świat. Są wśród nich bardzo młodzi ludzie, którzy myślą: to może być moja przyszłość, być może pójdę do wojska, chcę wiedzieć, jak to jest. Są też po prostu ludzie, którzy mówią: żyję w czasie wojny, chcę wiedzieć, gdzie mieszkam, chcę rozumieć świat, w którym żyję.
Główna bohaterka twojego debiutanckiego spektaklu Wojskowa mama to kobieta, która idzie na wojnę jako ochotniczka, zostawia dziecko w domu i spotyka się z brakiem akceptacji ze strony cywilów. Jakie były twoje doświadczenia jako kobiety w wojsku?
Kobieta w wojsku potrzebuje mieć broń i nie umrzeć, dlatego nie ma wielkiej różnicy między nią a mężczyznami. Piszę o kobiecie, bo sama jestem kobietą. Sama nie mam dziecka, ale znam wiele dziewczyn z podobnymi historiami jak w Wojskowej mamie.
Czy uważasz, że armia jako instytucja może być dla kobiet narzędziem emancypacji? Czy jest raczej zbyt mocno osadzona w patriarchalnym świecie?
To nie jest proste pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Przede wszystkim armia nie jest dla nikogo, bo wojna jest czymś całkowicie nieludzkim, inną rzeczywistością, inną planetą. Oczywiście jest to struktura, w której bardzo wyraźnie widać patriarchat, z którym ciągle się spotykasz, ale to nieprawda, że kobietom w armii jest po prostu gorzej. To nie takie proste.
W pewnym sensie kobiety mają większy wybór. Dzięki patriarchatowi kobiety nie służą przymusowo, a jeśli chcą, łatwiej mogą przenieść się na stanowisko administracyjne albo bezpieczniejsze, łatwiej też służyć im w sztabie. Są też różne nieformalne przywileje. Na przykład kobietom częściej pozwalają się umyć. A kiedy trzeba ewakuować kobietę, ludzie czasem ryzykują bardziej niż zazwyczaj.
Istnieją więc pewne zalety bycia kobietą w wojsku.
Ale są też bardzo negatywne strony: szczególnie kobietom, które chcą się rozwijać zawodowo i zostać dowódczyniami, bywa trudniej. Mimo to wiele kobiet zajmuje stanowiska tradycyjnie uznawane za męskie i często mówi się, że to emancypacja; że wojna wiele zmieni.
Ale znamy też doświadczenia z czasu po II wojnie światowej: wtedy kobiety również służyły w wojsku i wykonywały „męskie” role, a kiedy wojna się skończyła, wszystko wróciło do normy, a prawa kobiet bywały jeszcze bardziej ograniczane. Sam udział kobiet w wojnie wcale nie oznacza automatycznie trwałej zmiany, tym bardziej że w Ukrainie istnieją i stają się coraz bardziej wpływowe siły skrajnie prawicowe, które chciałyby przejąć władzę i cofnąć ten proces w zupełnie innym kierunku.
Niedawno w Kijowie odbył się marsz kobiet, podczas którego protestowano przeciwko propozycjom zmian w kodeksie cywilnym, dopuszczającym zgodę sądu na małżeństwo nawet 14-letniej kobiety, jeśli jest w ciąży lub urodziła dziecko. Czy rzeczywiście w Ukrainie ma miejsce cofnięcie praw kobiet, jak twierdziły uczestniczki tego marszu?
Myślę, że to jest desperacka próba poprawy sytuacji demograficznej, w istocie będąca próbą zniewolenia kobiet. U władzy jest wielu seksistów, którzy próbują realizować swoje poglądy pod hasłem poprawy demografii, tak jak oni ją rozumieją. Ale jesteśmy daleko od radykalnego, ale możliwego, scenariusza, w którym do władzy doszłaby skrajna prawica, faszyści, którzy zaczęliby wprowadzać dużo bardziej radykalne rzeczy – zakazywać kobietom studiów, odbierać im paszporty i tak dalej. Takiej prawicowej zmianie w stronę świata, w którym mężczyźni walczą, a kobiety rodzą czworo dzieci, sprzyja wydłużająca się wojna, która może nie skończyć się ani za dwa, ani za pięć lat. Nasza wojna trwa już zresztą dłużej niż II wojna światowa.
Czy wojna sama w sobie – z jej przemocą i bezwzględnością – ma męski charakter?
Myślę, że motywacją ukraińskiej armii jest miłość. Prawie wszyscy w ukraińskiej armii walczą, bo kogoś kochają: swoje miasto, swoją rodzinę, albo żeby chronić życie tych, którzy nie mogą się sami obronić. Nie powiedziałabym, że miłość może być męska czy kobieca, ale ponieważ w armii przeważają mężczyźni, to oni dziś najczęściej ją ucieleśniają.
Pytacie o wojnę w sensie abstrakcyjnym, ale u nas nie ma wojny abstrakcyjnej. Moi towarzysze nie szli do wojska dlatego, że chcieli z kimś walczyć albo realizować jakieś własne ambicje. My po prostu reagowaliśmy na to, co się działo. Mój batalion to Kijów. Rosjanie przyszli do nas. Byłam w Buczy pierwszego dnia po deokupacji. Przekazywałam też ładunki humanitarne do Irpienia i Buczy, kiedy jeszcze były okupowane. Widziałam masowe groby, kiedy jeszcze nie były zasypane.
Jak doświadczenie wojny wpłynęło na to, jak postrzegasz feminizm?
Byłam i jestem feministką. Służba w wojsku to dla mnie feminizm. Oczywiście moje przyjaciółki, które mają dzieci albo ograniczenia zdrowotne, nie mogłyby tego zrobić, ale w inny sposób angażują się w wypełnianie swojego obywatelskiego obowiązku. I to też jest feminizm.
Po demobilizacji napisałaś książkę o osobach LGBT w wojsku, opartą na wywiadach. Czego dowiedziałaś się w trakcie tego procesu?
Napisałam tę książkę, bo chciałam zachować te wywiady i tę wiedzę o pierwszej wielkiej wojnie, w której udział osób LGBT jest tak dobrze udokumentowany. Wcześniej, na przykład podczas II wojny światowej, one także brały w niej udział, ale nie było to widoczne. Zresztą dzisiaj widzimy, że odkąd przyszedł Trump, z materiałów wizualnych amerykańskiej armii znikają wzmianki o żołnierzach LGBT, a na zdjęciach jest coraz mniej kobiet.
W moim otoczeniu była osoba otwarcie biseksualna. Widziałam, jak jego obecność zmieniała wszystkich wokół, bo to jest najlepszy sposób, żeby przełamywać uprzedzenia wobec osób LGBT. Kiedy ktoś zna taką osobę osobiście, ma z nią realny kontakt, to go zmienia – czyni go lepszym, bardziej życzliwym. Dla mnie to jest kwestia miłości i nadziei na zmianę. I to jest w ogóle mój szerszy cel. Wróciłam do pracy z kobietami, które zażywają narkotyki, w bardzo trudnej sytuacji. Działamy w organizacji społecznej, chronimy je przed przemocą, mamy różne metody wsparcia i pracujemy nad tym, żeby społeczeństwo było dojrzalsze i w gruncie rzeczy lepsze dla siebie nawzajem.
W Wojskowej mamie wybrzmiewa rozczarowanie tym, że część społeczeństwa wspiera armię bardziej na pokaz niż naprawdę. W finałowej scenie główna bohaterka zakopana jest żywcem i w miejscu tym postawiony jest pomnik. Jak dziś wygląda ukraińskie społeczeństwo: jest jeszcze zjednoczone czy już podzielone?
Myślę, że jak na czwarty rok wojny Ukraina radzi sobie całkiem nieźle. Jest bardzo wielu wolontariuszy. Wiem to dobrze, bo kieruję organizacją Teplonosiji [Nosiciele ciepła] i choć nieustannie ich szukamy, to wciąż ich znajdujemy.
Jednak nie wszyscy są w równym stopniu zaangażowani w opór…
Obecne problemy są przede wszystkim skutkiem wyborów, których dokonało nie społeczeństwo, tylko władze Ukrainy. Władze zachowują się populistycznie w czasie wojny, co jest o wiele gorsze niż populizm w czasie pokoju. Nie rozmawiają ze społeczeństwem jak z dorosłymi. W pewnym sensie wspierają tych, którzy nie chcą angażować się w wojnę, uspokajają ich, że nie muszą tego robić, i to właśnie jest źródło problemu.
Jak twoim zdaniem można to zmienić?
Nie można oczekiwać, że społeczeństwo samo wszystko zrozumie i zacznie działać jak najbardziej świadoma mniejszość. Widać to choćby po pensjach wojskowych, które są bardzo niskie. Kiedy wróciłam do Kijowa w 2024 roku, poszłam do starej siłowni, do której chodziłam przed wojną, i na drzwiach wisiało ogłoszenie o pracy dla administratora. Pensja była wyższa niż moja pensja sierżantki Sił Zbrojnych. A dziś pewnie jest jeszcze wyższa, podczas gdy sierżantka zarabia tyle samo co wtedy.
Jak rozumiem, mówisz przede wszystkim o mobilizacji. Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech toczą się dyskusje na temat gotowości społeczeństwa do potencjalnej obrony. Jakie wnioski możemy wyciągnąć z przykładu wojny w Ukrainie?
Ludzie dużo mówią o sondażach z Niemiec czy z Polski, że niby prawie nikt nie jest gotowy do obrony ojczyzny. Ale ja, mając własne doświadczenie, nie wierzyłabym w żadne sondaże. Gdyby ktoś zapytał mnie 23 lutego, co będę robić, oczywiście nie powiedziałabym, że pójdę do wojska. To brzmiałoby jak szaleństwo, jak kompletny nonsens. Pisałam doktorat i zajmowałam się pracą społeczną, nie miałam nic wspólnego z armią. Ale kiedy Rosjanie atakują twoje miasto, wszystko się zmienia. To twoje miasto i ty też stajesz się kimś innym.
Już po 24 lutego miałaś zresztą okazję odwiedzić oba kraje, z doświadczeniem w armii.
Byłam przez trzy miesiące na rezydencji w Niemczech, jeździłam też do Monachium, i patrząc na tych ludzi, miałam poczucie, że gdyby przyszli do nich Rosjanie, walczyliby jak szaleni. Czuć to w nich. Podobnie miałam wrażenie w Polsce, kiedy byłam w Warszawie wiosną 2025 roku na wyjeździe z ukraińskimi dziennikarzami. Mimo różnych trudnych i dziwnych sytuacji, które, jak rozumiem, są spowodowane przez konflikt polityczny w Polsce – każda instytucja prosiła nas, abyśmy na początku rozmowy przeprosili za Wołyń – nasi rozmówcy też wyglądali na takich, którzy będą walczyć o swoje, o swoje dzieci, o swoje rodziny. Dlatego nie należy zbyt łatwo wierzyć ani w to, co ludzie dziś deklarują, ani w to, co sami dziś o sobie myślą.
Czy jesteś zwolenniczką mobilizacji kobiet na takich samych zasadach jak mężczyzn?
Myślę, że w przypadku Ukrainy od początku trzeba było działać zupełnie inaczej – i nie chodzi tu po prostu o mobilizację kobiet. Teraz to jest już ogromny, bardzo złożony temat, bo granice są zamknięte dla osób podlegających obowiązkowi wojskowemu, nie ma ewidencji kobiet i przede wszystkim nie ma określonych okresów służby. Gdyby dziś próbować wprowadzić mobilizację kobiet, wszystko mogłoby się zawalić: procesy logistyczne, wyjazdy za granicę. System poboru i tak ledwo radzi sobie z obecną sytuacją.
W 2022 roku można było założyć, że wojna będzie długa, ustalić okresy służby, wprowadzić obowiązkowe szkolenia dla cywilów, stopniowo budować system ewidencji i stworzyć bardziej sprawiedliwy system, w którym ludzie najpierw przechodzą przygotowanie, potem służą przez określony czas, a potem wracają. Nie wiem, czy dziś jeszcze da się to zrobić, bo nie ma już tego kredytu zaufania i poparcia społecznego. W 2026 roku bycie żołnierzem w Ukrainie oznacza 20 tys. hrywien [1700 złotych] pensji, pracę na pełnych obrotach i wojnę bez wyznaczonego końca służby.
Skąd bierzesz siłę, żeby przekształcać swoje doświadczenia w twórczość?
Każdej nocy Rosjanie próbują mnie zabić. Wszyscy Ukraińcy każdej nocy grają w rosyjską ruletkę. Zasypiają ze świadomością, że mogą się nie obudzić. Bardzo mi się podoba, że teraz jestem cywilką i mogę chodzić do schronu. Moi znajomi z wojska ze mnie żartują – przecież jestem we Lwowie. Ale wydaje mi się, że głupotą byłoby z tej możliwości nie korzystać.
Myślę, że w pewnym momencie Rosjanie po prostu mnie zabiją, głupotą byłoby tego nie rozumieć. W historii Rosjanie zabili wielu ukraińskich artystów, a jeśli staję się coraz bardziej widoczna jako artystka, to znaczy, że zbliżam się do tego, że Rosjanie mnie zabiją. Dlatego mam mało czasu i chcę zdążyć zrobić więcej.
**
Alina Sarnacka – ukraińska dramatopisarka, aktywistka i weteranka. Przez ponad dwa lata służyła jako starsza medyczka bojowa, a dziś należy do najważniejszych głosów współczesnej ukraińskiej dramaturgii. Pisze o wojnie, traumie, przemocy, cielesności i społecznym wykluczeniu, łącząc doświadczenie frontu i pracy społecznej. Jej sztuki były wystawiane na czołowych scenach Kijowa i Lwowa. W 2025 roku została uznana przez Ukrinform za najlepszą ukraińską dramatopisarkę roku. Jest doktorką w dziedzinie pracy socjalnej, a jej twórczość i działalność społeczną wspierały liczne ukraińskie i międzynarodowe programy stypendialne, (m.in. Resient Future Fellowship od Res Publica Foundation i Fundacji PZU, INDEX-Ukraine, Jean-Jacques-Rousseau Fellowship przy Akademie Schloss Solitude, VILNO Other Education od Fundacja Roberta Boscha, programu Norwegian Helsinki Committee i PEN Ukraine). Współtworzy też fundację Teplonosiї, która wspiera żołnierzy i weteranów.
Aleksander Palikot – reporter i korespondent mieszkający w Kijowie. Z wykształcenia filozof, socjolog i historyk. Związany ze stowarzyszeniem n-ost, Collegium Invisibile i Instytutem Nauk o Człowieku w Wiedniu (IWM). Współpracuje z międzynarodowymi i polskimi mediami, m.in. z Radio Free Europe/Radio Liberty, Krytyką Polityczną, Nową Europą Wschodnią.
Jerzy Sobotta – dziennikarz niemieckiej rozgłośni Bayerischer Rundfunk. Jego reportaże i wywiady były także publikowane w różnych niemieckich gazetach, m.in. „Süddeutsche Zeitung” oraz „Die Welt”. Zajmuje się polityką, kulturą i filozofią.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.