Kultura

Zrałek-Kossakowski: Podsumowanie roku 2011. Muzyka

Coś symbolicznego jest w tym, że Macio Moretti dostał w roku 2011 Paszport „Polityki” w kategorii muzyka popularna. Zaciera się granica między tym, co zwykło nazywać się muzycznym mainstreamem, a tym, co nosi zazwyczaj nazwę muzyki eksperymentalnej. Rok 2011 w muzyce podsumowuje Wojtek Zrałek-Kossakowski.

Zacząłbym oczywiście najchętniej od rytualnego stwierdzenia, że takie podsumowania są umiarkowanie sensowne, że po co takie sporty i że zjawiska (nie tylko) w muzyce rzadko zamykają się w ramach czasowych jednego roku. I byłoby to oczywiście jak najbardziej słuszne i zasadne. Ale ponieważ ten rok był kolejnym rokiem wyrastania pewnej części sceny muzycznej z pewnych rytualnych zachowań i utartych schematów, to tego nie zrobię.


Dla polskiej muzyki rok 2011 był dość ważny a może nawet przełomowy. W najmniejszym znaczeniu tego słowa, bo nie był to jeszcze przełom taki, który dałoby się nazwać radykalnym albo wielkim. Ale wydaje mi się, że w ciekawy sposób potwierdziły się pewne tendencje, które w najbliższym czasie zaczną być – w większości oby – coraz wyraźniejsze i być może – oby – odświeżą, przewietrzą życie muzyczne w Polsce. 

 

Zacznijmy od tego, że także w Polsce zaciera się granica między tym, co zwykło nazywać się muzycznym mainstreamem, a tym, co nosi zazwyczaj nazwę muzyki eksperymentalnej. Wcale nie tak trudno wskazać polskie przejawy tego, co „na Zachodzie” uosabiają tacy artyści jak – rzucam listę bardzo przypadkową, James Blake, Bon Iver, Rustie, Zomby czy DJ Rupture. Zwróćmy uwagę, co i na jaką skalę w roku 2011 pokazali u nas – gatunki, różnice i podobieństwa są tu zupełnie nieistotne – Kasia Nosowska, Muzykoterapia, ParisTetris, R.U.T.A. czy Gaba Kulka. Popularność tych artystów nie jest już przecież niszowa, a proponowana przez nich muzyka wyraźnie wychodzi poza ramy typowe dla muzyki popularnej. Muzyka popowa ambitnieje, coraz chętniej sięga po eksperyment. Nie dotyczy to oczywiście ogromnego grona wykonawców najbardziej popularnych, ale pewna otwartość i świeżość stają się coraz wyraźniejsze. Więc nawet mimo tego, że w roku 2011 na szeroko pojętych Juwenaliach do piwa po raz 5643573 przygrywał szeroko pojęty Kult, warto zauważyć, że festiwale takie jak Off Festiwal, Sacrum Profanum albo Unsound i występujący na nich artyści także przyciągają naprawdę dużą publiczność. Niech najbardziej wymownym przykładem tej tendencji będzie najnowsza płyta… Maryli Rodowicz. Tak, ja wcale nie żartuję: nawet jeśli nie jest to płyta zachwycająca, to proszę zwrócić uwagę, kto ją produkował, kto na niej gra i jak… Brawa za odwagę.


Coraz większego znaczenia nabiera też w Polsce muzyka powstająca poza tradycyjnie rozumianym rynkiem muzycznym. Tak jak zagranicą, tak i u nas stopniowo na znaczeniu tracą wielkie wytwórnie płytowe, które w coraz mniejszym, choć nadal oczywiście dużym, stopniu mają umiejętność kreowania gustów szerokiej publiczności. Najważniejsze w muzyce dzieje się poza czymś, co zwykło się nazywać oficjalnym obiegiem, którego status staje się z roku na rok coraz bardziej wątpliwy (oczywiście najlepszym zagranicznym przykładem jest tu Radiohead). Fakt, że te „niezależne produkcje” stają się coraz częściej „nieproporcjonalnie do realiów” głośne, jest w Polsce pewną nowością.


Kontynuując i jednocześnie stopniowo, ale nie skokowo, odsuwając się od „muzycznego środka” trzeba w tym miejscu koniecznie przywołać to, co dzieje się w środowisku skupionym wokół wytwórni takich jak Lado ABC, Slowdown Records czy Multikulti (to akurat wytwórnia poznańska)… Płyty i projekty Marcina Maseckiego, Macia Morettiego, zespołów Levity i Baaba, Kamila Szuszkiewicza, Wacława Zimpela, Macieja Trifonidisa (bardzo przepraszam pominiętych, ale ta lista naprawdę mogłaby być bardzo długa…) nie tylko stanowią bardzo wyrazistą i niezmiennie od lat ciekawą, za przeproszeniem, ofertę muzyczną, ale także spotykają się z coraz szerszym zainteresowaniem, wcale już nie niszowym. Coś symbolicznego jest w tym, że Macio Moretti dostał w roku 2011 Paszport „Polityki” w kategorii muzyka popularna. Bynajmniej nie chodzi mi tu w żadnym stopniu o to, że niezależni artyści się sprzedali, że kupił ich system itd. To raczej symbol wspomnianej wcześniej coraz większej otwartości szeroko rozumianej sceny muzyki popularnej. Więc czy to jeszcze jest underground? A czy to ważne? Bardzo dobrze, że dokonania tego środowiska wyraźnie zaczynają być dostrzegane przez duże media ogólnopolskie. I nie tylko ogólnopolskie. W roku 2011 koncerty „naszych” muzyków transmitowało BBC, a artykuły na ich temat pojawiały się między innymi na łamach bodaj najważniejszego na świecie pisma muzycznego „The Wire”.


Ale na tym nie koniec, idźmy dalej. Jak tu nie cieszyć się z tego, że podobnym międzynarodowym echem odbijają się fascynujące i bardzo ambitne projekty firmowane przez wytwórnie Bôłt Records i Fundację 4.99? Płyta z nagranym w Wigrach (bardzo będzie brakowało nam tamtejszego Domu Pracy Twórczej…) „Great Learning” Corneliusa Cardew znalazła się właśnie wśród najważniejszych płyt roku 2011 według redakcji „The Wire”. To samo pismo poświęciło osobny artykuł wydawanej przez Bôłt znakomitej serii płyt „Populista presents…”. Z wielkim i jakże zasłużonym zainteresowaniem spotykają się też wydawnictwa i organizowane przez Fundację w Europie koncerty przypominające (nareszcie) i komentujące (genialnie) dorobek Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.


Przesuwając się nadal w stronę muzyki uchodzącej za najtrudniejszą, zauważmy z radością rosnące w Polsce zainteresowanie tak zwaną współczesną muzyką poważną. Rok 2011 to nie tylko czas, w którym swoją drugą, świetną, płytę wydał zespół Kwartludium (Michał Górczyński, Paweł Nowicki, Piotr Nowicki i Dagna Sadkowska) od lat zajmujący się bardzo często premierowymi wykonaniami utworów polskich kompozytorów młodego pokolenia. Rok 2011 to także czas, w którym nazwiska kompozytorów takich jak Wojtek Blecharz, Aleksandra Gryka, Paweł Hendrich, Dobromiła Jaskot, Jagoda Szmytka, Sławomir Wojciechowski (znów przepraszam, że nie wymieniam wszystkich…) stawały się coraz mniej anonimowe. Niech dowodem na to będzie to, że u części z nich zamówienia na nowe utwory złożyła warszawska Opera Narodowa. O otwartości tej instytycji świadczy tez to, że zaprosiła do współpracy reżyserów takich jak Natalia Korczakowska (świetna Halka, której premiera odbyła się pod koniec roku), Barbara Wysocka i Michał Zadara.


Niestety polskie myślenie o muzyce nadal pozostaje nieco w tyle za samą muzyką. Ale nawet jeśli bardzo nieśmiało, to jednak coraz wyraźniej pojawia się w naszym kraju nowy język pisania o muzyce –  nie tylko w kategoriach estetycznych i metafizycznych, ale także, a czasem przede wszystkim, politycznych i społecznych. Muzyka powolutku przestaje być u nas traktowana jako dziedzina sztuki najbardziej oderwana od rzeczywistości. Zaczynamy dostrzegać, że muzyka nie różni się zasadniczo od innych dziedzin sztuki – ona również może wyrażać postawy a nawet teorie społeczne i polityczne, ona również może być narzędziem krytyki, używa tylko do tego innych środków, innego języka. Przebłyski takiego myślenia, nawet jeśli jeszcze skromne, stają się już wyraźne: poświęcona muzyce zaangażowanej Warszawska Jesień, organizowany w warszawskiej Zachęcie cykl spotkań „Krew na liściach”, książka Reszta jest hałasem Aleksa Rossa (a krążą plotki, że książek traktujących muzykę jako zjawisko społeczne i polityczne będzie w tym roku więcej)…


Ale żeby nie było tak optymistycznie. Był to też rok smutny. Wspomniałem już o liwidacji Domu Pracy Twórczej w Wigrach, który był naprawdę ważnym dla muzyki miejscem. To zniknięcie jest przejawem tego, że państwo nadal nie do końca przykłada należytą wagę do kultury, w tym i muzyki. Widać to było również po wyraźnie mniejszych dotacjach przyznanym w roku 2011 festiwalom i wydarzeniom prezentującym muzykę mniej medialną i, choć to trochę pozór, mniej dochodową. Tłumaczenie tego kryzysem jest naprawdę nadużyciem, ale nie miejsce tu na rozwijanie tego wątku. Taki argument bardziej już przystaje do kwestii dofinansowywania kultury przez instytucje prywatne, a o to też w tym roku było trudniej.


Na koniec chciałbym się jeszcze usprawiedliwić: to podsumowanie pisane jest bardzo z perspektywy warszawskiej. Być może, gdyby nie to, że warszawiakiem będąc obszerną część roku 2011 spędziłem w innych niż rodzinne miastach, w ogóle bym o tym „warszawocentyzmie” nie pomyślał. Bynajmniej nie jest pocieszające to, że taką perspektywę przyjmują też inni, że mniej lub bardziej obecna a nawet dominująca jest ona w mediach w ogóle…


Problem ten dotyczy muzyki chyba bardziej niż innych dziedzin sztuki, a już na pewno teatru i filmu. Oczywiście, miasta takie Wrocław są na pewno muzyce przyjazne, na świetne koncerty można wybrać się przecież w Krakowie, Łodzi, Poznaniu czy Trójmieście… Ale jednak to w Warszawie „dzieje się najwięcej”. Tu też przeprowadza się zastanawiająco duża liczba muzyków z innych miast i miejscowości. Z jednej strony jest to pewnie oczywiste, Warszawa jest w końcu stolicą, ale z drugiej: dysproporcje w liczbie miejsc i festiwali, dostępie do muzyki ciekawszej i mniej popularnej, łatwości życia z muzyki między Warszawą a resztą Polski stają się coraz większe. Gdyby nie doświadczenie mieszkania „gdzie indziej” i rozmowy z zaangażowanymi w działalność kulturalną poza Warszawą osobami pewnie bym tego, jak i wielu innych rzeczy nie zauważył. I podsumowując rok 2011 bardzo Wam za tę lekcję dziękuję. 

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.