Kraj

Jacek Rostowski, keynesowski głos w polskim domu

Wreszcie do nas dotarło, że stymulowanie rozwoju przez państwo to nie jest relikt realnego socjalizmu.

„Nasza strategia oparta jest na zwiększeniu, pobudzaniu i – nie waham się użyć tego słowa – stymulowaniu inwestycji i zatrudnienia w krótkim i średnim okresie”. Oto minister Jacek Rostowski, keynesowski głos w Twoim domu. Język aktywnej polityki gospodarczej państwa, elastycznego reagowania na zmienną (i, z oczywistych powodów, niekorzystną) koniunkturę na zewnątrz, wreszcie odpowiedzialności za miejsca pracy i wzrost, która nie ogranicza się do likwidacji „biurokratycznych barier” przedsiębiorców – to interesujące w ustach dawnego torysa.

To również spory postęp, jeśli chodzi o przekaz ze strony rządu; nie tak znowu dawno minister innego resortu (dawny neokonserwatysta) z dumą podkreślał, że na przekór reszcie Europy „nie ulegliśmy Keynesowskiemu szaleństwu”. Czyżby Platforma Obywatelska, porzucając kokietowanie bardziej liberalnego elektoratu „obyczajówką” postanowiła skręcić w lewo „socjalnie”?

Najmniej w tym wszystkim istotne są figury retoryczne – minister finansów nie omieszkał przeciwstawić „rozsądnej” polityki rozwojowej rządu „rozdawnictwu” proponowanemu przez opozycję; można z dobrą wolą potraktować to jako trybut spłacony drżącym o rządowy „rozsądek” rynkom, względnie własnej przeszłości partyjnego kolegi Margaret Thatcher. Problem polega na czym innym – choć dla socjaldemokratycznego ucha propozycje rządu brzmią całkiem całkiem, diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. A czasem w ich braku.

Jeśli chodzi o bieżącą koniunkturę, należy przede wszystkim zapytać, czy zapowiadane dodatkowe 40 miliardów na „Inwestycje Polskie” jakkolwiek zrównoważą wysychające źródło unijnej perspektywy budżetowej do roku 2014; warto bowiem pamiętać, że z europejskich pieniędzy tylko od roku 2008 (a właściwie 2009, co złośliwie wypomniał PiS-owi minister finansów, nazywając „ślimaczym” początkowe tempo wykorzystywania przez nas brukselskich funduszy) do dziś rozdysponowaliśmy aż 224 miliardy złotych. To kwestia nie tylko różnicy skali środków (jak się niedawno wyraził jeden z ekonomistów, na ostatnie 2 lata z unijnych funduszy zostały nam „jakieś marne resztki”), ale też skuteczności ich wydawania. Aktywizacja „martwego kapitału” – to brzmi wspaniale. Do tego, obok udziałów ze spółek skarbu państwa, pod kredyty inwestycyjne zastawionych może zostać aż 70 miliardów złotych zwrotów z VAT.

Tyle tylko, że taka linia kredytowa może nie wystarczyć. Polski system bankowy nie ma problemów z płynnością, a wiele firm dosłownie siedzi dziś na pieniądzach. A jednak nie inwestują. Dlaczego? Może dlatego, że przedsiębiorca nie weźmie kredytu nawet za darmo, jeśli jego przewidywania co do przyszłej koniunktury będą pesymistyczne?

Żadne dodatkowe linie kredytowe nie pomogą, jeśli perspektywa popytu wewnętrznego (płace, bezrobocie) będzie słaba, a możliwości eksportu – niepewne (kryzys strefy euro). Rząd podkreśla długofalową perspektywę swoich planów, ale tutaj widoki są jeszcze bardziej mgliste. Obiecywane przez PO w kampanii wyborczej i potwierdzone przez ministra Rostowskiego (obietnice, nie pieniądze) 300 miliardów z funduszy unijnych to raczej wyliczenia palcem na wodzie. Obecnie nie wiadomo bowiem czy będzie jeden czy więcej budżetów Unii, jakich będą rozmiarów, na co zostaną przeznaczone największe środki („stare” fundusze spójności czy nowe na badania i rozwój) i wreszcie – jak podzielony zostanie tort? Czy więcej przypadnie dla stabilnej Północy czy dla niepewnego Południa? W dzisiejszym układzie nasz z dumą podkreślany „północny” status wcale nie musi być pomocny.

Tego wszystkiego nie wiemy – tymczasem od rozgrywki o budżet Unii zależeć będą najbliższe lata w Polsce. Nie wiemy również, czy gaz łupkowy (obszar, w którym inwestycje publiczne i prywatne w samych latach 2013–2016 rząd szacuje na 50 miliardów złotych) w ogóle wolno będzie w Unii wydobywać, czy ktokolwiek będzie chciał go w Polsce wydobywać (Amerykanom ochota sukcesywnie przechodzi) ani czy w ogóle warto to robić (groza kosztów ekologicznych, chimery zysków ekonomicznych).

Rząd pragnie zachęcić do inwestowania sektor prywatny, ale poza przedłużeniem „tymczasowego” uelastycznienia rynku pracy (jak zwykle, tymczasowe rozwiązania bywają najtrwalsze) niespecjalnie tłumaczy, w jaki sposób (poza łatwo dostępnym kredytem) chce to zrobić.

Inwestycje mają być „prorozwojowe”, a jednym z głównych ich obszarów – energetyka. Eksperci wszystkich opcji przypominają, że polskie bloki energetyczne często pamiętają Edwarda Gierka, a sieci przesyłowe sypią się na naszych oczach – byłaby to więc doskonała okazja do wykonania wielkiego skoku rozwojowego i wielkiej przebudowy infrastruktury. Przecież i tak musimy wydać na źródła energii kilkadziesiąt miliardów złotych w najbliższej dekadzie. Można by np. połączyć kwestię energii i rozwoju regionalnego – wzorem choćby Danii z lat 70. dokonać analizy, które źródła energii mają najlepszy wpływ na lokalną gospodarkę i otoczenie społeczne; które przy podobnej wydajności tworzą więcej miejsc pracy.

Tego wszystkiego w rządowych planach zabrakło. Podobnie jak podkreślenia, że największym kapitałem kraju są jego ludzie – obecnie skazywani na emigrację, pracę na umowach śmieciowych bądź bez umów; w sytuacji pełzającej komercjalizacji uczelni (drugi kierunek płatny), likwidacji kolejnych szkół i pogarszającego się dostępu do opieki zdrowotnej. Te wszystkie tendencje nie tylko obniżają poziom życia, ale i źle wróżą gospodarczej koniunkturze – przerzucanie kosztów kolejnych usług społecznych na jednostki nie będzie sprzyjać popytowi wewnętrznemu na pozostałe towary i usługi. To z kolei nie zachęca przedsiębiorców do inwestowania… i zamyka się błędne koło – z łatwo dostępnym kredytem psu na budę.

Kapitalizm z silnym udziałem państwa to nie wymysł nostalgików za „chwalebną epoką” powojnia na Zachodzie ani mrzonka rewizjonistów socjalizmu. Stymulowanie wzrostu poprzez publiczne inwestycje, podobnie jak sterowanie wielkimi projektami rozwojowymi, to znów część głównego nurtu polityki gospodarczej – i ekonomii politycznej na świecie. Ten język dotarł już do naszych elit. Można rzec, niczym w socjalistycznym dowcipie o ogłoszonym przez partię „zielonym świetle” dla prywatnej inicjatywy: zielone światło już jest, poczekamy, kiedy będzie surowiec.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.