Kultura

Dobry dzieciak w szalonym mieście

Płyta „good kid, m.A.A.d city” to prawdziwe wydarzenie w zblazowanym świecie hip-hopu. O najnowszej płycie Kendricka Lamara pisze Jakub Bożek.

W roku 2012 biali hipsterzy znudzili się dubstepem. Zastąpił im go trap, czyli hip-hop prosto z crackowych melin gdzieś na brudnym południu Stanów Zjednoczonych, który spopularyzowali raperzy tacy, jak T.I., Gucci Mane, Wacka Flocka Flame i Rick Ross. Młode białasy z klasy średniej przerobiły tę muzykę w głośną i nieco głupkowatą maszynkę do rozkręcania imprez. Odpadła nawijka, została niemożliwie zbasowana stopa z kultowego automatu perkusyjnego Rolanda TR-808, odgłosy broni, krótkie sample zmutowanych wokali – wszystko to jest oczywiście bardzo ironiczne i niepoważne. W sam raz na melanż. Po rapowym realness został tylko dym z blanta. Właśnie tak czarne CNN, które chciał niegdyś zrobić z hip-hopu Chuck D, zmieniło się w białych Niezniszczalnych Sylwestra Stallone.

 

Nie zrozumcie mnie źle, obsesja autentyczności nigdy mnie szczególnie nie kręciła. Ale ironiczny gangsterski hip-hop klasy średniej albo wysokobudżetowe produkcje czarnych biznesmenów, jak Rick Ross, całkowicie ustawiają popularny odbiór tej muzyki. Jeśli ktoś chce mówić o poważnych sprawach, skazuje się na izolację – jest klasyfikowany jako twórca poważny i awangardowy, co raczej utrudnia dotarcie do słuchacza. To trochę tak jak z awangardowym kinem. Niby wiem, że warto obejrzeć nowy film Michaela Hanekego, ale jeśli mam czas tylko na jeden film w tygodniu raczej wybiorę nowego Jamesa Bonda (pozdrawiam wszystkich miłośników kina przed duże „Ki”).

 

Właśnie dlatego nowa płyta kalifornijskiego rapera, Kendricka Lamara, jest prawdziwym wydarzeniem. Przede wszystkim good kid, m.A.A.d city to idealny blockbuster – Lamar wydał płytę w Aftermath, wytwórni Dr. Dre’a, legendarnego producenta z Compton. Jakby tego było mało na wczesnej trackliście miał kawałek z Lady Gagą. (Ostatecznie przez konflikt wytwórni Lamara i Gagi na płycie pojawia się wersja Bitch Don’t Kill My Vibe bez jej udziału. Ale i tak można sobie posłuchać nagrania w sieci. Daje radę, nawet jeśli nie łapiecie się na zajawkę Gagą.) Na szczęście Kendrick nie idzie drogą raperów, których kariera nabiera rozpędu. Na płycie nie ma tysiąca niepotrzebnych gości, kawałków „dla pań”, parkietowej rąbanki i innych koszmarków. Wokalnego wsparcia dostarczają Mc Eiht (kolejna legenda z Compton), Drake czy samplowana Mary J. Blige. Jest też bardzo ważny występ Mayi Angelou, afroamerykańskiej poetki, autorki 6 (!!!) autobiografii. To nawet zabawne, ale Angelou naprawdę miała o czym pisać.

 


 

Najważniejszymi gośćmi na płycie są jednak rodzice Lamara. Ich obecność nie dziwi, bo good kid… przypomina trochę album ze zdjęciami – jest bardzo osobisty, czasem nawet niedostępny dla kogoś z zewnątrz. Ale Kendrick bardzo rzadko coś ukrywa. Ta płyta to bardzo odważna i szczera konfrontacja z młodością przeżytą w czasach regularnej wojny między gangami Bloods, Crips, Piru a policją. Chociaż Lamar nigdy nie należał do gangu – wręcz przeciwnie był piątkowym uczniem, a nawet uczestnikiem kółka biblijnego – nie mógł uciec od przemocy.

 

Miał kolegów, z którymi rabował domy, o czym opowiada w The Art of Peer Pressure. Jego dziewczyna, Sherene, wystawiła go ziomkom swojego brata z gangu. Chociaż na ogół był czysty, zdarzyło mu się palić jointy z wkładką. Po pierwszym skończył z pianą na ustach, marihuana była zaprawiona PCP, „anielskim pyłem”. Rekreacyjne palenie równoważył pełnoetatowym piciem, alkoholem wypitym na imprezach można by wypełnić basen. Właściwie jedyną beztroską rozrywką w tych czasach był rapowanie do pożyczonych bitów. Pozostałością tych wolnych styli nawiniętych w samochodzie jest Backseat Freestyle. To głupi, młodociany rap, który robi się w wieku 16 lat. Właściwie numer jest tak brawurowo głupi, że myślałem, że na featuringu występuje tutaj Kanye West. Ale okazało się, że nie.

 

Tu kolejny plus dla Kendricka. Jest doskonałym raperem, do tego pisze prosto, dosadnie i komunikatywnie. Ma niesamowity flow, potrafi nawinąć dwa albo nawet trzy razy szybciej od bitu. Musi też mieć zmiennokształtną krtań, bo operuje głosem lepiej niż Aldona Jankowska. Dzięki temu ustawia sobie słuchacza, jak chce. Niesamowity efekt uzyskuje w trapowym m.A.A.d. city, w którym opowiada o życiu w mieście, gdzie zbłąkanych kul jest więcej niż turystów w Paryżu. Tutaj Kendrick posługuje się głosem spanikowanego 16-latka. Dlatego numeru słucha się z mięśniami napiętymi w gotowości do ucieczki. W ostatniej zwrotce dostajemy już czysty horror, zmodulowany głos Kendricka przypomina zniekształcony wokal z Why They Hide Their Bodies Under My Garage Blawana. Ale w m.A.A.d. city nie ma nic z ironicznego techno Blawana. To jednak nie slasher.

 

 


 

Najważniejszym utworem na płycie jest 12-minutowy Sing About Me, I’m Dying of Thirst, niebalany kawałek „ku przestrodze”. Kendrick wciela się w nim w dwie postaci z getta, które nie miały tyle szczęścia, co on. Pierwszą jest brat jego przyjaciela Dave’a, który zginął podczas strzelaniny, w jaką wdała się ekipa Kendricka po tym, jako został pobity przez ziomków Sherane. Druga to młodociana prostytutka, która poszła w ślady Keishy z Keisha’s Song (Her Pain) z poprzedniego albumu Lamara. Obie historie opowiedziane są z okiem do detalu i otwartą głową. Chociaż są smutne, jak oczy Waldemara Pawlaka czekającego na pociąg na peronie w Żyrardowie, nie ma w nich zbędnego melodramatyzmu ani idiotycznego mentorstwa, którym czasem zamęczają nas rodzimi raperzy. Kendrick jest całkowicie świadomy wszystkich pułapek, które wiążą się z wykorzystywaniem smutnych historii z getta na bestsellerowej płycie, ale chyba udaje mu się je ominąć. Chociaż wątpliwości zawsze pozostają. Pod koniec Sing About Me… pyta nawet: „Czy było warto? Czy zrobiłem to dobrze?”.

 

W ostatnim skicie na albumie mama Kendricka nagrywa się mu na poczcie głosowej: „Jeśli nie odezwiesz się do jutra… Mam nadzieję, że wrócisz i zrozumiesz swoje błędy. Wróć jako mężczyzna, opowiedz swoją historię czarnym dzieciakom z Compton. Niech wiedzą, że byłeś jak one, ale udało ci się uciec, zostać pozytywnym człowiekiem. Ale kiedy to się stanie, wróć. Daj im słowa zachęty – to najlepszy sposób, żeby dać coś temu miastu. I kocham cię Kendrick…”. Trudno coś dodać. Posłuchajcie koniecznie.

 

Kendrick Lamar, good kid, m.A.A.d. city, Aftermath Entertainment 2012


Bio

Jakub Bożek

| Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.