Prezydent Karol Nawrocki skierował do Sejmu swój projekt ustawy dotyczący tak zwanego SAFE 0 procent, czyli krajowej alternatywy dla unijnego programu SAFE. Projekt zakłada utworzenie Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych (PFIO), którego dysponentem miałby być minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, a operatorem Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK). Na pierwszy rzut oka jest on całkiem podobny do Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ), który finansuje między innymi ogromne zakupy broni za granicą – głównie w USA i Korei Południowej. Tym istniejącym już mechanizmem Polska będzie również zaciągać dług na spłatę pożyczek z unijnego SAFE, nawet jeśli prezydent Nawrocki nie podpisze ustawy – możliwość tę daje już uchwalona w czasie rządów PiS Ustawa o obronie ojczyzny.
Dzięki wyprowadzeniu kredytów zbrojeniowych do BGK nie obciążają one długu budżetu państwa, co umożliwia uniknięcie przekroczenia konstytucyjnego progu ostrożnościowego zadłużenia publicznego, wynoszącego 60 proc. PKB. Równocześnie do Unii Europejskiej raportowany jest cały dług polskiego sektora publicznego, dzięki czemu nie traci się z oczu ogółu zobowiązań państwa, co pozwala je kontrolować i w miarę możliwości trzymać w ryzach.
PFIO kontra Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych – różnice w finansowaniu i nadzorze
Według projektu prezydenckiego mechanizm PFIO w kilku istotnych punktach znacząco różniłby się od istniejącego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych. Mowa przede wszystkim o źródle finansowania. Ten drugi finansuje zbrojenia przede wszystkim przez emisję obligacji – głównie denominowanych w dolarach, by móc zapłacić zagranicznym kontrahentom. W 2025 roku zebrał on równowartość ponad 54 mld złotych. Głównym źródłem PFIO miałby być zysk Narodowego Banku Polskiego. Zysk ten powinien wpływać do budżetu państwa, ale prezydencki projekt ustawy umożliwiłby przekierowanie wypłat z NBP do BGK. Poza tym ustawa wyraźnie zakazuje spłacania ze środków PFIO „zobowiązań wynikających z europejskich instrumentów finansowych ustanowionych przez Komisję Europejską”, czyli funduszy z programu SAFE.
PFIO miałby bardziej skomplikowaną strukturę zarządzania i nadzoru. Projekt Nawrockiego zwiększa znaczenie prezydenta i jego ludzi. Organami PFIO będą Rada Funduszu i Komitet Sterujący. Zadaniem Rady miałoby być coroczne zatwierdzanie jego kierunków i priorytetów działań, uchwalanie Planu Wieloletniego oraz opiniowanie sprawozdania finansowego. W skład Rady wchodzić mieliby szef MON (przewodniczący), minister finansów oraz po jednym przedstawicielu premiera, prezydenta oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego (BBN). Większość stanowiliby więc przedstawiciele strony rządowej, co jest o tyle istotne, że organ ten podejmowałby decyzje większością głosów. Rada powinna obradować przynajmniej raz na kwartał.
Rolą Komitetu Sterującego byłoby uchwalanie rocznego planu finansowego, zatwierdzanie jego wydatków oraz zaciąganie pożyczek powyżej miliona złotych. W skład wchodzić mieliby przedstawiciele MON (znów jako przewodniczący), prezydenta RP, premiera, ministra spraw wewnętrznych oraz BBN. Sposób działania Komitetu byłby analogiczny do Rady. Za pracę w obu ciałach nie będzie przysługiwać żadne wynagrodzenie, a koalicja rządząca będzie mieć większość, jednak Pałac Prezydencki miałby regularny wgląd w działalność Funduszu i prawo głosu.
Na minusie może być dobrze
Założona w projekcie prezydenckim struktura Funduszu nie jest szczególnie kontrowersyjna. Problematyczne jest główne źródło finansowania, czyli zysk NBP. W ostatnich latach polski bank centralny nie wykazywał zysku, co nie wynikało ze złej woli, tylko umocnienia się złotego (PLN). To może się wydawać paradoksalne, ale zysk w NBP powstaje wtedy, gdy polska waluta osłabia się względem czołowych walut świata, a w szczególności dolara. Polskie rezerwy w większości trzymane są w aktywach dolarowych (głównie w obligacjach rządowych USA), więc gdy złoty umacnia się względem USD, to wartość tych rezerw obliczona w PLN topnieje, w wyniku czego powstaje strata NBP. Gdy to dolar drożeje, rośnie również wykazywana w złotych wartość rezerw dolarowych, dzięki czemu NBP może „pochwalić się” zyskiem.
Zysk banku centralnego wcale nie musi więc oznaczać, że jego zarząd prowadzi dobrą politykę monetarną. W notowanych przez NBP stratach nie ma żadnego spisku, dotyczy to wszystkich zachodnich banków centralnych, których rezerwy już od czasów powojennych opierają się na amerykańskiej walucie. Dość powiedzieć, że także Europejski Bank Centralny od trzech lat notuje regularne straty, ponieważ euro umacnia się względem dolara. Na początku 2023 roku dolar kosztował 4,38 zł, tymczasem na koniec 2025 roku już tylko 3,58 zł – i właśnie dlatego NBP od 2023 roku nie wypłaca zysku budżetowi państwa. W tym czasie dolar staniał względem euro z 0,93 do 0,85 – dlatego EBC wykazuje od trzech lat stratę, chociaż odpowiednio mniejszą niż NBP.
To nie brak zysków banku centralnego w ostatnich latach powinien być powodem do niepokoju, lecz plany prezydenta i szefa NBP, żeby zacząć generować sztuczne zyski na potrzeby PFIO. W jaki sposób? W projekcie Nawrockiego nie ma na ten temat słowa, co zapewne nie jest przypadkowe. Brudną robotę Pałac Prezydencki próbuje wcisnąć Adamowi Glapińskiemu i jego ludziom. Jest już oczywiste, że w tym celu miałyby być wykorzystane rosnące jak na drożdżach polskie zasoby złota. Gdy Adam Glapiński objął stanowisko prezesa NBP, miał do dyspozycji 102 tony złotego kruszcu. Od tamtej pory zwiększał je w trzech rzutach i trzeba powiedzieć, że wyczucie czasu kierownictwa NBP było pod tym względem znakomite. Polski bank centralny rozpoczynał akcje skupu złota zawsze wtedy, gdy zbliżały się globalne zawirowania, które skutkowały wzrostem ceny kruszcu.
Rezerwy złota NBP i wirtualny zysk
Najpierw NBP zwiększył zasoby o 120 ton w latach 2018-2019, czyli idealnie przed pandemią. W latach 2022-2023 powiększono polskie rezerwy złota o 130 ton, co pozwoliło skorzystać ze zwyżki jego ceny po ataku Rosji na Ukrainę. Od 2024 roku polskie zakupy tego metalu sięgnęły łącznie 200 ton, dzięki czemu NBP mógł popłynąć na fali globalnych niepokojów i dezorientacji związanych między innymi z drugą kadencją nieobliczalnego Donalda Trumpa. Każde z tych wydarzeń napędzało popyt na złoto, które jest traktowane przez inwestorów jako tak zwana bezpieczna przystań. Od momentu objęcia władzy w NBP przez Glapińskiego złoto zdrożało z 1180 USD do 5190 USD za uncję (stan na 11 marca 2026 roku) – a więc aż 4,5-krotnie. Wielka akcja skupywania złota przez polski bank centralny była zatem strzałem w dziesiątkę.
Ile dokładnie NBP zarobił na tych operacjach? Niezwykle trudno to stwierdzić, gdyż trzeba byłoby dysponować szczegółowymi danymi o datach wszystkich pojedynczych zakupów i cenach, w jakich kruszec został nabyty. Portal Bankier.pl oszacował, że w latach 2018-2025 NBP zarobił na operowaniu rezerwami złota ponad 40 miliardów dolarów, czyli po kursie z 4 marca aż 148,5 mld złotych. To jednak szacunek bardzo orientacyjny, na podstawie uśrednionych cen, niebiorący pod uwagę kosztów tych operacji, takich jak transport czy magazynowanie. Dlaczego więc bank centralny nie wykazał zysku? Ponieważ według ustawy musi on księgować złoto po cenie zakupu. Mógłby zrealizować zysk z tego źródła dopiero w momencie sprzedaży poszczególnych sztabek, które są dokładnie oznaczane – dzięki czemu wiadomo, kiedy i w jakiej cenie zakupiono każdą z nich. Tylko że NBP nie chce się wyzbywać złota, wręcz przeciwnie – jego najnowszy cel to 700 ton szlachetnego metalu, co pozwoliłoby wyprzedzić pod tym względem Holandię i Turcję oraz wejść do pierwszej „10” na świecie. Obecnie Polska jest na 12. miejscu, między Holandią a strefą euro.
NBP może jednak wygenerować zysk w sposób księgowy – po prostu urealni w swoich księgach rachunkowych wartość zakupionych sztab do obecnej ceny złota na rynku. W ten sposób powstanie zysk, który będzie jednak wykreowany w sposób wirtualny. W tym celu trzeba byłoby jednak zmienić ustawę, do czego potrzeba zgody koalicji rządzącej. NBP może zacząć urealniać wartość poszczególnych sztab stopniowo, na przykład zaczynając od najstarszych, by nie zalać budżetu nagłym zastrzykiem gotówki. Mógłby przekazywać do Funduszu co roku kilkanaście miliardów złotych przez dekadę.
W rezultacie jednak polski bank centralny osłabi polską walutę. Wyżej wymieniona operacja będzie tak naprawdę formą drukowania dodatkowych pieniędzy. Podaż polskiego pieniądza się zwiększy, tymczasem wartość rezerw realnie będzie taka sama – zwiększy się jedynie ich wycena księgowa. Pieniądze te nie trafią na rynek, tylko do sektora zbrojeniowego, więc to poluzowanie polityki monetarnej nie musi doprowadzić bezpośrednio do inflacji. Może jednak osłabić wartość złotego na rynku międzynarodowym. I to będzie koszt tej operacji – nazwa „polski SAFE 0 procent” jest więc myląca, gdyż zamiast odsetek zapłacimy osłabieniem waluty, czyli wyższymi cenami importu. Tymczasem w zakresie zbrojeń Polska nabywa za granicą nie tylko sprzęt wojskowy, ale też technologie, materiały, prefabrykaty, czy wreszcie kompletne części gotowe do zintegrowania z większym sprzętem. Przykładowo, najnowsza wersja armatohaubicy Krab funkcjonuje na koreańskim podwoziu K9, które jest importowane z Korei Południowej. Jeśli złoty się osłabi z powodu kreatywnej księgowości NBP, to podwozie do Krabów stanie się droższe. To będzie cena polskiego „SAFE rzekomo 0 procent”.
Ryzyko kursowe i polityka NBP. PFIO może osłabić złotego
Poza tym nieprzypadkowo bank centralny nie księguje złota po aktualnej cenie. Po prostu złoty kruszec jest bardzo zmienny pod względem wyceny. Na początku roku bank inwestycyjny Goldman Sachs w swojej prognozie na 2026 rok przestrzega przed traktowaniem złota jako bezpiecznej przystani, gdyż jego cena potrafi w krótkim czasie spaść nawet o 70 proc. Nie oznacza to, że NBP powinien zrezygnować z gromadzenia tego metalu. Czasy są coraz bardziej niespokojne, a dominujący w polskich rezerwach dolar jest coraz mniej godny zaufania z powodu polityki Donalda Trumpa. Nie zmienia to faktu, że urealnienie ceny polskich zasobów szlachetnego kruszcu najpierw da wirtualny zysk, ale później może przynieść analogiczne straty. Ograniczy to możliwości NBP do obrony wartości polskiej waluty w nieprzewidzianych sytuacjach, na które już musimy się przygotowywać.
Pałac Prezydencki przekonuje, że PFIO jest lepsze od unijnego SAFE, ponieważ nie wymaga zaciągnięcia długu w obcej walucie. Dzięki temu unikniemy ryzyka kursowego – gdyby euro zdrożało, to wartość długu z SAFE w polskich złotych analogicznie by wzrosła. Po pierwsze jednak, mechanizm wygenerowania zysku księgowego na zgromadzonym złocie również naraża Polskę na ryzyko kursowe, gdyż grozi trwałym osłabienie PLN i zaufania zarówno do polskiej waluty, jak i polskiego banku centralnego. Po drugie, macierzysta partia Nawrockiego także zaciągała ogromne długi w obcej walucie, tylko że w dolarze. Tymczasem dług w dolarze jest bardziej ryzykowny pod tym względem, gdyż kurs USD/PLN jest dużo mniej stabilny niż kurs EUR/PLN. Co więcej, polska waluta zasadniczo wykazuje wobec euro korelację pozytywną, gdyż jest traktowana jako jedna z unijnych walut – w rezultacie, gdy unijny pieniądz idzie w górę, złoty najczęściej też. W odniesieniu do dolara PLN wykazuje korelację negatywną – gdy inwestorzy zaczynają spoglądać w kierunku pieniądza emitowanego przez amerykańską FED, najczęściej tracą zainteresowanie nadwiślańskim złotym.
SAFE ma także inne przewagi nad PFIO. Zapewni rządowi twardą walutę, którą będzie można bezpośrednio wydatkować za granicą. Nie trzeba będzie więc wymieniać złotych na euro, co automatycznie zwiększyłoby cenę tego drugiego – i osłabiłoby PLN. Ta część SAFE, która będzie wydatkowana w Polsce, zwiększy rezerwy NBP, gdyż rząd wymienia dewizy zagraniczne w banku centralnym. A to zaś poprawiłoby kondycję PLN. Nie mówiąc już o tym, że uruchomienie pierwszych transz PFIO będzie możliwe dopiero najwcześniej na początku 2027 roku. NBP najpierw będzie musiał wykazać zysk, a ten powstaje dopiero z końcem roku, gdy przygotowuje się ostateczny bilans. Nawet jeśli do PFIO wykorzysta się projekty przygotowane pierwotnie pod SAFE, to polski fundusz będzie miał przynajmniej trzy kwartały poślizgu względem unijnego.
PFIO czy unijny SAFE – która strategia finansowania obronności jest korzystniejsza dla Polski?
W nadchodzących czasach NBP powinien dbać o stabilny i solidny kurs polskiego pieniądza. Polska jest importerem paliw, tymczasem z powodu wojny na Bliskim Wschodzie ich ceny idą drastycznie w górę – osłabienie złotego jeszcze to pogłębi, gdyż transakcje na rynku surowców energetycznych przeprowadzane są głównie w dolarach. Polska również musi importować technologie i komponenty do produkcji broni, nawet tej firmowanej przez rodzime przedsiębiorstwa zbrojeniowe. Poza tym NBP musi mieć możliwości reagowania na szoki walutowe, na przykład w związku z wrogimi działaniami hybrydowymi – nalotami dronów albo wysadzaniem torów – które automatycznie powodują panikę i odpływ kapitału z kraju uznawanego za niespokojny.
Jeśli kreatywna księgowość NBP na rezerwach złota miałaby mieć bardzo ograniczony charakter i być tylko uzupełnieniem unijnego programu SAFE, to można byłoby uznać mechanizm PFIO za pożyteczny. Jeśli natomiast PFIO miałoby się stać alibi dla niepodpisania SAFE i zostać głównym źródłem finansowania polskich zbrojeń, to będzie to działanie wbrew interesowi państwa i to w dwójnasób. Pozbawi Polskę wielu miliardów euro z funduszy unijnych, przy okazji ryzykując osłabieniem złotego i utratą zaufania do polskiego banku centralnego.
Narodowy Bank Polski pod wodzą Adama Glapińskiego miał w ostatnich latach naprawdę dużo zasług, które warto docenić. Glapiński jednym ruchem może to jednak wszystko przekreślić.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.