Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj

Hajnówka 2016, czyli żubr i kornik atakują

To moja pierwsza wizyta w Puszczy. Nie wygląda na prastarą. Przeciwnie. Jestem zaskoczona młodzieńczością drzew.

Prawdziwa Hajnówka przypomina do złudzenia pejzaż z książki Katarzyny Bondy Okularnik. Wszystko tu kręci się wokół drewna: wycinek, tartaków, przetwórni drewna. Podczas krótkiej deszczowej wycieczki leśniczy wskazuje na ścięte przy leśnej drodze drzewo: „Jesion! Dobry na okleinę”. Leśniczy jest zły, bo ściętego drewna nie można wywieźć z lasu. Prawo wymaga, żeby taki kawałek jesionu zostawić, jeśli on lub inne ścięte w najbliższej okolicy drzewa mają więcej niż 100 lat.

Ludzie z Hajnówki chcą mieć dostęp do kłód leżących na poboczach w rezerwatach Puszczy Białowieskiej. Złości ich, gdy muszą sprowadzać drewno opałowe z odległych rejonów kraju czy w końcu z Białorusi. To jak mieszkać na skraju pustyni i sprowadzać piasek. Irytuje ich droga między Hajnówką a Białowieżą, nowa, ale bez poboczy, tak wąska, że samochody czasem obijają sobie nawzajem lusterka przy mijaniu. Dlaczego nie mogła być szersza? Bo protestowali ekolodzy. A mogło być ekologicznie, obok szosy mogłaby biec ścieżka rowerowa.

To moja pierwsza wizyta w Puszczy. Nie wygląda na prastarą. Przeciwnie. Jestem zaskoczona młodzieńczością drzew. To znany mi skądinąd krajobraz. Takie drzewka rosną na skarpach nad Zatoką Gdańską przy drodze do dzikiej plaży. „Puszcza w każdym momencie jest młoda, dojrzała i stara” – czytam u Simony Kossak w Sadze Puszczy Białowieskiej. W takim razie to, co oglądam, to już nie puszcza. Uderzająca młodzieńczość tego terenu to, jak wykazuje Kossak, efekt drastycznych wycinek i zalesiania. Kilka najstarszych dębów ocala się na osłodę dla ekologów. Nic tu już nie jest dziełem natury.

Ta „puszcza” jest produktem kultury, a nie natury. Jak w krajach, po których przejechał się kolonializm, powrót do natury jest tu właściwie niemożliwy.

Mieszkańcy Hajnówki też tak myślą. Na koszulkach, w których wystąpią w Parlamencie Europejskim na otwarciu wystawy o Puszczy Białowieskiej w końcu sierpnia 2016 roku, będzie napisane, że Puszcza jest ich dziedzictwem kulturowym. W ramach tego dziedzictwa zaprotestują przeciwko próbom objęcia całej Puszczy parkiem narodowym. Pierwszy taki protest odnotowuje Kossak w roku 2000 i nazywa go „liberum veto.”

Tradycja. Miasto formuje się w międzywojniu jako przyległość do przemysłu drzewnego, a prawa miejskie uzyskuje w 1951 roku. Gdynia powstaje w tym samym czasie, z początku tylko jako przyległość do portu, choć prawa miejskie uzyskuje wcześniej. Oba miasta zdają mieć ze sobą coś wspólnego: gwałtowny rozrost, napływ ludzi motywowanych nadzieją na pracę. Podobno port w Gdyni zbudowano za pieniądze z dochodu Lasów Państwowych.

Tęsknota do powrotu jest utopią. Wszystko jest pozamiatane.

Wstyd w niestosownym kolorze

Polacy tutaj to kolonizatorzy i cenzorzy w jednym. Nieważne, że są tu dopiero od lat 20., że zjawili się wraz z przemysłem drzewnym. Jeśli przewodniczka w białoruskiej cerkwi powie, że Białorusini byli za komuny dyskryminowani i bali się używać swojego języka, mój Cicerone, Polak z Hajnówki poprawi ją: „Wcale się nie bali!”.

„Jak to się nie bali, proszę pana? – mówi przewodniczka. „Jak starsza pani leżała w szpitalu, a lekarz miał obchód, i ona próbowała lekarzowi opowiedzieć, co jej dolega, to ten nie słuchał, tylko jej mówił: Proszę mówić po polsku! To nie jest dyskryminacja?”.

Uczestnicy wycieczki przytakują: „Tak, my jesteśmy z Trójmiasta, u nas podobnie traktowano Kaszubów”. Ale mój Cicerone, miły człowiek poza tym, się obraża. „Oni się nie bali – tłumaczy – oni się wstydzili”.

Zatrzymuję się wpół kroku. „Wstyd jest narzędziem społecznej kontroli”. Chodzi mi o to, że jak jesteśmy kontrolowani przez zawstydzanie, to właściwie nie wiadomo potem, jak to opisać. Bo jak? Że nabijali się z nas? Że baliśmy się, że się z nas będą nabijali?

Tylko zdesperowane reżimy decydują się na kontrolę za pomocą strachu. Większość znakomicie radzi sobie z pomocą zawstydzania.

Katarzyny Bondy prawdziwe nazwisko to Bondaruk. Nawet jeśli naprawdę nie, to i tak. Bo to właśnie typowo robią Białorusini. Zmieniają nazwiska, tylko po co? Bo teraz wszak już Białorusini pozajmowali wszystkie miejsca pracy u urzędzie miejskim, no i Polak tam pracy nie dostanie.

Nabijanie się z Białorusinów należy do dobrego tonu. Jeśli nawet Czesław Miłosz przyznaje, że nie potrafił Białorusinów rozgryźć (w Rodzinnej Europie), to co może powiedzieć zwykły człowiek? Taki naród potulny. Na widok błękitu na cerkwiach i domach nie pęka się tu ze śmiechu, ale raczej kwituje się je półuśmieszkiem. Tak jak intensywnie zieloną cerkiew. Bo powinna być przecież pastelowa. Białorusini są więc niejako Chińczykami w Polsce. Uwielbiają niestosowne kolory, intensywne, z ich pomocą odcinają się od tła.

„Nawet nie wiesz, co my z nimi mieliśmy tutaj”. Na weselach bili się sztachetami. Coś takiego! Wszak to zupełnie inaczej niż polscy chłopi, którzy na weselach puszczają sobie Wesele Wyspiańskiego.

Za to narodowcy są, jak do rany przyłóż. Rządzi tam w Hajnówce były esbek, ostatnio wspiął się już na poziom powiatu, ciągle wybierany, niezmiennie wspierany przez swój elektorat. „Może on tych narodowców się przestraszy?” – zastanawia się mieszkanka Hajnówki. Mnie się zdaje, że raczej się nie przestraszy. Mój Cicerone, miły człowiek, na to: „A czy nie myślisz o tym, że przynajmniej jak nas napadną ze wschodu, to narodowcy cię obronią? Przed Białorusią, przed Rosją, przed uchodźcami, przed ISIS”.

Nie jestem najlepszym targetem do straszenia uchodźcami, bo jako uchodźczyni w latach 80. mieszkałam też z innymi uchodźcami: z Kurdami, Persami, Afgańczykami, przyjaźniłam się z Afrykańczykami. Nie zawsze było świetnie, byliśmy wyobcowani, pochodziliśmy z różnych kultur. Ale nikt mnie nie przekona, że gwałt od swojego lepiej smakuje (choć może nie mam porównania, bo gwałtu od uchodźców nie zaznałam).

Kto winien?

Przewodniczkę w Parku Narodowym też się poprawia. Niech się tylko ośmieli pisnąć o tym, że polscy leśnicy prowadzili gospodarkę rabunkową. „No, jak to, przecież to byli Anglicy!”.

To byli Niemcy (w czasie I wojny światowej). To byli Anglicy (zaraz potem). Nigdy nie wspomina się o tym, że angielska firma „Centura” nie spadła do Białowieży z planety Mars, tylko podpisała umowę z polskim rządem na eksploatację drewna z puszczy. Kontrakt ten przypominał brytyjskie i belgijskie kontrakty podpisywane trzydzieści lat wcześniej z Wolnym Państwem Kongo (konsekwencje tego są pokazane u Josepha Conrada w Jądrze ciemności).

Czytam u Kossak, że Anglicy nie cięli więcej, niż kontrakt przewidywał. Ale nie płacili tyle, ile by polskie państwo chciało (jak się już połapało, to młode państwo, że jest zgodnie z kontraktem oszukiwane). Polski rząd zerwał więc ten kontrakt, grzecznie zapłacił odszkodowanie, a w następnych latach ciął o dobre 20% więcej niż Brytyjczycy.

Ale nie. O tym nikt nie wspomni. Bo to Niemcy, bo to Anglicy byli.

Czytanie Kossak opowieści o Puszczy to jedna wielka trauma. Po wojnie obniżono wiek rębności na wcześniejszy, żeby szybciej można było drewno utylizować (526). Inwentaryzacja w latach 1953–54 nie wyłączyła z cięć starych drzew (529). Odnowienia okazały się w 2/3 nieudane. W latach 1958–68 udział stuletnich drzewostanów w całej puszczy zmniejszył się z 37,2% do 34,3% (536). W latach 1975–79 plan produkcji drewna dębowego, jesionowego i klonowego „zrealizowany został w 285%” (539). Kossak stwierdza kategorycznie: „To, co dzisiaj oglądamy, przypisano «Centurze»” (539).

Niemcy? Anglicy?

Przewodniczka z Parku Narodowego patrzy na mojego Cicerone, szybko rozumie, z kim ma do czynienia i mówi: „Polscy leśnicy przyczynili się bardzo do rewitalizacji Puszczy”. Cicerone kiwa głową, zadowolony.

Uderza kornik

Teraz chodzi o plagę kornika. Ekolodzy twierdzą, że Puszcza odrodzi się sama. Gradacje zawsze były. „Pani popatrzy” mówi leśnik, a ja patrzę przez okno jego służbowego samochodu. Leje jak z cebra. „Tak się puszcza odradza sama. Leszczyny, graby”.

U Kossak czytam, że ziemia w puszczy jest zbyt wyjałowiona, by duże drzewa mogły na niej naturalnie wyrosnąć. Dlatego las wysiewa te „chwasty upraw leśnych”, leszczyny, graby – żeby użyźnić ziemię dla olbrzymów, którymi są dęby, lipy i jesiony (537). Człowiek chce skracać ten proces; Kossak przedstawia wiek XX jako walkę Puszczy z hodowcami drzew „gospodarczo cennych” (537).

Hodowcy tworzą własną nowomowę, której trzeba się nauczyć, żeby wiedzieć, co jest grane. Drzewa żyjące ponad wyznaczony im wiek statutowy (dla świerka 120 lat, dla sosny 140) nazywa się przestojem (538). A to dla nich wiek dojrzałości. Tylko nieliczne, zupełnie wyjątkowe, będą miały przywilej lub fuksa, by go osiągnąć.

„Ale dlaczego ta gradacja to taka epidemia? Kornik atakuje drzewa osłabione. Co je tak osłabiło?”. Nie sposób się dowiedzieć. Globalne ocieplenie? Nie, nie, przecież nie ma żadnego ocieplenia. Naturalne procesy? Nie, żadne naturalne procesy. No to co? Nic. Zmiana tematu. Nie ma rozmowy.

Dopiero u Kossak przeczytam, że polscy leśnicy osuszyli Puszczę jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym: „Już w 1929 r. z chwilą utworzenia wydziału Urządzania Lasów i Melioracji, białowieska Dyrekcja LP przystąpiła do opracowania projektów radykalnego odwodnienia Puszczy” (404–405) w tym „osuszenia unikatowych na skalę Europy zbiorowisk bagiennych Głęboki Kąt (fragment Nikoru) oraz trzęsawisk” (405). Przy pomocy setek robotników w 1936 roku doprowadzono to „ekologiczne barbarzyństwo” (405) do końca pierwszego aktu. Drugi akt przerwała wojna. Osuszyli, żeby dobrać się do drzew, żeby je przerabiać na podkłady kolejowe, deski, meble. W rezultacie obniżył się w całej Puszczy poziom wód gruntowych, zniknęły „źródleśne bagienka, oczka wodne i strumyki” (406). Dlatego świerk wysycha.

Osłabiony, wyschnięty, atakowany jest przez kornika.

Kossak pisze wprost: „zmeliorowanie 3371 ha zachwiało równowagę przyrodniczą na tym terenie. W osłabionych, przesuszonych drzewostanach pojawiły się kolejne gradacje szkodników, zwłaszcza kornika drukarza” (406).

Jednak o tak prostym związku przyczynowo-skutkowym się nie mówi. Bo wszystkiemu winni Niemcy i Anglicy. Polacy nie są za nic odpowiedzialni. Nie mogą być odpowiedzialni. Bo to będzie koniec wszystkiego.

Wycieczka do Brukseli

We wtorek do Brukseli wyjeżdża reprezentacyjna grupa obywateli Hajnówki na otwarcie wystawy o Puszczy Białowieskiej w Parlamencie Europejskim. Jedzie elita miasta, ksiądz i przedstawiciel mediów.

Od czterech lat Hajnówka ma nadzwyczajną organizację ekologiczną, która w kwestii wyrębu lasu i wywozu drewna sprzeciwia się wszystkim pozostałym organizacjom ekologicznym. Organizacja „Santa” chce bronić Puszczy czynnie. Przewodniczący „Santy” ostatnio udzielił wywiadu norweskiej telewizji. Powiedział, że dopiero Putin zaprowadzi w Puszczy Białowieskiej porządek.

„A nie przeszkadzało wam – pytam – że ten wasz przewodniczący jest właścicielem tartaku?”. „Był” – poprawia mnie mój rozmówca, miły człowiek, wiodący w ruchu za wyrębem i wywozem drewna z lasu w Hajnówce. „Był właścicielem kilku tartaków na Białorusi, dziesięć lat temu. To było dawno. Już nie jest”. To tak, jakby wybrać pedofila na przewodniczącego ruchu na rzecz obrony praw dzieci i młodzieży, myślę sobie. A, no tak – był! Ale już nie jest!

W każdym razie przewodniczący Santy jest po tym wystąpieniu uznawany w Hajnówce za białoruskiego szpiega. W związku z tym nikt z Santy do Parlamentu Europejskiego nie pojedzie. Oprócz tych, którzy zapomnieli do czasu wyjazdu z Santy wystąpić.

Wchodzę na internetową stronę Santy. Żadnego oświadczenia w sprawie nieszczęsnej deklaracji przewodniczącego. Żadnych informacji dotyczących realizowanych projektów. Żadnej informacji w sprawie źródeł finansowania. Za to źródła finansowania wrogich, ale tych naprawdę wrogich organizacji ekologicznych są w Hajnówce świetnie znane. Dowiaduję się zatem, że organizacje takie jak Greenpeace Polska, WWF, Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, oraz Dzika Polska pobrały z Parlamentu Europejskiego 60 mln euro.

„No i co z tego?” – mówię odważnie. „Wszak Polska mogłaby pobierać jeszcze więcej z programu Life. A tak? Nie pobiera, pieniądze się zmarnują, wezmą je inne państwa”. Ale naprawdę trudno mi jest uświadomić sobie jedno – że w Hajnówce mieszkają mili ludzie, którzy, no cóż, jakby to powiedzieć, nie tylko nie mówią całej prawdy, ale też lubują się w głośnym powtarzaniu czegoś, co jest do prawdy wprost przeciwne. Czy robią to świadomie? Myślę, że nie. Ale że sami są wkręceni w różne „Santy”, wyobrażają sobie, że reszta świata jest podobna. Jak ktoś mówi, że chce pomagać zwierzątkom, to na pewno jakiś biznes chce sobie z tego ukręcić. Takie gadanie to zasłona dymna, wiadomo. No i za tą zasłoną dymną nieruchomości się skupuje, domy stawia.

Nieważne, że Greenpeace z zasady nie bierze grantów – ani od państw, ani od instytucji – właśnie dlatego, żeby uniknąć odgórnego sterowania. Nie szkodzi, że można się tego dowiedzieć z Google’a, że można ściągnąć sobie i przeczytać raporty Greenpeace przedstawiane w KRS. Bo w Hajnówce wiadomo, że co innego się pisze w raportach, a co innego się kręci, a te programy Life to się tylko tak mówi, że zapewniają pracę, ale do zwykłych ludzi to nie trafia.

Albo WWF. W Trójmieście wolontariusze WWF chodzą po domach, cieszą się, gdy znajdą kolejną osobę chętną wpłacać co miesiąc 35 zł. Nad Bałtykiem raczej jesteśmy pod wrażeniem działalności WWF, bo organizacja ta pomogła przywrócić na bałtyckie wybrzeża fokę. Sama wspieram w WWF program ratowania rysia. Ale w Hajnówce WWF to wróg. Dzika Polska utrzymuje się z pracy wolontariuszy i prywatnych darczyńców. Wiem, bo sama wsparłam działalność Strażników Puszczy. Ukrywam to w Hajnówce.

W Hajnówce wiadomo za to, że filozofię głębokiej ekologii, którą promuje Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, wprowadzono na razie tylko w jednym kraju na ziemi. Była to Kambodża za czasów Pol Pota.

Nieprawda? Może i prawda, może i nieprawda. Prawda i nieprawda zlewają się w jedno. Hitler i Pol Pot tańczą polkę. A jakby co, to przecież „jedna strona i druga strona stosuje propagandę”. Jest wojna, jest propaganda, jest polka.

W Hajnówce wrze przed wyjazdem. „Najpierw nikt nie chciał jechać. Ten się droczył, tamta nie była pewna. Teraz temu załatw miejsce, tamtego wciśnij. A jak?” Martwi się organizator wyprawy.

Przeciwników nazywają zwolennikami biernej ochrony puszczy. Oni reprezentują czynną ochronę puszczy. Będą walczyć o prawo do kontrolowanej wycinki i kontrolowanych zasiewów, i zasadzania małych dąbków, jesionów i olsz. Wcale nie w szeregach, tylko w układach przypominających, naśladujących, wykonujących, jakby to rzec, skuteczny performans na temat lasów naturalnych. Kultura, nie natura. Jakbym to gdzieś już słyszała. I ten element akurat mnie przekonuje.

Ile je żubr?

Simona Kossak napisała grubą książkę. Nic dziwnego, że nikt jej nie czyta. W roku, gdy ją kończyła, drzewa ponad 120-letnie zajmowały już tylko 25% powierzchni puszczy (527). Po przejrzeniu Sagi Puszczy Białowieskiej już rozumiem, skąd bierze się moje wrażenie, że nie jestem wcale w żadnej puszczy, tylko wyszłam sobie na wycieczkę w jakimś suchym, kaszubskim lesie w okolicach Trójmiasta.

Wycinki, zniszczenia (554), zmiany dróg wodnych (404). Wszystko to odbywało się przy nieustających protestach polskich naukowców i humanistów (552–65). Ale nikt tego w Hajnówce nie pamięta. Dziś to tylko „ręka obca”, ta z Brukseli, chce nimi rządzić.

U Kossak czytam o tym, jak się to wszystko skończy. Zdaniem obwożącego mnie leśnika w Puszczy jest od 600 do 900 żubrów. Dużo za dużo. „Czy naukowcy wiedzą, ile żubr je?”. Wokół samochodu ściana deszczu. W samochodzie leśnik przerzuca biegi i krzyczy, krzyczy retorycznie. „Czy któryś zrobił badania na temat żywienia żubrów?”. Zrobiła je akurat Simona Kossak. Leśnik skończył wyższe studia. Zauważyłam już wcześniej, że ludzie, którzy krzyczą, nie czytają. Ta reguła nie działa jednak w obie strony. Czasem ci, którzy czytają, też mogą podnieść głos.

Żubr. Zwierzę chronione i łowne zarazem. Leśnik może dostać glejt od weterynarza, że zwierzę ma zapalenie napletka, strzelić z bliska. Mięso zostaje wtedy sprzedane do restauracji, kompletnie legalnie i stąd pojawia się w regionalnej gazecie w innej części Polski zdziwienie, że danie z żubra można zjeść np. w Katowicach.

Zapalenie ma podłoże genetyczne, niejako umotywowane tym, że żubry odtworzono z małej puli osobników po wojnie. Wojna to osobny rozdział. Bitwę pod Grunwaldem poprzedziły polowania w Puszczy Białowieskiej, bo trzeba było przygotować zapasy dla wojska. Masakra zwierząt poprzedziła masakrę ludzi.

Restauracja Carska w Hajnówce serwuje policzki z dzika z sosem z pędami sosny, polędwiczkę z dzika, polędwicę z jelenia z sosem żubrówkowym i comber z sarny z sosem z gorzkiej czekolady. Mięso z bizona podaje się w Pałacu w Kurozwękach, ale to bizon amerykański.

Kossak pisze, że deliberacje o tym, co i jak dużo żubr je, to zwykle stan poprzedzający wielkie łowy (533–34). Dyskusja o „nadmiernej liczebności” to wstęp do dyskusji „o celowości wpisania żubra na listę zwierząt łownych” (514). Założę się o żywą gotówkę, że rozwój wypadków będzie następujący: Najpierw oczyści się las z zalegającego drewna, aby nie przeszkadzało myśliwym. Potem wytnie się dotkniętego kornikiem świerka. Więcej zalegającego drewna wywiezie się z lasu. Na miejscu wyciętego świerka posadzi się uprawy i młodniki. Wtedy obgryzający je żubr stanie się plagą. Kolejną, po korniku.

Tak odżyją „tradycje żubrzych łowów w Puszczy” (514). Stanie się obiektem koniecznej „redukcji”, a zarazem „dochodowych, sportowych polowań” (515). W rzeczy samej tak już jest. W Puszczy Boreckiej, nieopodal. Ogłoszenia na ten temat łatwo znaleźć w internecie.

Nie mogę tu znaleźć ceny za żubra, tylko informację, że z takiej okazji (polowanie na żubra jest żenująco łatwe, bo żubr nie ucieka) korzystają koronowane głowy. O tym, że „nasiliło się chwytanie żubra w klatki i wywożenie do Puszczy Boreckiej wprost pod lufy dewizowych myśliwych” (516) pisała Simona w 2001 roku. Deportacja, śmierć.

Dla porównania polowania na lwa w Afryce kosztuje $50,000. Ceny za sarnę i dzika są w Polsce przystępne, bo też o wiele łatwiej je hodować. Lasy państwowe są w zasadzie takim miejscem hodowli zwierząt do odstrzału. O żubra natomiast wysyłam zapytania do międzynarodowych biur podróży dla myśliwych, które owo polowanie na żubra reklamują. Piszę po angielsku, ale z polskiego konta i jak na razie nie dostaję odpowiedzi.

Tak czy inaczej, wszystko jest pozamiatane. Chyba, że coś nieprzewidzianego stanie się z gatunkiem ludzkim. Najszybciej odradzający się las to podobno ten w Czarnobylu. Tylko tam, gdzie ludzi ogarnia strach, cała natura, nie tylko drzewa, ale i zwierzęta odżywają. Lisy, łosie. Co tam atom! Od atomu gorszy człowiek.

Można rozmaite gatunki zwierząt nie tylko z Białowieży przetransportować do czarnobylskiego lasu. Może Czarnobyl stanie się współczesną Arką Noego.

Dziękuję mieszkańcom Hajnówki za umożliwienie mi dostępu do informacji i materiałów źródłowych. Z przyczyn oczywistych ukrywam tożsamość moich rozmówców.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Simony Kossak, Saga Puszczy Białowieskiej, Wydawnictwo Muza S.A., Warszawa 2001.

 TOKARCZUK-MOMENT-NIEDZWIEDZIA

 

**Dziennik Opinii nr 245/2016 (1445)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. W powyższym artykule sporo jest taniej ironii. Niestety także haosu. Poglądy nie do końca określające stanowisko autorki tekstu nie wnoszą nic oprócz pozostawienia niesmaku zarówno stylistycznego, jak i merytorycznego. Podsumowując, jeśli Pani redaktor nadal będzie próbowała swoich sił w publikacjach, polecam nie kierować się wyborem pojedynczej literatury wyłącznie poprzez opasłość (gdzie w tym przypadku nad jakością przeważy ilość, gdyż jakie można wyrobić zdanie po przejrzeniu/ podpieraniu się jednym źródłem literackim???).