Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Gdy celebryta okazuje się człowiekiem to jeszcze nie powód, żeby mu klaskać

Macklemore został wykluczony z trasy Eda Sheerana po propalestyńskich komentarzach, a Filip Chajzer z żoną dziwią się, że ktoś może planować ślub z dwuletnim wyprzedzeniem. Tylko pozornie oba fakty są od siebie odległe.

Inba o celebrytów
Kontekst

🎤 Podczas koncertu na trasie Eda Sheerana raper Macklemore wygłosił ze sceny propalestyńskie przemówienie i wykrzyczał hasło „Free Palestine”.

🚫 W reakcji na to organizatorzy trasy i właściciele obiektów postawili ultimatum, co doprowadziło do usunięcia rapera z kolejnych występów.

🎸 Ed Sheeran wydał oświadczenie, w którym zaznaczył, że decyzję podjął promotor, a on sam bezskutecznie próbował znaleźć polubowne rozwiązanie konfliktu.

🤝 W geście solidarności z Macklemore’em z dalszego udziału w trasa koncertowej zrezygnowali pozostali wspierający artyści.

5
Celnie!
Serce

5

W całym zamieszaniu związanym z Edem Sheeranem i Macklemore’em pocieszający jest fakt, że wreszcie jakkolwiek ukarany zostaje oświecony centryzm i próba niewybierania żadnej ze stron. Mdłe powtarzanie, że „może i naziści dopuszczali się mordowania Żydów, ale pamiętajmy, że Żydzi również nie przepadali za nazistami” na naszych oczach staje się zwyczajnie źle postrzegane, być może nawet nieopłacalne.

Nie ma jednak co popadać w przesadny optymizm, po prostu izraelskie ludobójstwo na Palestyńczykach stało się na tyle wyraźne, że trudno je ignorować, a z niechęcią społeczeństwa do izraelskich zbrodni liczyć się będą musieli nawet republikańscy politycy w USA, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów.

Dostrzegalna zmiana nie jest jednak przełomem, którego skutki będą nam towarzyszyć przez dekady. To chwilowy zeitgeist. Podobnie jak w Polsce udało się w cztery lata przejść od sytuacji, w której Michał Dworczyk fotografował się z konserwami, żeby cała Polska zobaczyła, że on też pomaga ukraińskim uchodźcom, do momentu, w którym Doda nagle obchodzi publicznie rocznicę Wołynia. Tuż po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę dziennikarze niemal wszystkich stacji zbojkotowali konferencję prasową Konfederacji w Sejmie, bo z prorosyjskimi politykami się przecież nie rozmawia, a dziś coraz szerzej niosą się w polskich mediach stanowiska o tym, że Rosja to się w zasadzie bardziej broni przed Ukrainą, niż odwrotnie.

Opiaty i poklepywacze

W tak ponurym krajobrazie debaty publicznej niejaką satysfakcję przynoszą doniesienia o tym, że Ed Sheeran za swoją bezstronność, która oczywiście jest stanięciem po stronie oprawcy, dostaje po głowie: odwołano mu jakieś występy albo część ludzi uznała jego postawę za żałosną i karygodną, jednocześnie chwaląc Macklemore’a, który po wywaleniu go z trasy przez Sheerana za wspieranie Palestyny ogłosił przekazanie miliona dolarów na organizacje wspierające ten kraj.

Stop! Wróć! To ostatnie, czyli chwalenie globalnej gwiazdy za to, że przy swoich potężnych możliwościach wizerunkowych i finansowych robi niezbędne minimum, uważam akurat za szkodliwe. Pewnie, rozpatrując charytatywność jednostkowo, lepiej żeby Macklemore przekazał milion dolarów na słuszny cel, niż żeby go nie przekazywał. To jednak nie powód, żeby bić mu brawo i wręczać medale.

Czytaj także Pan Bóg zatkał im ucho. Lazaret starszych panów Jacek Podsiadło

Wątpliwości są tutaj te same, co w przypadku każdego innego przejawu filantropii, zaczynając od pochodzenia jego majątku, a kończąc na tym, że w ujęciu systemowym to bogaci potrzebują charytatywności bardziej niż ci, którzy przyjmują ich pomoc. Filantropia w wykonaniu globalnych gwiazd różni się od filantropii w wykonaniu prezesów w garniturach tym, że ci pierwsi odnoszą jeszcze większe korzyści wizerunkowe.

W kulturze nieustannie przyspieszającego spektaklu i wyrzutów dopaminy powodowanych coraz prostszymi, ale i coraz precyzyjniej dawkowanymi bodźcami, kiedy każdy w sposób pozornie zdemokratyzowany ma szansę być częściowo widzem, częściowo aktorem, a częściowo słupem reklamowym, popularność to już nie tylko waluta, nie tylko zasób, od którego zależy być albo nie być coraz liczniejszej rzeszy; to także uzależniający narkotyk, a kto zarządza dostępem do niego, ten ma władzę większą, niż kiedykolwiek umiał sobie wyobrazić sam Pablo Escobar.

Globalna popularność w 2026 roku to już nie tylko status celebryty i tłumy fanów dające się zahipnotyzować jednym ruchem swojemu idolowi; to także maniakalna potrzeba bycia przez masy ubóstwianym, ale też zwyczajnie lubianym. Jakby to właśnie owe masy o świadomości roju były czyimś najlepszym przyjacielem wyznaczającym poziom samooceny, ważniejszym nawet, niż gdyby kompensowały one nieobecność któregoś z rodziców.

Czytaj także Szczepionki, klony i demony. Gdy umiera celebryta, rodzą się teorie spiskowe Aleksandra Kasprzak

Uwielbienie może być trudniejsze w odstawieniu niż opiaty. W obliczu możliwej utraty dostępu do takiego narkotyku uzależniony jest w stanie zrobić z siebie szmatę na oczach milionów ludzi, czego przykład dał Ed Sheeran, gdy na jednym z ostatnich występów żalił się fanom, jak to źle znosi całe to ostatnie „zamieszanie”. Ale oprócz ludzi zniesmaczonych taką postawą gwiazdy wciąż pozostają jeszcze miliony utwierdzające pozostającego w czynnym uzależnieniu pacjenta, że wszystko jest w porządku. Że on jest w porządku. Upadek Eda Sheerana nie jest upadkiem, dopóki ma on przy sobie kolektywnego poklepywacza po plecach w postaci tłumu wiernych fanów.

Musk, Krychowiak, Marks i Engels

Podejrzliwość w stosunku do filantropii i charytatywności wyrażano już w XIX wieku. W wydanej w roku 1845 roku, łączącej esej z reportażem pracy zatytułowanej Położenie klasy robotniczej w Anglii, Fryderyk Engels konstatował, że klasa burżuazyjna uprawia dobroczynność z własnego interesu, traktując przy tym jałmużnę jak transakcję handlową, w której nabywa sobie prawo do świętego spokoju. W epoce masowych mediów podkręconych do ekstremum za sprawą platform społecznościowych powinniśmy mówić o nabywaniu przez nich już nie tylko spokoju i czystości sumienia, ale też o nabywaniu przekonania o własnej wyjątkowości. Bo przecież skoro podarowuję ofiarom wojny milion dolarów, to czyni mnie to kimś w rodzaju co najmniej świętego. Potwierdzenie świętości otrzymuję zaś od fanów w sposób nieomal namacalny.

Czytaj także Kaczor Donald musi odejść Łukasz Łachecki

Brytyjski dziennikarz Paul Vallely w wydanej w 2020 roku książce Philanthropy: From Aristotle to Zuckerberg uznaje wprost, że filantropia jest zawsze demonstracją władzy. Oto ktoś potężny decyduje się – najczęściej ostentacyjnie – dać komuś pieniądze, choć przecież równie dobrze mógłby tego nie robić. Vallely prowokuje czytelnika do zadania sobie pytania o to, czy ktokolwiek powinien dysponować taką potęgą, że od jego nastroju zależeć może istnienie innych ludzi.

Przypomina mi to pewnego rodzaju niepokój, jaki poczułem na wieść o wspieraniu przez Elona Muska ukraińskiego wysiłku obronnego przez podarowanie Starlinków, co znacznie ułatwiło im łączność polową. Kiedy czytałem zachwyty nad tym, jaki to Elon Musk jest wspaniały i dobroduszny, nieznośnie uwierała mnie wątpliwość: czy to na pewno dobrze, że coś, co ma wpływ na życia tysięcy, a w perspektywie nawet milionów ludzi, zależy od jednego człowieka, zwłaszcza tego. Jakiś czas później można było usłyszeć, że najbogatszemu człowiekowi świata znudziło się wspieranie Ukraińców i wyciągnął im wtyczkę od swoich prywatnych satelitów. Powodzenie obrony kraju przed rosyjską inwazją zależy od dopieszczania ego gościa, który zatrudniał człowieka do grania za niego w gry video, żeby sam potem mógł publicznie udawać, że jest w tym dobry.

A skoro już jesteśmy przy grotesce, to warto wspomnieć również o polskiej piłce nożnej i aferze premiowej sprzed paru lat, kiedy premier Morawiecki miał obiecać reprezentantom Polski wypłacenie z publicznych pieniędzy dodatkowego wynagrodzenia za samo wyjście z grupy na Mistrzostwach Świata. Z premii ostatecznie nic nie wyszło, bo sprawa wyciekła do mediów i odebrana została – słusznie – jako skandal. Jeden z liderów ówczesnej piłkarskiej kadry, Grzegorz Krychowiak, skwitował to wtedy słowami: „Szkoda, że tej premii nie ma. Kilka milionów poszłoby na szczytny cel”.

Celnie! Filantropia w wykonaniu sławnych i bogatych ludzi niemal zawsze nosi znamiona szantażu, którego uczestnikami i jednocześnie sprawcami są wszyscy ci, którzy każdą sugestię, że od charytatywności lepsza byłaby naprawa systemu tak, by podatki były sprawiedliwe, a państwo sprawne, kwitują odruchową obroną idolizowanych miliarderów. Nie musiał dawać, a dał, „obcy człowiek, a ma serce” i należy to docenić.

Czytaj także Shakira wystawia rachunek i płaci go sama. Świętują Piqué, Twingo i Casio Paulina Siegień, Joanna Wiśniowska

Myślę o takiej postawie jak o potencjalnym nagradzaniu kogoś, kto mógłby bezkarnie okradać z emerytury swoją babcię z demencją, a jednak się od tego powstrzymał. Czy ktoś taki zasługuje na dyplom i kwiaty? Czy na dyplom i kwiaty zasługuje Rafał Brzoska, za to, że InPost płaci podatki w Polsce? Oczywiście również nie, a jest to ważny element jego PR-u, co gorsza zdaje się ochoczo podchwytywany przez przychylnych Brzosce komentatorów, dla których sam fakt, że ktoś tak wielki, bogaty i popularny jest Polakiem, wystarczy, aby czynić z niego postać niemal półboską.

Paul Valley zwraca uwagę także na to, że w systemie, w którym istnieje filantropia, charytatywność zmieniła się w ogromny przemysł, w którym największą pulę zgarniają pośrednicy. Nasuwa to świeże skojarzenie z fundacją Cancer Fighters, którą możecie kojarzyć ze słynną zbiórką Łatwoganga. „Rzeczpospolita” ujawniła w tym tygodniu, że we władzach fundacji oraz agencji eventowej z nią związanej i przy okazji jeszcze we władzach związanej z nimi agencji PR-owej zasiada ten sam człowiek. Agencja eventowa zatrudnia okrągłe zero pracowników, organizuje charytatywne gale bokserskie, a głównym jej kosztem była do niedawna pensja prezesa. Tego samego, który jako Cancer Fighters płacił za usługi reklamowe wykonywane jako agencja PR-owa. Nic konkretnego jeszcze z tego nie wynikło, ale podejrzewanie konfliktu interesów jest uzasadnione.

Równie szkodliwe – zwraca uwagę Vallely – jest to, że filantrop może decydować o tym, co jest społecznie istotne. Podaje tu przykład fundacji Billa Gatesa, zwalczającej polio w regionie, gdzie lokalna społeczność uznaje inne problemy za bardziej palące. Autor pisze o transferze władzy, którą demokratycznie wybrani politycy przekazują najbardziej uprzywilejowanym ekonomicznie i to ci ostatni decydują o tym, co jest dobre, a co złe. Kiedy dodamy do tego przywileje podatkowe i możliwość odpisów podatkowych, często okazuje się, że za realizację ich priorytetów realnie płaci całe społeczeństwo. W wymierny sposób, z publicznych środków.

W Polsce można odliczyć m.in. darowizny na cele kultu religijnego. Jeśli jeden z najbogatszych Polaków zdecydowałby się ofiarować odpowiednio dużą sumę Tadeuszowi Rydzykowi, to sporą część takiej darowizny musiałoby pokryć państwo z pieniędzy, jakie można by przeznaczyć na daleko bardziej pożyteczne cele. Nie wiem, gdzie podatki płaci Macklemore, ale nie robi mi aż tak dużej różnicy, jaki procent swoich darowizn na Palestynę pokryje osobiście, bo uważam to za cel ze wszech miar słuszny, choć jednocześnie nie umiem nie dostrzegać w nim aspektu wizerunkowego. Po prostu nie uważam, by należało nagradzać oklaskami robienie czegoś, co biorąc pod uwagę stopień uprzywilejowania, mieści się w granicach minimum przyzwoitości, a do tego w dłuższej perspektywie opłaci się samemu darczyńcy.

Grooming Chajzera a sprawa klasowa

W ostatnich dniach dokonałem małego aktu autoagresji, tj. obejrzałem słynną rozmowę Filipa Chajzera z jego świeżo upieczoną małżonką. W sieci nie brak komentarzy na temat niepokojących sygnałów dotyczących relacji władzy w związku państwa Chajzerów, ale mam wrażenie, że pod nimi umykać może jedna, niemniej istotna kwestia.

To, co się w monologu Chajzera powtarza, to niedostrzeganie swojego gigantycznego uprzywilejowania oraz opisywanie jego przejawów jako niesamowitych zbiegów okoliczności. Państwo Chajzerowie są tak spontaniczni, że nie rozumieją, jak „inni ludzie” mogą organizować śluby i wesela z dwuletnim wyprzedzeniem. W sposób radosny i spontaniczny udało im się nie tylko wynająć salę balową, ale nawet otworzyć Urząd Stanu Cywilnego w sobotę rano na specjalne życzenie. Nie ma to oczywiście związku z tym, że Filip Chajzer nazywa się Filip Chajzer, tylko tak jakoś wychodzi, że wszyscy są mili i uczynni.

Czytaj także Kapela: Nawrócenie Filipa Chajzera Jaś Kapela

Jestem przekonany, że Chajzer w swojej wierze w zbiegi okoliczności jest całkiem szczery. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy celebryci są jak on, raczej że przy dzisiejszych nierównościach funkcjonują oni w rzeczywistości tak odmiennej od mojej i twojej, że nie ma najmniejszego powodu, żeby traktować ich jak takich samych ludzi jak my. Nie mówię, żeby nie doceniać, kiedy pokazują czasem ludzką twarz, ale warto przy okazji patrzeć na to systemowo. Składając w ich kierunku wyrazy uwielbienia za każdym razem, kiedy zdarza im się zrobić coś dobrego, jest dokładaniem drobnego kamyczka do betonu murującego system zbudowany na nierównościach.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
5
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x