Kraj

Majmurek: Z TVP może być tylko gorzej

Jak wiemy od Jadwigi Staniszkis, prezes nie ufa osobom nie upokorzonym przez siebie. We wtorek przeczołgał i upokorzył wszystkich.

Opisując spory frakcyjne wewnątrz szczytów władzy PZPR, Stefan Kisielewski porównywał je do walk buldogów pod dywanem. Widzimy skotłowany dywan, pod którym toczy się niewidoczna walka, od czasu do czasu wypada tylko spod niego zagryziony buldog. We wtorek po południu wydawało się, że mamy pierwszą ofiarę walki pod dywanem PiS – wypadł spod niego, sam określający się jako „bulterier Kaczyńskich”, dotychczasowy prezes TVP Jacek Kurski.

Na wniosek posłanki i dziennikarki Joanny Lichockiej Kurski został po południu odwołany przez Radę Mediów Narodowych z funkcji prezesa TVP. Na nowego miano rozpisać konkurs w październiku. Po przerwie w obradach, tego samego dnia wieczorem, RMN miała wybrać następcę Kurskiego, który pełniłby funkcję do jesieni. Plotka głosiła, iż zostanie nią Małgorzata Raczyńska, dziś kierowniczka internetowego kanału PiS, za pierwszych rządów PiS na Woronicza dyrektorka telewizyjnej Jedynki. Zanim jednak Rada wznowiła obrady, Lichocka i kierujący RMN Krzysztof Czabański gdzieś zniknęli. Podobno pojechali spotkać się z prezesem Kaczyńskim. Gdy wrócili okazało się, że Kurski jednocześnie jest i nie jest odwołany. Jest, ale uchwała o jego odwołaniu wchodzi w życie dopiero jesienią. Wtedy Kurski będzie spokojnie mógł wystartować w konkursie i niewykluczone, że go wygra.

W swojej w zasadzie pierwszej decyzji RMN wprowadziła więc logikę znaną do tej pory raczej z paradoksów fizyki kwantowej. Jacek Kurski, niczym kot Schrödingera jednocześnie jest i nie jest odwołany, jest i nie jest prezesem. Plotki o śmierci bulteriera Kaczyńskiego okazały się co najmniej przesadzone. Został pogryziony, poobrywano mu uszy, poszarpano boki, okulał na jedną z łap, ale podnosi się, wraca pod dywan i jeszcze może zaszkodzić swoim wrogom.

Czym zawinił Kurski?

Skąd ta cała komedia z powoływaniem i odwoływaniem Kurskiego? RMN nie podała żadnego powodu, co rozumie przez to, że Kurski był „złym prezesem”. W środę rano w Radio Tok Fm głosujący za odwołaniem Kurskiego członek RMN Juliusz Braun mówił o fatalnej sytuacji finansowej spółki, na tyle złej, że prezes musiał zaciągnąć potężny kredyt, by móc wypłacić załodze pensje za lipiec. Trudno jednak uwierzyć, by naprawdę to było powodem odwołania Kurskiego.

RMN nie odniosła się też do faktu, że TVP kierowana przez Kurskiego traci widzów, a praktycznie każdy z programowych pomysłów prezesa (sprowadzających się głównie do wskrzeszania formatów sięgających korzeniami PRL) okazał się klapą, zarówno jeśli chodzi o wyniki oglądalności, jak i odbiór wśród ekspertów.

Moim zdaniem nie to jednak o mało co nie pogrążyło we wtorek Kurskiego. Co w takim razie? Walki w ramach obozu władzy, zarówno w partii, jak i w ramach jej medialnego zaplecza.

Samotny spin doctor…

W partii Kurski lubiany nie jest. Wielu działaczy uważa go za „zdrajcę”, który zostawił PiS w trudnym momencie i wrócił wtedy, gdy prezes Kaczyński znów rozdawał konfitury. Opinia ta nie jest pozbawiona ugruntowania w rzeczywistości. Jacek Kurski jest politykiem, który w swoim politycznym życiu zaliczył pokaźną liczbę partii, równać się z nim pod tym względem nie może nawet Michał Kamiński.

Kurski zaczynał karierę w PC, gdy nie uzyskał z tej partii mandatu w 1993 roku, przyłączył się do Ruchu Odbudowy Polski Jana Olszewskiego. Z jego list także bezskutecznie kandydował do Sejmu III kadencji w 1997 roku. Rok później jest już w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym, tworzącym wówczas koalicję Akcji Wyborczej Solidarność. Z jej list trafia do sejmiku województwa pomorskiego. W 2001 roku wstępuje do PiS – na krótko. Nie otrzymał miejsca na listach w wyborach samorządowych i startuje ostatecznie z list Ligii Polskich Rodzin. Odchodzi stamtąd w 2004 roku i wstępuje po raz drugi do PiS. Z partii zostaje wyrzucony w 2011 roku, w 2012 z grupą rozłamowców z PiS zakłada Solidarną Polskę. W 2015 roku ponownie wiąże się z PiS, pomaga przy kampaniach wyborczych w tym roku. W nagrodę najpierw dostaje posadę w Ministerstwie Kultury, następnie w TVP. Jak widać Kurski nie tylko zaliczył w życiu 6 partii (więcej niż jest w całym Bundestagu), ale i do samego PiS wstępował trzykrotnie.

Jak widać Kurski nie tylko zaliczył w życiu 6 partii (więcej niż jest w całym Bundestagu), ale i do samego PiS wstępował trzykrotnie.

Prezes Kaczyński zawsze miał przy tym do niego pewną słabość, wybaczał mu kolejne frondy i po krótkim okresie niezbyt dotkliwej pokuty przywracał go do łask. Wynika to z pewnością częściowo z tego, że Kurski – jeden ze spin doctorów podwójnie wygranych przez PiS kampanii w 2005 roku – jest jedną z niewielu osób w PiS, która wie cokolwiek na temat mediów, nowoczesnego marketingu politycznego, tego, jak robi się telewizyjne informacje i publicystykę. Co pewnie tym bardziej irytowało rzesze pół-anonimowych działaczy PiS, którzy nie potrafią niczego takiego (jeśli cokolwiek), a jedynym pożytkiem, jaki ma z nich partia, jest ich niekwestionowana, absolutna lojalność.

zrywa się ze smyczy?

Taka postać jak Kurski z punktu widzenia logiki zarządzania partią przez Jarosława Kaczyńskiego była idealna do oddelegowania jej na Woronicza. Brak zaplecza Kurskiego w PiS jest tu potrójnie korzystny. Po pierwsze dlatego, że nowy prezes TVP wie, że wszystko zawdzięcza Jarosławowi Kaczyńskiemu i że jemu jest winny lojalność. Prezes PiS zawsze przygarniał z powrotem Kurskiego, ale też nigdy nie dopuszczał go do wewnętrznego kręgu w partii. Jak kiedyś powiedział mi bliski PiS intelektualista młodego pokolenia, dla Kaczyńskiego Kurski to bulterier w ogródku, nie partner w salonie.

Po drugie, polityka bez zaplecza łatwo zdjąć z najbardziej eksponowanego stanowiska, w tym z prezesury na Woronicza. Nie ma on w partii przyjaciół, nikogo nie urazi taka zmiana, nie zrazi żadnej frakcji. Po trzecie, polityk z zapleczem mógłby wykorzystać prezesurę TVP do tego, by wzmacniać swoją pozycję w partii. Nie tylko przez odpowiednią politykę informacyjną stacji, ale także posady, jakimi ta dysponuje. Telewizyjne synekury dla małżonków, szwagrów, potomstwa ważnych partyjnych działaczy, pozwalają kupować politycznych sojuszników i wzmacniać w partii własne stronnictwo. Kurski miał dostać w lenno Woronicza właśnie dlatego, iż nie ma z kim budować w partii swojej frakcji.

Jak jednak twierdzi w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Barbara Sowa Kurski zaczął szukać w partii sojuszników, w dodatku za placami prezesa. Sowa pisze o Arturze Balazsu, polityku dziś aktywnym w Polsce Razem Jarosława Gowina. W trakcie pierwszych rządów PiS Balazs służył jako pośrednik między partią i Samoobroną. W 2011 bezskutecznie kandydował z poparciem PiS do Senatu, do dziś ma mieć jednak wpływy w partii, zwłaszcza w Zachodniopomorskiem. Być może więc nie przez przypadek, gdy we wtorek ważyły się losy Kurskiego, w jego obronie twittował najbardziej rozpoznawalny parlamentarzysta PiS z tego regionu, Joachim Brudziński. Czy cała wtorkowa komedia była sposobem na ukaranie Kurskiego za to, że zerwał się ze smyczy Kaczyńskiego i zaczął działać zbyt samodzielnie?

Czy cała wtorkowa komedia była sposobem na ukaranie Kurskiego za to, że zerwał się ze smyczy Kaczyńskiego i zaczął działać zbyt samodzielnie?

Walki w medialnym imperium

Z pewnością mogło to odgrywać istotną rolę. Nie należy zapominać także, że i bez tego Jacek Kurski ma w PiS i jego zapleczu dość wrogów, widzących na jego miejscu kogoś innego (często siebie samych). Najbardziej prominentnym z nich jest obecny szef RMN, Krzysztof Czabański. Wcześniej mówiło się o nim, jako o ewentualnym kandydacie PiS do kierowania TVP. Odkąd szefem stacji został Kurski, Czabański zachowuje do jego projektu medialnego duży dystans. Już w marcu uważany za bardzo bliskiego współpracownika Czabańskiego Jerzy Targalski zaatakował Kurskiego jako… „strażnika UBekistanu” w TVP, który „poszedł na układ z bezpieką” i blokuje prawdziwe zmiany, jedynie je pozorując.

Pretekstem do tego ataku było to, że Kurski wymienił szefa publicystyki TVP Info. Michała Rachonia zastąpił David Wildstein. Spór o to, kto powinien kierować publicystyką publicznego kanału informacyjnego łączy się z szerszym sporem w ramach medialnego imperium popierających PiS środków przekazu. Imperium to nie jest bowiem jednorodne i – zwłaszcza od momentu, gdy partia ma do rozdania realne konfitury – między jego poszczególnymi ośrodkami toczy się walka.

Jakie to ośrodki? Pierwszy, najbardziej autonomiczny i politycznie kłopotliwy dla PiS. to media ojca Rydzyka. Drugi, to media braci Karnowskich, wspierane przez wpływowego w partii lidera SKOKów, senatora Biereckiego – przede wszystkim tygodnik „wSieci” i portal „wPolityce”. Trzeci to środowisko „Gazety Polskiej” (tygodnika i dziennika), którego liderem jest Tomasz Sakiewicz. Czwarte skupione jest wokół Pawła Lisickiego i tygodnika „Do Rzeczy”. Wszystkie rywalizują o wpływ na politykę partii, dostęp do reklam spółek skarbu państwa, o wpływ na media publiczne – Polskie Radio i TVP.

Najbardziej niezadowolone z objęcia TVP przez Kurskiego było środowisko „Gazety Polskiej”. Jeszcze przed wyborami jesienią 2015 roku jego lider, Tomasz Sakiewicz, wymieniany był jako jeden z możliwych szefów spółki przy Woronicza z nadania Kaczyńskiego. Jest więc zrozumiałe, że ma po ludzku Kurskiemu za złe, że to on zajął stanowisko, na które Sakiewicz osobiście liczył. Obie „Gazety Polskie” od jakiegoś czasu atakowały telewizję Kurskiego. Część zarzutów była sensowna – wskazywano na ciągłe personalne roszady, zmieniających się jak w kalejdoskopie szefów anten.

Ale atakowano też Kurskiego za to, że jego telewizja nie jest wystarczająco zaangażowana po stronie PiS. Nie, to nie literówka.

Dla „Gazety Polskiej” i części środowisk z PiS (co od jakiegoś czasu można było usłyszeć od ludzi znających stosunki w partii) TVP nie jest jeszcze „dość pisowska”. Czytelniczkom Krytyki Politycznej pewnie trudno wyobrazić sobie, jak w ogóle mogła być bardziej, moja wyobraźnia też tu zawodzi, ale jestem pewien, że wszyscy możemy być jeszcze nieprzyjemnie zaskoczeni.

„Gazeta Polska” jest też główną platformą dla teorii spiskowych w kwestii Smoleńska. TVP Kurskiego pozostawała jak dotąd dość ostrożna w tej kwestii. Choć dopuszczała głosy o możliwym zamachu i „winie Tuska”, to nie uczyniła z tego swojej głównej, uparcie powtarzanej linii programowej. A środowisko „GP” i Solidarnych 2010 pewnie tego by chciało – z pewnością nie może ścierpieć, że tak ważną instytucją kieruje „smoleńskosceptyk”.

Zanim Rada w wieczornym głosowaniu pozostawiła Kurskiego na stanowisku „Gazeta Polska Codziennie” przedwcześnie zapowiedziała okładkę ogłaszającą jego odwołanie. W obronie Kurskiego wystąpiły za to media braci Karnowskich. Gdy ważyły się losy prezesa, w jego obronie na portalu „wPolityce” wystąpił Michał Karnowski, przekonując, iż za to, co Kurski zrobił, należy się mu raczej nagroda, niż dymisja. Gdy Kurski ocalił – przynajmniej do października – posadę, „wPolityce” zaatakowało RMN, wypuszczając materiał z anonimowymi wypowiedziami „ważnych działaczy PiS”, twierdzących, iż Rada się skompromitowała taką decyzją i należałoby się zastanowić nad jej rozwiązaniem.

Wirus AWS?

Na pewno wtorek wygrała jedna osoba – prezes Kaczyński.

Jak wiemy od Jadwigi Staniszkis, prezes nie ufa osobom nie upokorzonym przez siebie. We wtorek przeczołgał i upokorzył wszystkich.

Kurskiego, jego sojuszników w partii i mediach, Radę Mediów Narodowych, Czabańskiego i Lichocką. Podobno decyzja o odwołaniu Kurskiego zapadła w poniedziałek po burzliwej dyskusji na szczytach partii, prezes jednak dzień później ją odwołał. Pokazał, że to on decyduje, że nawet mająca do tego prawne umocowanie RMN może podejmować różne decyzje tylko w takim zakresie, w jakim pasuje to jemu samemu. Doprowadził do zwarcia zwaśnionych skrzydeł i wystąpił w roli rozjemcy.

O ile jednak może to być sensowna taktyka z punktu widzenia zarządzania partią, to z punktu widzenia logiki kierowania państwem i budowania takich instytucji jak TVP, jest to praktyka pod każdym względem destruktywna. Instytucje te powinny cieszyć się minimum stabilności i ciągłości, by działać, nie mogą być teatrem ciągłej partyjnej dintojry. Wydawało się, że jakiś minimalny pożytek z tego, że PiS rządzi samodzielnie, a decyzje podejmuje Naczelnik z Żoliborza, jest taki, że takich gorszących walk o stołki nie będzie. Tymczasem wraca chaos, jaki znamy z czasów pierwszego PiS, gdy Jarosław Kaczyński najpierw z moralistycznym „nie będzie już porozumień z ludźmi marnej reputacji” na ustach zrywał koalicję z Lepperem, by zawiązać ją za chwilę z powrotem, po tym, gdy nagranemu przez TVN Adamowi Lipińskiego nie udało się podkupić Renaty Beger z kilkoma posłami Samoobrony i znaleźć dla rządu większości.

Afera z wtorku kojarzy się z jeszcze starszymi czasami rządów AWS (1997-2001), gdy tworzące tę koalicję partię wiecznie żarły się o różne państwowe posady, przez co karuzela z ministrami (i innymi funkcjonariuszami państwa) pracowała na nieznanych wcześniej w historii III RP obrotach. Niedawno upały spowodowały rozmarzanie wiecznej zmarzliny na Syberii, w wyniku czego obudziły się od dawna uśpione bakterie wąglika. Być może w Polsce upały odmroziły od dawna wydawało się uśpiony „wirus AWS”.

Zatęsknimy za Kurskim?

Wirus ten wykończył swojego nosiciela. Zanim jednak (jeśli w ogóle) wykończy on PiS, jako widzów w telewizji nie czeka nas nic dobrego. Biorąc pod uwagę układ sił w partii i na jej medialnym zapleczu, może być tylko gorzej. Kurskiego we wtorek zastąpić miała Małgorzata Raczyńska, osoba, która także wśród dziennikarzy sympatyzujących z PiS postrzegana jest jako wyjątkowo niekompetentna. Wśród kandydatów na prezeskę w jesiennych konkursie, wymienia się m.in. Anitę Gargas – znaną z dokumentów lansujących tezę o zamachu w Smoleńsku. Zgłosił się także Mariusz Max Kolonko, czego jednak nawet jak na standardy dobrej zmiany nie da się traktować inaczej, niż w kategoriach żartu. Jednak program TVP rozpoczynający się od Apelu Smoleńskiego bardzo szybko może przestać być żartem.

Za Kurskim i jego telewizją możemy jeszcze wszyscy zatęsknić.

POWSTANIE-UMARLYCH-HISTORIA-POWSTANIE-WARSZAWSKIE-Marcin-Napiorkowski

**Dziennik Opinii nr 218/2016 (1418)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".