Kraj

Gerwin: Zagłosujmy w referendum świadomie

Za kilka dni Sejm zdecyduje, czy zgodzić się na ogólnokrajowe referendum w sprawach edukacji. Czy warto je organizować?

Za kilka dni posłowie mają zadecydować, czy zgodzić się na przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum w sprawach edukacji. Pytań na karcie do głosowania ma być pięć, wśród nich to, czy sześciolatki będą musiały pójść do szkoły. Czy warto to referendum organizować?

Referenda w obecnej formule budzą liczne wątpliwości i zastrzeżenia. Wśród nich takie, że można w nich wziąć udział, gdy zupełnie nie zna się sprawy, plusów i minusów proponowanych rozwiązań. Można zagłosować pod wpływem artykułu w gazecie czy wywiadu w telewizji, choć przedstawione w nich informacje mogą być nie tylko mylące, lecz nawet nieprawdziwe. Nie jest wymagane, by przed głosowaniem wziąć udział w dyskusji, by wysłuchać argumentów wszystkich stron. Zakłada się, że każdy może dowiedzieć się czegoś o sprawie we własnym zakresie. Oznacza to jednak, że w referendum można zagłosować, mając jedynie powierzchowne rozeznanie w temacie lub całkowicie na ślepo. Co najmniej kontrowersyjne jest także to, że nie ma limitów finansowych na prowadzenie kampanii referendalnej, a przecież prowadzić może ją każdy.

Łatwo zatem dojść do wniosku, że pod względem jakości podejmowanych decyzji referenda w obecnej postaci są dosyć absurdalne. Taki wniosek może ucieszyć polityków niechętnych podejmowaniu decyzji przez samych obywateli. Dokładnie tak samo jest jednak w przypadku wyborów – można zagłosować na danego kandydata czy kandydatkę, zupełnie tej osoby nie znając, nie czytając jej programu wyborczego, nie rozumiejąc konsekwencji realizacji tego programu. I tak się nieraz dzieje. Decyzja o wyborze kandydata czy kandydatki może być niemal przypadkowa, oparta na zasłyszanych informacjach, bez sprawdzenia, czy dana osoba nadaje się do roli posła, radnej czy prezydenta miasta.

Jak mało świadome są wybory w Polsce, pokazują wyniki badań, które opublikował niedawno Instytut Spraw Publicznych. Zgodnie z nimi 70 procent Polaków nie potrafi wymienić nazwiska nawet jednego posła w Parlamencie Europejskim (niektórzy podali, że europosłem jest Donald Tusk). Zaskakujące jest także to, że jedynie 40 procent ankietowanych wiedziało, że do Parlamentu Europejskiego w ogóle odbywają się wybory. Z kolei na poziomie lokalnym, w Gdańsku, wyniki badań z ubiegłego roku pokazują, że niemal połowa mieszkańców nie potrafi wymienić nazwiska ani jednego radnego. Można się domyślać, że podobnie wygląda to w innych miastach. Niektórzy nie pamiętają nawet, na kogo głosowali w ostatnich wyborach, o założeniach programowych nie wspominając.

Obraz demokracji, który się z tego wyłania, nie jest optymistyczny. Problem nie leży jednak w demokracji jako takiej, lecz w jej obecnej formule, a także w sposobie jej rozumienia. Dla przykładu wybory jako sposób na wyłanianie osób, które mają za nas podejmować decyzje, uznaje się za oczywiste, choć jest to tylko jedna z możliwych opcji – w starożytnych Atenach członków Rady Pięciuset nie wybierano, lecz losowano (uważano wtedy, że wybory nie pasują do demokracji). Za normalne uznaje się także to, że polityka to brudna gra, pełna intryg i wyrachowania. A przecież tak wcale być nie musi.

W wariancie idealnym demokracja oznacza, że cała społeczność spotyka się, by omówić sprawę, która jej dotyczy. Członkowie społeczności analizują wszystkie za i przeciw, słuchają tych, którzy chcą się wypowiedzieć, aż dla wszystkich staje się jasne, co należy zrobić.

Sens demokracji polega na tym, że każdy i każda jest traktowany jako pełnoprawny członek społeczności, który może współdecydować o jej losie (oczywiście mogą tu wchodzić w grę ograniczenia dotyczące wieku). Każdy i każda może wpływać na rzeczywistość, zamiast być jedynie konsumentem czy konsumentką. Taki jest też sens wypowiadania się w referendach.

Problem polega jednak na tym, że przy dużej skali społeczeństwa, gdy ludzie już nie mogą się spotkać osobiście, traci się kluczowy element bezpośredniej dyskusji – deliberacji – oraz dogłębnego poznawania sprawy, a bez tego jakość podejmowanych decyzji może być po prostu niska.

Co zatem powinni zrobić posłowie? Czy zgadzać się na przeprowadzenie referendum dotyczącego edukacji? Można mieć wątpliwości, czy decyzja obywateli będzie do końca przemyślana. Czy jednak przemyślane są decyzje posłów, którzy głosują zgodnie z partyjną instrukcją? W przypadku głosowania przez samych obywateli będzie to decyzja podobnej jakości jak w wyborach, a może nawet lepsza, gdyż w referendum można skupić uwagę na konkretnej sprawie. Plusem decyzji podejmowanej w referendum jest to, że obywatele głosują, nie szukając korzyści dla swojej partii politycznej i nie myślą w kategoriach kampanii wyborczej. A to już całkiem sporo.

Można jednak zrobić coś, aby głos obywateli w referendum był bardziej świadomy – można przedstawić im uczciwie przygotowaną ocenę argumentów wszystkich stron, opracowaną przez losowo wybraną grupę obywateli, którzy wysłuchali opinii ekspertów i omówili wszystkie pytania. Jak to zrobić?

Potrzebna jest grupa około 50 osób z całej Polski, wylosowana spośród wyborców, z uwzględnieniem struktury demograficznej, w taki sposób, aby stanowiła „Polskę w pigułce”. W skład takiego panelu referendalnego wchodziłaby proporcjonalnie taka sama liczba kobiet i mężczyzn, jaką mamy w Polsce (51,6 procent mieszkańców Polski stanowią kobiety), uwzględniony powinien być także wiek, wykształcenie czy poziom dochodów. Uczestnicy panelu spotkaliby się na kilka dni, by wysłuchać argumentów inicjatorów referendum, rządu, nauczycieli, ekspertów ds. edukacji i innych zaproszonych osób. Aby zapewnić panelowi niezależność, powinien on mieć możliwość samodzielnego zapraszania ekspertów. Wszystkie wystąpienia i dyskusje powinny być transmitowane na żywo w telewizji i w internecie, aby zagwarantować transparentność prac.

Wnioski opracowane przez panel mogłyby zostać rozesłane do wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Jest to dodatkowy koszt przy organizowaniu referendum, jednak oszczędzać w tej kwestii nie warto, gdyż podejmowanie błędnych decyzji również kosztuje. A dzięki wsparciu merytorycznemu ze strony panelu obywatele i obywatelki będą mieli szansę podjąć w referendum lepszą decyzję. Nie ma oczywiście gwarancji, że wszyscy przeczytają rekomendacje panelu, ale doświadczenia ze stanu Oregon w USA, gdzie takie rozwiązanie funkcjonuje, wskazują, że dla części głosujących wyniki prac panelu są pomocne.

Panele obywatelskie mogą być także sposobem na organizowanie ogólnokrajowych konsultacji społecznych, a nawet na podejmowanie decyzji, jako alternatywa dla referendów (grupa uczestników powinna być wówczas większa i liczyć 150-200 osób). Doświadczenia ze świata pokazują bowiem, że losowo wybrane, reprezentatywne grupy obywateli dobrze sobie radzą z rozwiązywaniem nawet skomplikowanych kwestii (przykładem jest tu panel obywatelski z Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, który zajmował się zmianami w ordynacji wyborczej). Podstawową zaletą paneli jest to, że pozwalają one na podejmowanie przemyślanych decyzji po dogłębnym, a nie jedynie powierzchownym przeanalizowaniu tematu, po wysłuchaniu opinii ekspertów i wszystkich zaangażowanych w sprawę stron. I co bardzo ważne – nie są one obciążone szukaniem korzyści politycznych, co jest niestety codziennością w parlamencie.

W sprawie sześciolatków posłowie mają więc ciężki orzech do zgryzienia – czy zgodzić się na referendum, choć nie jest to najlepszy sposób podejmowania decyzji, czy też zlekceważyć blisko milion podpisów obywateli i obywatelek? Byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie stawali przed takim dylematem, bo po zebraniu określonej liczby podpisów referenda powinny odbywać się automatycznie, bez możliwości zablokowania ich przez posłów. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby po zebraniu odpowiedniej liczby podpisów można było zorganizować nie referendum, lecz panel obywatelski.

Czytaj także:

Marcin Gerwin, Znieśmy próg frekwencji w referendach

Jakub Bożek, Laicy mają głos

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Marcin Gerwin

| Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji
Specjalista ds. zrównoważonego rozwoju i demokracji deliberacyjnej. Z wykształcenia politolog, autor przewodnika po panelach obywatelskich oraz książki „Żywność przyjazna dla klimatu”. Współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, publicysta Krytyki Politycznej.