Kultura

Prlja: Mur pokoju

Uważam, że artyści powinni odwoływać się do rzeczywistego społeczeństwa, działać w czasie rzeczywistym, w rzeczywistym kontekście i oddziaływać na realnie istniejące warunki. Z Nadą Prlją rozmawia Daniel Miller. Patrz też: Oświadczenie biura prasowego 7. Berlin Biennale w sprawie „Muru Pokoju” i list poparcia od mieszkańców 

Daniel Miller: Zamierzasz zbudować mur…


Nada Prlja:
Tak, na
Friedrichstrasse, w samym sercu Berlina – po to, by zobrazować
istniejący obecnie podział w obrębie miasta. Mur ma zwrócić
uwagę na społeczno-ekonomiczne zróżnicowanie społeczności
mieszkającej po południowej stronie Friedrichstrasse.


Zainspirował Cię mur berliński?

Tak myśli wiele
osób. W pewnym sensie, oczywiście, tak. Uważam, że Berlin jest
najodpowiedniejszym miastem, żeby zbudować nowy mur! Trudności i
problemy narastają zawsze wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Myślę, że nadeszła pora, by włożyć kij w mrowisko i ujawnić
bolączki tej społeczności.


Mur urzeczywistnia pewien podział…

Tak, obrazuje i
urzeczywistnia istniejącą w obrębie miasta granicę. Berlin jest
miastem wyraźnych zróżnicowań społecznych, co można dostrzec
odwiedzając takie dzielnice, jak np. Wedding, Neukölln czy
Lichtenberg. Ludzie tam mieszkający niechętnie podejmują trudne
tematy, zazwyczaj mówią „nie ma u nas większych problemów, to
spokojna dzielnica”, jednakże statystyki świadczą o czymś
zupełnie innym. Fakt, że sześcioletnie dzieci przynoszą do szkoły
noże, wskazuje na palący problem, który aż prosi się o
zainteresowanie. Mam nadzieję, że nasz mur wywoła sensowne rozmowy
na ten i podobne tematy.


Jakie są twoje
intencje?

Ludzie w Berlinie
niezbyt chętnie rozmawiają o problemach. Myślą sobie: „wszystko
jedno” i „kogo to obchodzi”. Brutalne działanie – takie jak
zbudowanie muru – jest konieczne, by zmusić ludzi do działania.
Tylko brutalny akt może wywołać prawdziwy konflikt i dyskusję. Chciałabym sprowokować ludzi do reakcji,
wzbudzić w nich gniew, a jednocześnie dać im narzędzia do
wyrażenia swoich frustracji i lęków. Ten mur to pięciometrowa
betonowa przeszkoda, której można się przeciwstawić. Jest
zaproszeniem do działania.


W jaki sposób Twój
zabieg wpłynie na społeczność zamieszkującą okolice muru?

Wywoła w nich gniew
– nie będą przecież w stanie normalnie tamtędy przechodzić lub
przejeżdżać, zaczną czuć, że jest im duszno. Mieszkający po
południowej stronie muru jeszcze bardziej poczują się jak
obywatele drugiej kategorii. Bogaci przedsiębiorcy z północnej
strony będą narzekać na utrudnienia i niewygody w codziennym
życiu, ale jednocześnie mogą odczuć zadowolenie, że bieda
została „wymazana” z ich obrazu. Ten zabieg jasno da do zrozumienia, kto jest kim i do której grupy należy. Oczekuję, że sprowokuje to
mieszkańców południowej strony – bezrobotnych, ubogich,
wykluczonych, imigrantów – do rozpoczęcia walki z murem.


Przeciwko czemu i o
co mają walczyć?

Chcę, żeby
walczyli przeciwko mnie. Innymi słowy – przeciwko murowi,
przeciwko zjawiskom, które sprawiają, że pewne obszary miasta
stają się i pozostają zapuszczone, niechciane i izolowane. Myślę
jednak, że sprowokuje to pewną reakcję „z drugiej strony muru”.
Czy jesteśmy w stanie zatrzymać kogoś, kto chciałby walczyć o
mur? To również pokaże sytuację w naszych europejskich
społeczeństwach.


Jesteś przeciwko murom?

Mur to granica. Jest
wielu ludzi, którzy pracują przy budowie murów, ochronie granic,
zatrzymywaniu imigrantów: strażnicy graniczni, policja, prywatne
firmy ochroniarskie, rządy itp. Wszyscy oni mają poczucie, że ich
działania przeciwko imigracji są prawowite. Nie chodzi tu o moje
opinie. To, co jest istotne, to etyczne stanowisko (lub jego brak)
tych wszystkich, którzy zaangażowani są w tego typu działania.
Dlaczego nie protestują przeciwko murom, tylko pomagają je wznosić?
Albo przeciwko polityce antyimigracyjnej, której wdrażanie
umożliwiają?


Uważasz więc, że nie powinno być
żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o imigrację?

Nie…

Wyobraźmy sobie
wobec tego, że wszystkie ograniczenia w zakresie imigracji zostają
zniesione. Setki milionów ludzi z biedniejszych krajów świata
przenoszą się do Europy, a tutejszy
system polityki społecznej rozpada się…

No dobrze… No i co
się stanie, jeśli ten system się rozpadnie?!


To będzie poważny problem dla
milionów ludzi…

No cóż, wciąż
jednak nie mogę się zgodzić, że żyjemy w przyzwoitym świecie. W
Wielkiej Brytanii, na przykład, rząd zamierza zredukować zasiłki
dla osób niepełnosprawnych (lub też rozpocząć szeroko zakrojone
testy medyczne dla osób ubiegających się o nie). Cięcia są
najczęściej stosowanymi zabiegami mającymi polepszyć kondycję
społeczeństw znajdujących się kryzysie; staje się normą, że
ludziom będącym w najtrudniejszej sytuacji jako pierwszym obcina
się pomoc. Podobnie – publiczna edukacja, publiczna służba zdrowia
itp. otwierają listę usług do usunięcia. W ramach alternatywy dla
polityki redukcji zasiłków dla osób niepełnosprawnych sądzę,
że w tych trudnych czasach rząd brytyjski powinien poprosić królową, by
sprzedała całą swoją biżuterię, aby zapobiec dalszego
upokarzania ludzi już i tak fizycznie pokrzywdzonych.


Ale to nie jest realistyczna
propozycja.

No cóż, jest może
trochę dziwaczna, ale naprawdę uważam, że świat, w którym
żyjemy i to, jakie wartości cenimy, powinno diametralnie się
zmienić. Myślę, że byłoby wspaniale, gdyby ludzie mogli uważać
nas, artystów, za ludzi, którzy potrafią rozmawiać o tego typu
kwestiach – istotnych dla całego świata problemach społecznych i
politycznych. Trzeba przyznać, że artyści również ponoszą
odpowiedzialność za obecne miejsce sztuki w świecie społecznym.
Większość z nas nie rozwinęła w sobie właściwych umiejętności
komunikacyjnych: umiejętności mówienia do ludzi, umiejętności
ustawiania artystów i kultury na pozycjach istotnych w wymiarze
globalnym.



Weźmiesz udział w
tym wydarzeniu, zobaczysz, co się będzie działo, a potem sobie
pojedziesz. To, co robisz, to jednorazowy akt. Artyści nie zamierzają
sumiennie działać na rzecz rozwiązywania problemów społecznych,
a kultura nie zamierza ich w tym wspierać.

Całkowicie się
zgadzam. Myślę, że artyści grają w tę samą grę, co politycy.
Dobrze pasują do świata sztuki (małego, zinternalizowanego
uniwersum), gdzie mogą być z łatwością zrozumiani i nie zostaną
ukarani. Potrafią umiejętnie grać w ramach systemu. Na tym etapie
mojego życia i kariery wiem, że ważne jest, by mieć jakieś
oparcie instytucjonalne (na przykład ze strony świata sztuki),
jednak walczę o to, by móc „manipulować”, czy też „używać”
tego systemu po to, aby osiągać cele spoza świata sztuki.


Co przez to rozumiesz?

Weźmy taki e-flux jako
przykład. To jest „wspaniała idea”, twór dzisiejszego świata
sztuki – inteligentny, powierzchowny, lekki i przekorny… Ludzie z
e-flux myślą w ten sposób: zrobimy coś, co pozwoli docenić
„dobry smak”, spróbujemy pokazać się jako politycznie
zaangażowani, zarobimy trochę pieniędzy i odniesiemy sukces. W ich
własnym mniemaniu zawsze wygrywają (są na czwartym miejscu w
rankingu stu najbardziej wpływowych serwisów świata sztuki).


To naprawdę efektywne przedsięwzięcie…

Tak, zdecydowanie.
I przy tym to jest takie błyskotliwe i poważane przez innych. Ale
„bycie błyskotliwym” nie jest tym, o co chodzi. Myślę, że
artyści powinni być bardziej radykalni, nie powinni skupiać się
tylko na przypodobaniu systemowi sztuki – powinni sami włączyć
się w jego tworzenie, a nie wyłącznie się do niego dopasowywać.


Wydaje mi się, że oni podzielają
Twoje zaangażowanie w poprawnościową retorykę lewicy…

Oczywiście popieram
lewicowe podejścia do działania, ale to nie ma nic wspólnego
z tym, co robi e-flux.


E-flux jednak nie
interesuje większości ludzi. To nie jest jakaś
istotna kwestia polityczna…

Całkowicie się z
Tobą zgadzam, to nie ma żadnego znaczenia dla reszty świata.
Myślę, że tu leży sedno problemu – nieważne, ilu ludzi dostaje
ich maile, oni i tak poruszają się jedynie w obrębie świata
sztuki. Sztuka powinna mieć więcej władzy, stać się czymś
więcej niż jedynie samoreferencyjną maszyną. To właśnie dlatego
staram się robić coś, co nie do końca wygląda jak sztuka i jest
zrozumiałe także poza nią. Stosuję sztukę jako metodologię
pracy, nie jest ona celem mojej działalności.


Tworzysz publiczną sztukę wspieraną
przez niemieckie państwo i niemieckich podatników…

Ta kwestia dość
mocno mnie intryguje. Wygląda to tak, jakby władze i rady
artystyczne wspierały krytykę systemu, ale tylko taką „miłą
krytykę”. Problem pojawia się wtedy, gdy krytyka staje się
bardziej bezpośrednia. Myślę, że 7. Berlin Biennale stara się
zakwestionować obowiązujący konsensus w kwestii tego, co w sztuce
wolno, a czego nie.


Krytyka systemu jest niekontrowersyjna,
bo nikomu nie zagraża. Ma ona swoją własną przestrzeń do
zagospodarowania w ramach tego systemu.

To wygląda
niemal jak zaznaczanie właściwych pól w kwestionariuszu. Opis
każdego projektu ma odwoływać się do pewnych pojęć, należy
zaznaczyć konkretne pola. Trzeba zrobić to, poprawić tamto,
zakwestionować coś w społeczeństwie, stąd też system sztuki
jest dość…


…zinstrumentalizowany?

Tak.
Uważam, że artyści powinni odwoływać się do rzeczywistego
społeczeństwa, działać w czasie rzeczywistym, w rzeczywistym
kontekście i oddziaływać na realnie istniejące warunki. Moja
praca jest zawsze zakorzeniona w konkretnym miejscu i konkretnych
realiach, ale poddaje się uniwersalizacji.


Dlaczego współcześni
artyści czują tę presję, czy też pragnienie, bycia użytecznym?

Moją inspiracją
jest grupa jugosłowiańskich filmowców z lat 60., tzw. Czarna Fala.
Działali w czasach, kiedy filmy oraz wszelka inna działalność
artystyczna, która nie była w zgodzie z obowiązującą podówczas
doktryną komunistyczną, była cenzurowana, jednakże reżyserzy
Czarnej Fali byli w stanie tworzyć naprawdę polityczne prace.
Udawało im się kręcić filmy, nagrywać muzykę, wspierając się
niewielkim zapleczem organizacyjnym, takim jak kluby (wspierane
finansowo przez socjalistyczną władzę) – wykorzystywali system, by
tworzyć niezależne dzieła. W pewnym sensie to także mój cel. Oni
chcieli wyrazić, zinterpretować nową falę wolności osobistych,
seksualnych, która nabrzmiewała w latach 60. Ja pragnę czegoś
innego, ponieważ żyję w innych czasach, z innym zestawem
nurtujących mnie problemów. Ich metodologia pracy jest jednak dla
mnie doskonałą formułą. Nie czuję presji użyteczności, ale
jestem kobietą, dlatego też chcę służyć sprawom, które uważam
za ważne – powiedziałabym, że to potrzeba lub pragnienie, a nie
konsekwencja przemyślanej decyzji. Doceniam wolność do wyrażania
i potencjalnego zmieniania biegu spraw, które mnie obchodzą.
Wolność artystyczna nie polega na możliwości namalowania ładnego
obrazu, to dla mnie zupełnie nieistotny bodziec, działanie, bądź
forma twórczości…


Doprawdy?
Dlaczego?

Nie wiem. Nie zdarza
mi się obudzić rano i czuć potrzeby namalowania czegoś, jak na
przykład Jackson Pollock. Po prostu nie interesuje mnie
eksperymentowanie z pędzlami, kombinacjami kolorów, odcieniami,
formami i strukturami – wydaje mi się to zupełnie powierzchownym,
nieistotnym zajęciem. Są czasem chwile, kiedy mam ochotę zająć
się czymś drobnym i przyziemnym, ale generalnie wolę działania
bardziej „doniosłe”.


Jak rozumiesz swój projekt?

Myślę o nim w
bardzo prosty sposób – to tylko mur, wszystko daje się wyrazić w
kilku słowach. Cała jego głębia wynika z reakcji, które ten
projekt może sprowokować. Może wywołać wiele różnych tematów: gospodarka, demokracja, edukacja, fenomen Sarrazina, bieda, pomoc
państwowa, warunki społeczne itd. Szczerze mówiąc, cieszę się z
tej prowokacji i nie jestem w stanie przewidzieć jej konsekwencji.


Nie sądzisz, że artyści powinni
budować mosty, a nie mury?

Nie. Nie uważam, że artyści powinni
skupiać się jedynie na budowaniu mostów, uważam, że powinni
angażować się w tworzenie procesów.


Może czasem powinni wysadzać mosty?

 

Być może.

 

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.