Kraj

Lipszyc, Pacewicz, Stasińska: Czy rząd powinien rozdawac podręczniki?

O rządowym pomyśle darmowego podręcznika dla pierwszaków.

Rządowy pomysł wprowadzenia darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów – ogłoszony przez premiera Donalda Tuska w piątek 10 stycznia – komentują Jarosław Lipszyc, Piotr Pacewicz i Beata Stasińska.

Jarosław Lipszyc, prezes Fundacji Nowoczesna Polska:

W przypadku takich programów jak publiczne podręczniki – diabeł tkwi w szczegółach. To, czy przedsięwzięcie skończy się sukcesem, zależy od bardzo wielu czynników, których dziś jeszcze nie znamy. Bardzo ciężko jest oceniać propozycję premiera na podstawie ogólnikowych zapowiedzi. Niewątpliwie są one jednak dobrym znakiem. Przede wszystkim znakiem tego, że nie poszło na marne wiele lat ciężkiej pracy środowiska edukacyjnego – nauczycieli, organizacji pozarządowych – zwracającego uwagę na to, że problem dostępu do materiałów edukacyjnych musi być w Polsce rozwiązany. Bo największą barierą w tym przypadku są koszty. Są one po prostu absurdalnie wysokie.

Rynek drukowanej książki edukacyjnej jest patologiczny, obserwujemy na nim wszystkie te negatywne zjawiska, które znamy np. z rynku farmaceutycznego. Ta sytuacja wymaga uregulowania.

Jeżeli chcemy, żeby polscy obywatele byli dobrze wykształceni i mogli konkurować na rynku światowym, to tego rodzaju barierę trzeba usunąć.

Cieszę się więc, że rząd postanowił się tym problemem serio zająć. Skądinąd – nie z chwilą objęcia stanowiska ministry przez Joannę Kluzik-Rostkowską. Te propozycje pojawiły się po raz pierwszy w exposé premiera u początku ostatniej kadencji. Program publicznych podręczników realizowany jest w ramach programu Cyfrowa Szkoła, który został zapoczątkowany przez Michała Boniego jeszcze w poprzedniej kadencji. Więc zapowiedź premiera nie jest zaskoczeniem, rząd już od dawna nad tym pracuje.

Pytanie – w jaki sposób ten program będzie teraz rozwijany. Jest kilka postulatów zgłaszanych przez organizacje pozarządowe – m.in. przez Koalicję Otwartej Edukacji, w skład której wchodzą zarówno organizacje pozarządowe, jak i instytucje publiczne – które warto by było uwzględnić.

Najważniejszym jest to, żeby materiały edukacyjne – dla wszystkich klas – były finansowane ze środków publicznych, były dostępne za darmo w internecie oraz w formie drukowanej i żeby były maksymalnie różnorodne, tzn. oparte na różnych koncepcjach pedagogicznych.

W zapowiedziach premiera mowa na razie o jednym podręczniku – Koalicja postuluje, żeby w trybie konkursowym finansować rozmaite najlepsze propozycje. Natomiast nawet gdyby był to tylko jeden podręcznik dostępny publicznie – pamiętajmy, że będzie on dostępny równolegle z ofertą komercyjną. Nauczyciele nadal będą mogli wybierać droższy podręcznik komercyjny, będą musieli tylko wytłumaczyć się ze swojego wyboru rodzicom.

***

Piotr Pacewicz, publicysta „Gazety Wyborczej”:

Dziwny pomysł. Edukacja to delikatna materia, w której przeprowadzanie radykalnych zmian wymaga przygotowania, przemyślenia i sprawdzenia. A tutaj o „jednym podręczniku” dowiadujemy się znienacka, co więcej, dowiadujemy się, że jest to „element większej układanki”, której szczegóły poznamy wkrótce. Wygląda to jakby ktoś rzucił ideę podręcznika za darmo, może nawet sam premier, nauczycielskie dziecko w końcu, pomysł się spodobał i został publicznie ogłoszony. A reszta układanki jest nieznana. Może także pomysłodawcom? W ten sposób nie reformuje się edukacji. Premier zasłynął już z rzucania rozmaitych haseł, np. do walki z dopalaczami, z których nic dobrego nie wynikło.

Wygląda to na ruch populistyczny, związany z narzekaniem, że podręczniki są takie drogie, a tornistry ciężkie. Może idzie też o to, by poprawić klimat wokół sześciolatków, bo obniżenie wieku szkolnego wciąż budzi sprzeciw (moim zdaniem absurdalny, ale to inny temat).

Jeśli ta propozycja zostanie wprowadzona w życie, załamie się rynek podręczników oraz towarzyszącej im rozbudowanej oferty multimedialnej itp., co „Gazeta Wyborcza” nazwała „pułapką podręcznika za darmo”. Podręcznik to dziś pakiet, w którym mieści się nawet szkolenie nauczycieli. Nauczanie wczesnoszkolne to jedna czwarta wszystkich uczniów. Ta decyzja może zatem wyciąć czwartą część rynku, oddając ją w ręce państwa. Zwycięski wydawca zostałby namaszczony przez państwo na potentata.

Państwo chce samo wybrać. Ale co wybrać? Jak? Jakie badania przeprowadzono? Jaki będzie proces oceniania podręczników? Przecież one się między sobą różnią. Są książki do nauczania wczesnoszkolnego, w których przedstawia się rodzinę z jasnym podziałem: mama gotuje i nalewa zupę, a tata wraca z pracy i rozmawia z dziećmi o poważnych sprawach. I są książki bardziej, nazwijmy to, nowoczesne.

Lewica hołduje czasami myśleniu – wydaje mi się ono cokolwiek niebezpieczne –że skoro rynek i kapitał są złe, to państwo jest z definicji dobre, bo to przecież władza publiczna. Otóż, jak się spojrzy z bliska na przykład na ministerialne recenzje podręczników szkolnych, to widać, że władza publiczna robi często głupoty.

W tym przypadku wybór podręcznika (czy raczej trzech podręczników do trzech ścieżek, bo trudno sobie wyobrazić jedna książkę do czytania, liczenia i przyrody) byłby tzw. wyborem środka, „kompromisowym”, konformistycznym pod względem ideowym i metodycznym. Jeśli – załóżmy – w podręczniku miałyby się pojawić elementy obyczajowe, np. edukacji seksualnej, to rząd bałby się kogoś urazić. A w Polsce uważa się na to, żeby nie urazić Kościoła i prawicy, zwłaszcza w kontekście aktualnej awantury o gender.

Znając odwagę premiera i całego rządu w sprawach obyczajowych, można zatem oczekiwać podręcznika „kompromisowego” jak ustawa antyaborcyjna.

Nie byłoby też nowinek metodycznych, np. programów stawiających na pracę zespołową, bo to nie mieści się w polskim standardzie nauczania.

Ten ruch zdjąłby z nauczycieli i szkół odpowiedzialność za wybór podręczników. Oczywiście, można powiedzieć, że szkolnictwo jest manipulowane przez rekiny rynku, ale to niemądre mówienie. Presja presją, ale w końcu szkoła czy nauczycielka ogłaszają: uczymy z podręcznika X. I często wybierają to, co im odpowiada, co lubią. Ten gest państwa ma zrobić ogromne wrażenie i to bardzo tanim kosztem. Może ktoś pomyślał, że za głupie kilkadziesiąt milionów złotych można kupić sobie życzliwość wokół edukacji, polityczne poparcie, uspokoić nastroje wokół sześciolatków. Matki pierwszego  kwartału kosztowały kilkaset milionów.

Czy to znaczy, że państwo nie może nic zrobić, by pomóc uboższym rodzicom i osłabić rynkowe szaleństwa na rynku podręczników? Owszem, może.

Prostym pomysłem byłby bon na podręcznik do dyspozycji rodziców lub szkół.

Wywarłoby to presję na wydawców, by zbić cenę do poziomu bonu, wzmocniło podmiotowość rodziców i szkół. Może zresztą rząd nas zaskoczy i w tym kierunku zmodyfikuje pomysł nowej układanki?

***

Beata Stasińska, współzałożycielka wydawnictwa W.A.B. i jego redaktor naczelna:

Rząd nie powinien występować w roli dobrego pana, który rozdaje podręczniki.

Najpierw spodziewałabym się uporządkowania rynku podręczników, na którym panuje rodzaj wolnorynkowej samowolki, potem kryteriów merytorycznych, jakimi powinni kierować się zarówno autorzy, jak i komisja podręcznikowa. Na końcu – decyzji polityczno-ekonomicznej: czy polskiej szkole potrzebnych jest kilka, a bywa, że kilkanaście podręczników do jednego przedmiotu dla jednego rocznika? I czy moralne i zasadne ekonomicznie jest, by podręczniki szkolne miały tak krótki – często jest to jeden rok – czas eksploatacji? Kto powinien kupować podręczniki? Rodzice? Szkoła? Czy też powinien być to wspólny wydatek, a jeden podręcznik z założenia powinien służyć trojgu lub czworgu dzieciom z kolejnych roczników.

Wracając do jednego darmowego podręcznika dla maluchów: podoba mi się pomysł, by był jeden. Nie wiem jednak dlaczego miałby być za darmo i dlaczego dla pierwszoklasistów, a nie np. maturzystów (na ich podręczniki rodzice wydają więcej pieniędzy).

Najbardziej ciekawi mnie treść i kryteria jej doboru. A na ten temat nic nie wiemy.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.