Nauka

Uważamy siebie, a także nasze psy i koty za byty wyższe. Ale już np. krowy są po to, żebyśmy je zjadali. To złe

− Szczęście naszych ukochanych czworonogich członków rodziny nie wychodzi poza nasz dom i nie łagodzi udręki miliardów innych ssaków hodowanych i zabijanych na mięso. Wiadomo, że do wielu karm dla psów i kotów trafiają rozmaite odpady, m.in. mięso z tzw. leżaków – jest to cyniczna nazwa rzeźników dla zwierząt tak słabych, że nie mają siły same wstać i pójść na rzeź − mówi prof. Andrzej Elżanowski.

Jaś Kapela: Adoptowaliśmy psa ze schroniska, chcemy dla niego jak najlepiej, ale wolelibyśmy go nie karmić mięsem. Napisałem o tym na FB i od tego czasu musimy mierzyć się z oskarżeniami o to, że znęcamy się nad Hummusem. Skąd tak wielki opór wobec wegańskiej diety dla zwierząt?

Andrzej Elżanowski: Głównym źródłem oporu jest absolutnie głębokie przekonanie, takie ludowo-psychologiczne, że wszystko, co naturalne, jest dobre, a co nienaturalne, jest złe. Ten pogląd mówi, że skoro wilki, psy, a tym bardziej koty są drapieżnikami i tak je Bóg albo ewolucja stworzyli, to nie należy w to ingerować, bo widocznie tak miało być. Jest to przekonanie, które funkcjonuje w zastanej moralności społecznej, w odróżnieniu od etyki. W etyce wiadomo, że z tego, co jest, nie wynika to, co być powinno. Natomiast w takiej zastanej, naturalnej moralności z tego, co jest, wyprowadza się to, co być powinno (chyba że to, co jest, szkodzi nam samym), a odstępstwo albo podważenie zasady są odczytywane jako naruszanie tabu, przekraczanie uprawnień człowieka.

Gdyby to było złe, to Bóg by inaczej świat stworzył.

Oczywiście to jest kontynuacja myślenia religijnego. Nawet doktor Sumińska głosi takie poglądy. To jest przekonanie bardzo głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice. Ale na pewno istotny jest też czynnik komercyjny, działający poprzez instytucjonalną weterynarię, która tak czy inaczej jest finansowo uzależniona od przemysłu mięsnego, między innymi przemysłu produkującego mięsne karmy dla kotów i psów. Jest to sprawa grantów, płatnego doradztwa i innych funkcji akademickich weterynarzy oraz oczywiście wielkich dochodów za nadzorowanie uboju i transportu zwierząt, zwykle „odpowiednio” liberalne – przypadek właśnie skazanej Powiatowej Lekarz Weterynarii z Nowego Targu jest tylko wierzchołkiem piramidy demoralizacji.

Ponadto ludzie, którzy mogliby to fachowo kwestionować, lekarze weterynarii czy dietetycy, nie mają wykształcenia etycznego ani filozoficznego, a czasem nawet biologicznego. Trzeba mieć silną wolę i rzetelną podstawę, żeby ten zastany porządek podważyć. Mam też wrażenie, że wśród typowych właścicieli − w odróżnieniu od opiekunów, a ja czuję się zawsze opiekunem, a nie właścicielem − których się słucha w poczekalniach w klinikach weterynaryjnych, panuje bardzo silny gatunkizm. Znaczy, my, nasze psy i koty to jest wyższa klasa. To są byty wyższej kategorii, podczas gdy roślinożercy, jak np. krowy, są po to, żebyśmy je zjadali.

Czy weganie torturują psy?

Jednak głównym powodem oporu przed weganizmem jest moim zdaniem wiara w naturalny porządek i niewiedza o kilku konkretnych niedoborach diety roślinnej, które można łatwo suplementować, a także o zmianach w fizjologii psów, które powstały podczas udomowienia jako prawdziwego procesu ewolucyjnego, opartego na kumulacji zmian genetycznych przystosowujących do życia w niszy stworzonej przez ludzi.

W przypadku psów naturalne jest, że zaczęły jeść pokarm ludzki, resztki z gospodarstw i w ten sposób przystosowały się do trawienia skrobi…

Właśnie udomowienie jako proces ewolucyjny pokazuje, że podział zachowań na naturalne i nienaturalne przecina ewolucyjne kontinuum i w tym sensie jest umowny, sztuczny i właśnie nienaturalny. Generalnie psowate mają potencjał do wielożerności i trawienia węglowodanów, a od niedawna wiadomo, że psy w procesie udomowienia jeszcze lepiej tę zdolność rozwinęły. Problem jest oczywiście z kotami, które były i pozostały bardziej uzależnione od pokarmów zwierzęcych. Ale mamy już karmy, w których jest wszystko, czego potrzebują. Ami Cat jest od wielu lat głównym pożywieniem naszych kotów. Są szczęśliwie i zdrowe. Z radością zaczynają dzień od wegańskich chrupków. Są tam wszystkie składniki, które są im potrzebne.

To skąd tak silne przekonanie, że właśnie kotów nie da się karmić wegańsko? O ile część osób zgadza się, że psy trawią rośliny, to jednocześnie zastrzega, że z kotami tak się nie da?

W odróżnieniu od psów koty nie syntetyzują aminokwasu tauryny i kwasu arachidonowego (jednego z kwasów omega-6). Tak się uzależniły od pokarmu mięsnego, że same nie syntetyzują wszystkiego, co trzeba. To jest sytuacja bardzo podobna jak z naszą witaminą C. Znakomita większość zwierząt sama sobie syntetyzuje witaminę C i jej nie potrzebuje. Natomiast niektóre naczelne, tzn. małpy, tak się rozpuściły w tropikach, jedząc pełno owoców z witaminą C, że straciły możliwość jej syntetyzowania zgodnie z zasadą use it or lose it, a my, ich potomkowie, musimy dbać o jej zawartość w pokarmach i czasem dobierać w tabletkach.

Rozumiem, że wystarczy po prostu odpowiednia suplementacja, żeby te wszystkie składniki odżywcze dostarczyć zwierzętom?

Tak, zdecydowanie. Na rynku są dostępne sprawdzone karmy wegańskie, które zawierają te wszystkie składniki. A jeżeli się chce samemu psa karmić roślinnie, to trzeba zadbać o skład i suplementację, nawet trochę bardziej niż w naszym żywieniu wegańskim.

Czyli nie uważa pan, że dieta wegańska to dla psa tortura?

Na pewno nie. A biorąc pod uwagę odbiór przez same psy, to karmy wegańskie niewiele różnią się od karm wegetariańskich, na których psy funkcjonują od dziesiątków lat, w Ameryce przynajmniej od początku lat 80. Pamiętam, że jak się otwierało puszki, to pachniały tak ładnie, że samemu miało się ochotę spróbować.

Często pojawiającym się argumentem jest to, że brakuje wystarczających badań na temat wegańskiej czy wegetariańskiej diety dla psów. Że istniejące badania są niskiej jakości i nie wyczerpują tematu.

Jeśli weźmiemy pod uwagę różnorodność fizjologiczną ras i zmienność indywidualną, pewno żadne badania nigdy do końca nie wyczerpią tematu. Co najważniejsze jednak, to nie ma i nie może być badań wegańskiej czy wegetariańskiej diety psów w ogóle, lecz badania poszczególnych karm spełniających standardy żywieniowe określone przez odpowiednie organizacje. Spełnienie tych standardów gwarantuje, że dana karma jest wystarczająca do utrzymania psa w zdrowiu, ale oczywiście są karmy trochę lepsze niż inne i dobrze byłoby mieć długoterminowe badania każdej z nich. Tyle że jak zauważa Sarah Dodd i jej grupa badawcza z Wydziału Weterynarii Uniwesytetu Guelph w Kanadzie, rzadko która mięsna karma produkowana przez renomowane firmy była badana. Mamy tu więc do czynienia dokładnie z tym samym uprzedzeniem co w przypadku ludzkich wegan, od których oczekuje się atestów jawnie niespełnianych przez tradycyjne diety mięsne i mieszane.

A poza tym trzeba pamiętać, że szczęście naszych ukochanych czworonogich członków rodziny nie wychodzi poza nasz dom i nie łagodzi udręki miliardów innych ssaków hodowanych i zabijanych na mięso, a co gorsza, sami możemy uczestniczyć w prawdziwie diabelskim kole zabijania jednych ssaków po to, żeby karmić te, które zdarzyło się nam spotkać i pokochać. Zwłaszcza że przemysł karm dla zwierząt ułatwia przemysłowi mięsnemu sprzedawanie wszystkiego, co się da. Wiadomo, że do wielu karm dla psów i kotów trafiają rozmaite odpady, m.in. mięso z tzw. leżaków – jest to cyniczna nazwa rzeźników dla zwierząt tak słabych, że nie mają siły same wstać i pójść na rzeź. To sprawia, że przemysł mięsny ma zysk, niezależnie od tego, czy dba o zwierzęta, czy nie.

Na przykład z tusz krowich czy świńskich wycinane są miejsca z siniakami i te lądują w karmie dla zwierząt. Dlatego połączenie rozumu z empatią wymaga gotowości do pewnego choćby marginalnego kompromisu między maksimum szczęścia naszych ukochanych a cierpieniem tych sponiewieranych przed ubojem. Kieruję to szczególnie opiekunów kotów.

Sztuczne mięso: hit czy kit?

A przecież również dla kotów istnieją pełnowartościowe karmy wegańskie. Właśnie opublikowano wyniki kanadyjskich badań z raportami opiekunów 187 wegańskich kotów, które są średnio znacznie zdrowsze niż 667 kotów jedzących głównie mięso. Ponieważ w Polsce nie znalazłem smacznej mokrej diety wegańskiej dla naszych kotów, to raz dziennie wieczorem dostają trochę mięsa z puszki (obecnie 100 g na troje) dla urozmaicenia i smaku, czyli z dbałości o ich szczęście. Chwilowo uznaję to za zło konieczne, mając nadzieję, że dzięki fenomenalnym postępom w produkcji wegańskich pokarmów i syntetycznego mięsa uda się to zło wyeliminować.

Zmysł smaku też jest argumentem pojawiającym się często. Psy cieszą się, jedząc mięso. Ale przecież można zrobić pyszne, wegańskie posiłki.

Na pewno tak. Prawdziwą przyjemność sprawiło mi znalezienie bardzo poważnej pracy pokazującej, że psy nie mają wrodzonej preferencji do pokarmu mięsnego i tak samo mogą się cieszyć z roślinnego. Oczywiście, jeśli pół życia jadły mięso, to może być problem. Na pewno każdy przypadek należy traktować indywidualnie i niezbyt doktrynalnie. Trzeba mieć na względzie ogólne przesłanki etyczne, ale brać pod uwagę ograniczenia, jakie stawiają nasi podopieczni. Nie możemy ich krzywdzić w imię etyki. Trzeba postępować elastycznie, szczególnie w przypadku starszych, upartych kotów. Jak wiadomo, ewolucja nie postępowała według żadnych norm etycznych. A wobec tego, że jesteśmy wynikiem ewolucji, mamy nierozwiązywalne czy bardzo trudno rozwiązywalne konflikty etyczne. Jednak ponieważ jesteśmy tymi, którzy je dostrzegają, musimy sobie z nimi radzić. Mówiąc półżartem, moja myśl przewodnia życia to damage control, czyli…

Redukcja szkód?

Taka powinna być rola etycznie odpowiedzialnej ludzkości, która obecnie ma moc sprawczą bogów i może sama podjąć się zbawienia samej siebie i współmieszkańców Ziemi. Chrześcijański mit zbawienia wyraża marzenie o cudownej damage control. Ale właśnie wiara w ten i inne mity przeszkadza nam podjąć się misji zbawienia i najwyraźniej uwalnia ludzi od etycznej odpowiedzialności wykraczającej poza własną grupę. Widać to wszędzie, na każdym kroku.

Czy to prawda, że weterynarze nie są uczeni dietetyki?

Pewno w jakimś zakresie są, ale często nie biorą pod uwagę ogromnych nowych możliwości i potrzeb ograniczania się do pokarmów roślinnych. Zresztą dietetyka nie jest medycyną per se, jest co najwyżej na pograniczu medycyny. A jednocześnie, traktowana poważnie, jest to dziedzina niezmiernie skomplikowana, wymagająca operowania ogromną wiedzą o całości biochemii i fizjologii organizmu ssaka lub ptaka, z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych narządów.

Polskie chore mięso, co o nim wiemy, a czego nie

Tylko niektórzy uczeni (czyli wysokiej klasy naukowcy) są w stanie ogarnąć to w całości, więc podchodzę do tego braku tolerancyjnie. Znacznie bardziej ubolewam nad tym, że studenci weterynarii nie przechodzą poważnego kursu etyki, polegającego na konfrontacji z fundamentalnymi problemami etycznymi ich zawodu. Do takiej konfrontacji prowadzi już samo dostrzeżenie, że życie ssaka czy ptaka ma immanentną wartość, którą należałoby jakoś respektować.

Brak efektywnego kursu etyki na studiach weterynaryjnych ma ogromne konsekwencje. Badania w wielu krajach pokazały, że studenci medycyny, ale również weterynarii, cofają się w rozwoju moralnym między pierwszym a piątym rokiem studiów. Psychometria rozwoju moralnego jest bardzo dobrze rozwinięta. Właśnie w efekcie tych badań w wielu krajach został wprowadzony na studiach medycznych i rzadziej weterynaryjnych obowiązkowy kurs etyki i punktacja psychometrycznego testu od razu się poprawiła.

Są za to praktyki w rzeźniach i ubojniach, więc wiedzą, jak wygląda śmierć zwierząt…

Tylko działa to wręcz odwrotnie. Muszą zaakceptować, że tak to jest.

Znieczulająco.

Ze wspomnień lekarzy weterynarii wynika, że nawet nie mieli możliwości zatrzymać linii ubojowej, gdy coś było źle. Była to nauka akceptacji wszystkiego, co złe. Tak jest i tak musi być. Teraz podobno jest wybór. Studenci mogą odmówić chodzenia do rzeźni. Na pewno oglądanie przemysłowego zabijania jest konfrontacją z rzeczywistością. Natomiast bez krytycznej perspektywy etycznej i ścisłego przestrzegania norm przyczynia się do stwierdzanej psychometrycznie demoralizacji, a nie poszanowania życia zwierząt.

To jest dla mnie jeden z szokujących paradoksów. Wizyty weterynarzy w różnych ubojniach czy fermach, gdzie są tysiące zwierząt, trwają czasem godzinę, na ogół nie zgłaszają oni zastrzeżeń co do dobrostanu zwierząt. Za to do wegańskiej diety psów mają dużo zastrzeżeń.

Weterynarze, którym się udało zachować ideały młodości i pewną wrażliwość, idą do praktyk prywatnych. A fermy, transport i ubój nadzoruje (a przynajmniej ma nadzorować) Inspekcja Weterynaryjna, do której wchodzą najczęściej ludzie skutecznie zdemoralizowani i odwrażliwieni, o czym świadczą liczne (przynajmniej kilkanaście na rok) przypadki skandalicznych zachowań podawanych w mediach i zgłaszanych przez NGOsy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich lekarzy weterynarii zatrudnionych w IW, bo też, mówiąc o zawodzie weterynarza, trzeba pamiętać, że koncentruje się w nim cała dramatyczna sprzeczność stosunku ludzi do zwierząt.

Sprzeczność, którą symbolizowały kobiety chodzące w futrze i prowadzące na smyczy psa (kiedyś pytałem je, czy następne futro będzie z tego psa). Jedne zwierzęta są naszymi członkami rodziny, a inne zjadamy. Beztrosko karmimy nasze kochane koty i psy mięsem zamęczanych krów, świń i kur. Formalnie weterynarzy ma obowiązywać anachroniczne, pozujące na starożytną mądrość motto: „Sanitas animalium pro salute homini”, czyli przez zdrowie zwierząt do zdrowia ludzi. W rzeczywistości jak nigdy dotąd zaznacza się w społeczności weterynaryjnej podział na dwie wyraźne frakcje. Tych, którzy kontynuują tradycję konowalstwa i uznają, że zwierzęta są tylko środkami do ludzkiego dobrobytu i jako takie się nie liczą. I tych, dla których zwierzęta liczą się jako byty same w sobie. Z praktyk prywatnych znam wielu etycznych, odpowiedzialnych weterynarzy.

Znając warunki chowu przemysłowego zwierząt, wiemy, jak często są one chore, szprycowane antybiotykami czy sterydami. W ubojni, w której pracowałem, zdarzało się, że martwe zwierzęta, które powinny trafić do utylizacji, lądowały na taśmie. Tempo pracy było takie, że czasem po prostu nie sposób było się połapać. Zupełnie nie jestem przekonany, że jedzenie tak produkowanego mięsa będzie zdrowsze i lepsze dla kogokolwiek.

To jest oczywiste. Pozostaje pytanie, jakie mamy rozwiązanie tego problemu. Przeważająca i przerażająca część ludzi nie chce rezygnować z jedzenia mięsa, a większość z nich będzie się burzyć na podwyższanie cen. Mięso jest nieprzyzwoicie tanie, za cenę tego, o czym pan mówi, za cenę udręki zwierząt, warunków trzymania i postępowania ze zwierzętami w fermach przemysłowych, w transporcie i ubojniach. Niestety zupełnie nie jest oczywiste, jak to rozwiązać, gdy dziewięćdziesiąt parę procent ludzi chce jeść mięso, nie widząc w tym poważnego problemu.

Chyba już mniej trochę.

Może mniej. Zależy od kraju. W krajach zachodnich część konsumentów byłaby gotowa zapłacić za nie więcej. W Polsce przemysł wegański zaczyna się rozwijać w sposób zupełnie niewiarygodny. Oczom nie wierzę, jak te firmy mięsne, Sokołów Podlaski czy Tarczyński, prześcigają się na różne plastry i kabanosy wegańskie. Ale na pewno większość chce nadal jeść mięso. Dlatego całkowita likwidacja ferm, którą postuluje skądinąd zasługująca na uznanie posłanka Sylwia Spurek, jest dla mnie zupełnie nierealistyczna. Niczego bym nie chciał bardziej w życiu, wszystko bym za to dał, niestety nie wydaje mi się, aby ten postulat był do zrealizowania w przewidywalnej przyszłości. Jak to mamy zrobić?

Spożycie mięsa w krajach zachodnich maleje, ale niestety w skali światowej wzrasta z powodu wzrostu w krajach (różnie) rozwijających się i tzw. progowych, jak Chiny. Co najgorsze, w związku z tym hodowcom w Europie tym bardziej zależy na eksporcie. Największy opór przeciwko piątce dla zwierząt Kaczyńskiego był z powodu ograniczenia uboju rytualnego, a więc wysyłania mięsa żywcem zarzynanych zwierząt dla muzułmanów i żydów.

Łętowska: Cała prawda o polskim uboju rytualnym

Myślę, że rozwiązaniem może być bezubojowe mięso z in vitro. To, co mnie jeszcze zadziwia, to opór polskich weterynarzy czy dietetyków przed zaproponowaniem zbilansowanych wegańskich przepisów dla zwierząt. W polskim internecie nie znalazłem chyba żadnego.

No to trzeba przetłumaczyć. Na szczęście polskie psy nie różnią się fizjologią od angielskich czy amerykańskich. Nie widzę przeszkody, żeby – jeśli źródło jest solidne – propagować to w Polsce… Tylko trzeba pamiętać, że środowisko weterynaryjne, zwykle osadzone w szkołach rolniczych, a przynajmniej pokolenie, które w tej chwili trzyma władzę, z angielskim stoi słabo, a więc anglojęzyczna literatura jest dla nich z powodu bariery językowej mało dostępna. Oczywiście w młodszym pokoleniu powinno być z tym znacznie lepiej. Warto propagować takie przepisy z autorytatywnych źródeł. Świat angloamerykański jest w tej dziedzinie najbardziej zaawansowany.

W zagranicznych księgarniach internetowych widziałem sporo książek o wegańsko żywionych psach.

Tak, ale bardziej radziłbym opierać na artykułach z renomowanych periodyków. Każdy teraz pisze książki, one są różne i trzeba z tym uważać. Ale na pewno można znaleźć dobre, autorytatywne źródło kogoś afiliowanego z przyzwoitym ośrodkiem naukowym. Byłoby warto to rozpropagować.

Na pewno. Mamy psa od dwóch miesięcy i ludzie do mnie piszą w poszukiwaniu informacji na temat wegańskiego żywienia. Brak źródeł po polsku, rzetelnych informacji. Większość stron odnosi się do producentów karmy mięsnej.

Tak. Do tego dochodzą różne, skądinąd sympatyczne pisemka. „Kocie sprawy”, „Psie sprawy”. Roi się od tego na półce w przychodniach weterynaryjnych. Oni żyją w dużym stopniu z reklam firm produkujących pokarmy mięsne dla zwierząt. Błędne koło.

Na pewno jest w Polsce nisza rynkowa wegańskich karm dla zwierząt, jak i wegańskich dietetyków zwierzęcych. Sam nie znalazłem żadnego.

Pewnie jest. Na przykład karma Ami Cat w tym niszowym zakresie czasem się rozchodzi bardzo szybko. Nawet były jakieś problemy z dostępnością w związku z pandemią. Najwyraźniej ta niszowa klientela istnieje i jest zapobiegliwa.

Będę propagował.

**
Prof. Andrzej Elżanowski – zoolog, bioetyk, związany z Wydziałem „Artes Liberales” UW, były pracownik Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Członek zarządu Polskiego Towarzystwa Etycznego. Autor ponad stu prac naukowych, dotyczących głównie morfologii i filogenezy ptaków, a także etycznych implikacji biologii. Od 1983 wegetarianin, od 2013 weganin.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jaś Kapela
Jaś Kapela
Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor tomików z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i książek non-fiction („Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”, „Polskie mięso”, „Warszawa wciąga”) oraz współautor, razem z Hanną Marią Zagulską, książki dla młodzieży „Odwaga”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun serii z morświnem. Zwyciężył pierwszą polską edycję slamu i kilka kolejnych. W 2015 brał udział w międzynarodowym projekcie Weather Stations, który stawiał literaturę i narrację w centrum dyskusji o zmianach klimatycznych. W 2020 roku w trakcie Obozu dla klimatu uczestniczył w zatrzymaniu działania kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Drzewce.
Zamknij