Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

Polska zamienia Pax Americana na Technologiczną Republikę Palantira

Palantir to amerykańska firma wyspecjalizowana w użyciu AI do analizy wielkich baz danych dla policji, wojska i wywiadu. Właśnie oddajemy jej budowę naszego cyberbezpieczeństwa narodowego. Ale czy wiemy, jakie ma ona cele i na jakich ideałach jest ufundowana? Przeczytałem książkę prezesa Palantira, żebyście wy nie musieli.

„Nadeszła chwila rozrachunku dla Zachodu.

Nasza kultura popadła w płytki konsumpcjonizm, porzucając jednocześnie cel narodowy. Zbyt niewielu w Dolinie Krzemowej pytało, co należy budować – i dlaczego.

My pytaliśmy.

Budujemy Palantir, aby zapewnić przyszłość Ameryki, a nie po to, by majstrować przy marginesach. Na hali fabrycznej, na sali operacyjnej, na polu bitwy – budujemy, aby dominować.

Dołącz do nas.

Alexander Karp, Prezes i Współzałożyciel Palantir Technologies Inc.

– plakaty o takiej treści umieszczono w 2025 roku na billboardach przy „wybranych uniwersytetach” w USA.

Czytaj także Palantir: nie próbujcie powstrzymać końca świata Magdalena Bazylewicz

27 października 2025 roku w Warszawie minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podpisał razem z Alexandrem Karpem list intencyjny. Dotyczy on współpracy między MON a firmą Palantir – „absolutnym liderem w zakresie zarządzania danymi i ich wykorzystania w zabezpieczeniu logistycznym pola walki, projektowaniu przyszłości z użyciem sztucznej inteligencji”. Objąć ma ona m.in. utworzenie Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji w Dowództwie Komponentu Obrony Cyberprzestrzeni.

A wszystko to na tle dramatycznej reorganizacji ładu międzynarodowego, przypieczętowanej nową strategią USA, w której Ameryka oficjalnie rezygnuje z roli gwaranta europejskiego bezpieczeństwa, i rosnących napięć między Unią Europejską a amerykańskimi gigantami technologicznymi, z których niektórzy – jak Elon Musk, przy poklasku putinowskiego politbiura – woleliby, aby UE się rozpadła, niżby miała im narzucać regulacje chroniące konsumentów.

Kim jest Aleksander Karp i firma, której prezesuje?

Palantir powstał w 2003 roku. Specjalizuje się w używaniu AI do analizy zbiorów danych dla policji, wojska i wywiadu – do wykrywania zagrożeń, śledztw kryminalnych oraz logistyki i zarządzania polem walki. Zalążkiem firmy był system wykrywania oszustw w transakcjach na PayPalu. Po zamachach z 11 września 2001 roku system ten rozwijano już ze wsparciem kapitałowym służb wywiadowczych USA. W międzyczasie korporacja zbudowała podsystem wspierania działań policji o nazwie Gotham.

Założycielami Palantira byli przede wszystkim Aleksander Karp i Peter Thiel, kolejno: prezes i przewodniczący rady nadzorczej. Ten drugi jest nieformalnym liderem frakcji techoligarchów w koalicji wokół Trumpa. Jego ideologię opisuje się jako „ciemne oświecenie” (dark enlightment). To mieszanka libertarianizmu, monarchizmu i transhumanizmu. Thiel przedstawia się jako ortodoksyjny chrześcijanin, choć jest praktykującym gejem. W 2025 roku wygłosił serię wykładów dla innych liderów Doliny Krzemowej. Ich tematem był… Antychryst oraz „ten, który go powstrzymuje”, czyli Katechon. To koncepcja zaczerpnięta z konserwatywnej rewolucji Karla Schmitta, dobrze znana także w polskim dyskursie kawiarnianej hipster-prawicy.

Na tle Thiela Aleksander Karp uchodzi za kompletną aberrację. Nie pasuje do „ciemnego oświecenia”. Uważa się go za lewicowca, a nawet „etatystę” – podaje się za zwolennika Partii Demokratycznej (popierał Hillary Clinton i Joe Bidena), „socjalistę” i „liberała”. Z Thielem łączy go zamiłowanie do tolkienowskiego świata. Firma Palantir wzięła nazwę od kryształowych kul, jakich używali Sauron i Saruman we Władcy Pierścieni, pozwalających „widzieć więcej”. Przyznać trzeba, że ta nazwa idealnie pasuje do panoptycznego charakteru spółki.

Z drugiej jednak strony, Karp jest zdecydowanym wrogiem „wokizmu” i „poprawności politycznej”. Swoją filozofię (wspieraną na doktoracie z nauk społecznych) wyłożył w opublikowanej w 2025 roku książce Republika technologiczna. Twarda siła, miękkie przekonania i przyszłość Zachodu, napisanej z Nicholasem Zamiską.

Zapobiec wydrążaniu amerykańskiego projektu

Republika technologiczna zaczyna się od krytyki środowiska Doliny Krzemowej (DK) za orientację na „trywialną konsumpcję” bez żadnej wizji cywilizacyjnej. Autorzy bardzo surowo oceniają komercyjne aplikacje pochłaniające naszą uwagę i trwoniące ludzki potencjał, prowadzące do „wydrążania amerykańskiego projektu”.

Dostaje się też dominującemu w DK duchowi antypaństwowemu. W tym miejscu Karp przywołuje argumenty Mariany Mazzucato z książki Przedsiębiorcze państwo (2021), przekonując, że rynek nagradza raczej płytką konsumpcję i krótkoterminowe myślenie w małej skali – szczególnie szkodliwe dla interesu publicznego i wiodące do dekadencji.

Czytaj także Czy sztuczna inteligencja przewidzi krach, który sama wywoła? Agata Popęda

Dla autorów źródłem dekadencji był bunt lat 60. i 70. XX wieku – przeciwko państwu i imperium, a na rzecz suwerennej na wolnym rynku jednostki. W tym kontekście krytykują dawny slogan Googla „nie bądź zły” (don’t be evil) i tych inżynierów DK, którzy sprzeciwiali się współpracy z Departamentem Obrony USA w imię etycznych skrupułów. Besztają ich za to, że nie chcą współpracować z wojskiem i wywiadem, ale nie mają problemu z budowaniem systemów inwigilacji prywatnego życia ludzi dla rynków – wypinają się na tę samą siłę militarną, która chroni ich wolność i która zapoczątkowała ich branżę.

Palantir to odrzucenie tego paradygmatu. Postuluje „podejście inżynierskie” (engineering mindset) – odrzucenie intelektualnej kruchości i ideologii na rzecz kreatywnego tarcia i bezwzględnego poszukiwania efektów. Zdaniem autorów książki, Palantir ucieleśnia prototyp Technologicznej Republiki jako syntezy: (1) inżynieryjnej kultury Doliny Krzemowej – płaskich, niehierarchicznych i partycypacyjnych struktur oraz prymatu kreatywności nad procedurą korporacyjną czy urzędniczą – z (2) kulturą narodową, lojalnością względem interesu państwa, jako wyższego, ponad indywidualnego celu.

Tę wizję autorzy podbudowują filozofią komunitarystyczną m.in. Alasdaira MacIntyre’a, a nawet Michela Sandela. W ich duchu Karp i Zamiska krytykują sekularyzację i laicyzację jako wypieranie substancjalnych poglądów na temat dobra i osłabianie wspólnoty. W ich opinii otwartość na różne formy współżycia i inkluzywna forma narodowości wyjałowiły wspólnotę z treści. W tym miejscu – adekwatnie do inspiracji – ich wywód staje się dość mglisty, żeby nie powiedzieć intuicyjny.

Piszą o orwellowskiej inwigilacji, ale tylko w ramach krytyki sekularyzmu i neutralności moralnej. Piszą, że orwellowska dystopia będzie możliwa nie przez permanentną inwigilację państwa czy mediów społecznościowych, ale przez odpuszczenie debaty o prawdzie i moralności. Winny jest „antyseptyczny dyskurs”, który boi się obrażać i wykraczać poza normy, a jednocześnie nadmiernie wymusza normy, które wykluczają ludzi za argumentowanie za „złymi opcjami dobrego życia”. 

Technologiczna Republika kontra tolerancja i inkluzywność

Dla Technologicznej Republiki trzeba wrócić do cnoty, wartości i kultury: „Aspiracja do tolerancji dla wszystkich stała się wsparciem dla popierania niczego”. Trzeba porzucić imperatyw inkluzywności: „Musimy arenę publiczną uczynić bezpieczną dla substancjalnych idei cnotliwego i dobrego życia, które z konieczności się wykluczają”.

Zdaniem autorów, Ameryka słała się słaba przez brak kolektywizmu. Dolina Krzemowa wykorzystała atomizację oraz próżnię kulturową i zbudowała państwo w państwie. Autorzy krytykują upowszechnienie się kultury maklersko-inwestorskiej, która zasysa talenty – zamiast do produktywnej inżynierii i nauki – ku próżnej „inżynierii finansowej”. Przy okazji zauważają, że kapitalizm i prawa jednostki to za mało, żeby zbudować treść kultury, o którą warto zawalczyć. Dla nich religijny wymiar świeckich wartości jest istotny. Teraz trzeba pogodzić obietnice wolności rynkowej z kolektywnym celem kulturowym – nawet przy wszystkich ryzykach „muskularnego nacjonalizmu”.

Czytaj także Akceleracjonizm: Szybciej, zanim masy ogarną, że prowadzimy je ku technofeudalnej dystopii Patrycja Wieczorkiewicz

Co ciekawe, do istotnego kulturowego dorobku Zachodu zaliczają również popkulturę, w tym fantastykę czy komiksy, którymi inspirowali się w nazwach swoich przedsięwzięć. Tyle że to inspiracje zaskakująco powierzchowne. Nie ma tu nawet próby zrozumienia tego, co w swojej treści ta kultura niosła, jakie refleksje i wnioski etyczne można wyciągnąć z tych pobudzających wyobraźnię dzieł klasyków.

Nie ma tu więc refleksji nad tym, co w uniwersum Tolkiena znaczył „Palantir” – jako instrument, który korumpował dobrych i dawał wszechwładzę złym. To problematyzowałoby przedsięwzięcia Thiela i Karpa. „Palantir” czy „Gotham” mają być raczej memami. Kulturowymi templatkami do wypełnienia dowolną skojarzeniową „treścią”. Mają przypominać, że zanurzeni jesteśmy w jednej „substancjalnej” i „ekskluzywnej” kulturze. Mają być symbolami zaczerpniętymi z przypowieści wspólnych dla tej kultury – choćby bez krztyny namysłu nad ich przesłaniem. Za tymi symbolami ma się kryć treść „cnót” i „wartości” – choćby niesprecyzowanych, ale na pewno „substancjalnych”.

Póki co możemy być pewni, że nasze dane – i cyberbezpieczeństwo – będą w dobrych rękach. Będą służyły naszemu interesowi narodowemu. Przynajmniej dopóki nie będzie on sprzeczny z interesem USA albo prezydenta rady nadzorczej Palantir Inc.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie