Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Nocna prohibicja w Warszawie działa. Lewica miała rację

Warszawa wprowadziła ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu. I znów okazało się, że regulacje, których domaga się lewica, działają.

ObserwujObserwujesz
Całodobowy sklep monopolowy w przejściu podziemnym
Walka

A więc stało się. Beton skruszał. Sumienia się stopiły. Warszawa uchwaliła „nocną prohibicję”. Prawdę mówiąc, to żadna to prohibicja, skoro nadal można kupić dozwoloną ilość alkoholu w knajpie. Ale to istotne ograniczenie. I pewnie tak powinno być nazywane.

Czego to się nie naczytała lewica w sieci o tym zakazie. Że nic to nie da, że problem wydumany, że przybędzie melin. I co się okazało? Ano, okazało się, że w dzielnicach, w których na próbę wprowadzono owe ograniczenie, liczba interwencji policji spadła o 37 proc. Że oczywiście nie powstały żadne meliny, bo gdy masz całe półki zawalone tanim alkoholem i możesz go sobie jeszcze kupić w knajpie, to kto chce, i tak kupi na zapas. Nie żyjemy już w czasach PRL i braku alkoholu w sklepach. Czas pokaże, na ile spadnie liczba interwencji dotyczących pijanych domowników. W Koninie po wprowadzeniu nocnej prohibicji spadła z 405 do 124 w pięć miesięcy.

Czytaj także Boomersi ośmieszają się w dyskusji o ograniczeniu sprzedaży alkoholu Galopujący Major

Nie pierwszy to raz, gdy lewica ma rację. Kto jeszcze pamięta, jak masowo miały bankrutować wszystkie knajpy i restauracje, gdy wprowadzano zakaz palenia w pomieszczeniach? Nawet Ewa Kopacz biła na alarm. Kto pamięta, jak przepuszczanie pieszych miało spowodować dosłownie masową ich śmierć, bo chodzą z nosem w smartfonie? Albo jak przejścia naziemne czy zamknięcie placu Pięciu Rogów w Warszawie miały spowodować, że dosłownie ruch drogowy się zawali. Stolica będzie nieprzejezdna. Zmiana definicji gwałtu? Kobiety miały hurtowo oskarżać mężczyzn o gwałt, bo – jak wiadomo – każda z nich marzy tylko o tym, by cały wolny czas spędzać w polskich sądach i prokuraturach. Nic z tego się nie wydarzyło.

Czytaj także Trzeźwiejsza Polska to wspólne marzenie większości społeczeństwa Paulina Januszewska

Znowu histeryczne wyolbrzymianie negatywnych skutków jakichkolwiek nakazów czy zakazów okazało się prawicową bzdurą. A właściwie kłamstwem. I to coraz bardziej świadomym. Od lat prawica dyscyplinuje swoich wyborców strachem, a ci – niczym nakręceni – krzyczą w internecie o tym, jaki to koniec świata zaraz nastąpi. Koniec, rzecz jasna, nie następuje, ale prawica znów straszy kolejną regulacją. I kolejnym Armagedonem. I on też nie następuje. Cała prawicowa publicystyka to jeden wielki generator strachu i histeryczne uniesienia przy jakiejkolwiek zmianie.

Nie ma się co owymi krzykami przejmować. Trzeba je przyjąć jako prawicowy folklor i robić swoje. Zwłaszcza że właśnie te oddolne inicjatywy na poziomie samorządu mają największe szanse na realną zmianę. Nie ma się bowiem co oszukiwać – przy prawicowo nastawionym Tusku, PSL czy części partii Hołowni, nie mówiąc już o trzech Konfederacjach, jakakolwiek większa zmiana lewicowa jest mrzonką. Jak wiadomo, głosowanie w wyborach za 1,5 roku będzie nie za progresywną zmianą, ale co najwyżej za obroną lewicowego dorobku – wciąż lewicowego kodeksu pracy, wolności zgromadzeń, resztek praw kobiet, zakazów eksmisji, wymogów ochrony środowiska. Istnieje bowiem realne zagrożenie, że Czarnko-Bosako-Braunowe monstrum to wszystko pożre.

Na szczęście mało komu chce się „chodzić” wokół drobnych spraw lokalnych, takich jak nocna prohibicja w mieście. One wymagają często poświęcenia czasu prywatnego, zejścia z ambicji wielkiego zmieniania świata. Dłubaniny przy uchwałach i uporu, uporu, jeszcze raz uporu. Naprzykrzania się urzędnikom, którzy często – także dla świętego spokoju – przyznają rację.

Lewica lubi taką lokalną dłubaninę i nie ma w tym za bardzo konkurencji. Liberałowie są nastawieni na odgórną obronę kapitalizmu, prawica – skupiona na przeszczepianiu MAGA na grunt Polski. Samorządy, rady osiedlowe – wszystko to leży odłogiem. Nic tylko brać i zmieniać.

Wiele można czytać szyderstw z rozmaitych aktywistów, zwanych złośliwie „aktywiszczami”. Tymczasem owe aktywiszcza właśnie sprawiły, że nawet taki nieskruszony beton, jakim jest warszawska KO, wprowadził ograniczenie sprzedaży alkoholu. Także wbrew prawicowym wolnościowcom. Wcześniej cisnęli „aktywiszcza” miasta o więcej zieleni, zwężanie pasów, ścieżki rowerowe; walczyli z betonozą.

Jasne, nie wszędzie się udaje. Póki co to wciąż większe miasta. Ale to pole, na którym lewica odnosi – drobne, bo drobne – sukcesy. Ba, można nawet zaryzykować, że walka ze smogiem, z piractwem drogowym czy nielegalnymi eksmisjami taką drobną zmianą nie jest.  I wbrew powszechnemu odczuwaniu to aktywiści zmieniają nam oddolnie świat na bardziej lewicowy. Gdy od góry wszelka zmiana jest zaczopowana, od dołu trwa rycie lewackich tuneli w świadomości społecznej. I wtłaczanie lepszego, lewicowego świata. A przerażający krzyk prawicowych Korwinów jest tylko potwierdzeniem słuszności obranej drogi.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie