Polska prawica jest antyukraińska jak Putin i prorosyjska jak Trump. Im więcej ukraińskich szpitali bombarduje armia Putina, tym energiczniej nasza prawica protestuje przeciwko leczeniu rannych żołnierzy ukraińskich przez szpitale polskie. Trumpowi zaś bombardowanie szpitali najwidoczniej też nie przeszkadza, skoro powiesił sobie w Białym Domu swoje zdjęcie z Putinem. Teraz do parlamentów świata trafiły listy z sugestią, by poparły jego absurdalne pretensje do Pokojowej Nagrody Nobla. Pod listem podpisani są spiker amerykańskiej Izby Reprezentantów oraz przewodniczący Knesetu.
Włodzimierz Czarzasty to polityk umiarkowany i wyważony. Nie zaatakowałby naszego Wielkiego Sojusznika, gdyby tego listu nie otrzymał. Ale gdy już go dostał do ręki, nie wytrzymał. Napisał, co myśli pokojowych dokonaniach Trumpa w kontekście prawa międzynarodowego.
Ambasador USA Tom Rose zareagował nie jak ambasador, lecz jak gubernator albo namiestnik. Oświadczył, że Czarzasty jest w jankeskiej ambasadzie persona non grata – nie jest to sankcja zbyt dotkliwa jak na to, że Czarzasty zapunktował u tych wszystkich Polaków, którzy mają choć trochę dumy narodowej. Rose Ponadto dał do zrozumienia, że w odwecie za brak poparcia dla noblowskich ambicji Trumpa Amerykanie mogą nawet wycofać wojska ze wschodniej flanki.
Cała ta awantura i szarogęszenie się ambasadora USA w Warszawie przypominają mi stary dowcip: Dlaczego w USA nie było nigdy puczu wojskowego? Bo tam nie ma ambasady amerykańskiej.
Bywałem i ja w rzeczonej ambasadzie, gdzie częstowano pokrojoną na drobne kawałeczki pizzą, a do każdego kawałeczka przymocowany był za pomocą wykałaczki gwiaździsty sztandar. Pewien świeżo upieczony dyplomata zwierzył mi się, że jest przydzielony do lewicy i Żydów. Ci dyplomaci nie krępowali się wcale i mówili tak, że dla każdego było oczywiste, że swoje zadaniowe przydziały dostali z Langley (siedziby CIA), a Departament Stanu już tylko je przyklepywał.
Nie przepadam za szpiegami. A szczególnie, gdy są bezczelni i udają dyplomatów. Jeszcze w czasach opozycyjnych odwiedzał mnie sekretarz ambasady USA, żeby się wywiedzieć, co tam słychać w podziemiu. Zawsze udawało mi się go pozbyć za pomocą jednej niezawodnej metody. Opowiadałem mu, jak znakomicie działa służba zdrowia na Kupie. Wtedy jeszcze dobrze działała. Gość robił się purpurowy ze złości i natychmiast się żegnał.
O tym, że jesteśmy przez USA traktowani jak kolonia, świadczą wypowiedzi polityków PiS, którzy twierdzą, że to właśnie Amerykanie oczekują „odwrócenia sojuszy” w polskim parlamencie i zawiązania koalicji PiS-PSL. Tych wypowiedzi ambasador Rose ani Departament Stanu nie dementował. Na to, że Donald Trump przemebluje polską scenę polityczną, prawica liczy, odkąd zasiadł on w Białym Domu.
Wasalny stosunek naszej klasy politycznej do Waszyngtonu niewiele się różni od czasów, kiedy szorowaliśmy kolanami przed władcami Kremla. Tym razem jednak obóz rządowy bicie pokłonów przed do USA pozostawia prawicy – w sporze z ambasadorem obcego mocarstwa premier Tusk stanął murem po stronie marszałka Czarzastego. W ten sposób obaj wytrącili prawicy z ręki monopol na patriotyzm i dumę narodową.
Prawica może i uważa Rosję za kraj nam wrogi, ale hejtuje zagradzającą drogę do Polski rosyjskim wojskom Ukrainę. Klęczy przed Trumpem, który pielęgnuje dobre relacje z Moskwą i wydobywa Putina z międzynarodowej izolacji. Ukraińcy marzną, bo im rosyjskie naloty odcinają prąd i ogrzewanie, a przedstawiciel Trumpa w Warszawie grozi, że możemy posłusznie wykonywać polecenia Wuja Sama albo zapomnieć, że nas obroni przed rosyjską inwazją. Rosjan, w odróżnieniu od Polaków, Amerykanie szanują, bo to jest mocarstwo. Jak szanują Polskę, to już wiemy.
Brakuje tylko, żeby Sikorski powtórzył za Beckiem: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę”. Odpowiadając ambasadorowi USA, Tusk użył podobnej składni: „my w Polsce”. Brzmiało to tak: „Panie Ambasadorze Rose, sojusznicy powinni się szanować, a nie pouczać. Przynajmniej tak w Polsce rozumiemy partnerstwo”.
Należałoby się teraz zastanowić, czy stacjonujący w Polsce skromny amerykański garnizon rzeczywiście daje nam jakąś gwarancję bezpieczeństwa, skoro jego obecność można zakwestionować przy najmniejszym objawie suwerenności naszego kraju. A Polacy, podobnie jak Kanadyjczycy, nie chcą być jeszcze jednym stanem USA.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.