Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Stalinowe love: po co prawicy bolszewicy?

W przeciwieństwie do Hitlera Stalin nie doczekał się niestety w pełni zasłużonego „reductio ad Stalinum”, dlatego kierujący polskimi mediami sześćdziesięciolatkowie mają skłonność do podpierania się frazami ze Stalina czy Lenina, by przykleić do „lewicy” totalitarne zakusy.

ObserwujObserwujesz
Józef Stalin na tle w kolorze karminu alizarynowego (barwa partii Razem), ten sam czarno-biały portret w trzech odsłonach, z coraz szerszym uśmiechem.
Celnie!

2

Lata 20. są wyjątkowo niefortunne dla prestiżu nagród Grand Press – zarzuty o nominację dla transfobicznego wywiadu z Margot, nieprzyjęcie nagrody przez Agnieszkę Szpilę czy artykuł Katarzyny Włodkowskiej o założycielu przyznającego nagrody magazynu „Press” przyczyniły się do mnóstwa szumnych deklaracji i mniej lub bardziej konsekwentnych bojkotów. W dodatku autorzy „Press”, którzy wzięli na siebie branżową krytykę, w kontekście tych skandali wyglądającą raczej na „mokrą robotę” – dojechanie bojkotującej Magdaleny Kicińskiej z „Pisma”, szukanie winnych porażki Trzaskowskiego, popsucie humoru Krzysztofowi Stanowskiemu – zazwyczaj spektakularnie ją zawalają.

Ofiary takich zleceń wychodzą bez szwanku, ranni zostają przypadkowi przechodnie, a zadowolonych z siebie ludzi mediów nienawidzą już nawet ci, którzy w życiu nie trzymali gazety w ręku, a informacje o świecie czerpią z Kwejka. Tekst o wynikach portalu Zero.pl po pierwszym miesiącu działalności nie był może aż taką fuszerką, za to gdy do gry wkraczają oświadczenia Andrzeja Skworza i Weroniki Mirowskiej, możemy mieć pewność, że będzie zabawnie.

Skworz opublikował odpowiedź na zarzuty Patryka Słowika i innych dziennikarzy Zero.pl, którzy bronili pracodawcy, i już lead tego tekstu zwiastuje intelektualną ucztę. „Józef Stalin stwierdził kiedyś, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów budowy socjalizmu. Im gorzej jest w mediach, tym bardziej zaostrza się walka pomiędzy polskimi dziennikarzami. I jak to na wojnie, prawda ginie pierwsza” – pisze redaktor-sumienie dziennikarskiego światka. Jako pracownik „komunistycznego” portalu nadstawiam ucha, gdy na medialne czołówki trafia walka klas, ale nic nie zrozumiałem z tej rozciągniętej analogii oprócz tego, że socjalizm równa się „im gorzej”. A im dalej w tekst redaktora naczelnego „Press”, tym bardziej „socjalistycznie” się robi.

Czytaj także Ale wyrwał! Der Onet murem za mundurem, Stanowski kupuje Sroczyńskiego Łukasz Łachecki

Bolszewicy i PZPR, czyli widmowa czerwona zaraza

Oczywiście trochę udaję Greka, bo cytaty ze Stalina i Lenina, przytaczane w najdziwniejszych i zawsze przygnębiająco powierzchownych kontekstach, to ulubione mantry dziennikarzy z pokolenia baby boomers i generacji X.

Na przykład Tomasz Lis Stalina cytuje regularnie: „najgorszy jest zawrót głowy od sukcesów” używany jest jako poręczna mądrość, oderwana od oryginalnego kontekstu, jakim było tuszowanie wielkiego głodu w Ukrainie. Lenin miał wg Lisa mówić, że „kucharka może rządzić państwem” (choć akurat mówił coś odwrotnego), co były naczelny „Newsweeka” wykorzystuje do pałowania polityków ze średnim wykształceniem. Nagminne jest wykorzystywanie całkowicie ogołoconych z głębszego sensu fraz w stylu „kto kogo?”, nazwanej przez Skworza „bolszewicką zasadą”.

Nie będę się nawet rozwodził o innych łowcach stalinistów, takich jak Bogusław Chrabota, którzy do obowiązkowego pakietu bolszewickiego dodają zazwyczaj równie naskórkowy i niemądry patch PRL – Gierka, Urbana, Bareję. „W przeciwieństwie do młodych polityków lewicy ich koledzy z PO pamiętają filmy Barei. Budownictwo socjalne to trwonienie pieniędzy podatników. Prosta ścieżka do marnotrawstwa, synekur i korupcji” – takie to szerokie horyzonty prezentował jeszcze niedawno były naczelny „Rzeczpospolitej”.

Skąd w pokoleniu mężczyzn po sześćdziesiątce na kierowniczych stanowiskach taka pasja do podpierania się mglistymi frazami z bolszewików, komuchów czy nawet Barei? To proste: praktycznie żaden współczesny lewicowiec z odrobiną kontaktu z rzeczywistością nie będzie się rzucał do obrony Stalina, Lenina, Pol Pota czy Mao, a właśnie sklejeniu z lewicą XX-wiecznych totalitaryzmów mają służyć te prymitywne zabiegi. „Bronisz” Stalina? „Promujesz” stalinizm. A jeśli nie bronisz – cóż, widać, że partia Razem, Nowa Lewica, Krytyka Polityczna i inne, jakże różne podmioty, troszkę wstydzą się swojego kompromitującego dziedzictwa.

Doskonale zrozumiał to wieki temu ten Slavoj Žižek – ten jeden lewak, który do głupiej gadki reakcyjnej prawicy postanowił podejść z otwartą przyłbicą, i o którym już 20 lat temu, gdy w wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazywała się pierwsza książka, pisano, że promuje totalitaryzm, wzbudza kontrowersje, promuje komunizm i usprawiedliwia zbrodnie. W międzyczasie słoweński pisarz zdążył już zacytować milion innych książek i filmów i skomentować pierwsze ćwierćwiecze wieku jak nikt inny, tymczasem metrykalnie młodsze od niego polskie dinozaury mediów od lat klepią swoje pokraczne „antykomunistyczne” modły i nie boją się, że zastąpi ich AI – chociaż akurat mogłaby, i to w pierwszej kolejności. Do przekręcania cytatów z martwych bolszewików i wyciągania na ich podstawie dziecinnych wniosków halucynujący LLM w zupełności wystarczy.

W przeciwieństwie do Hitlera Stalin nie doczekał się niestety w pełni zasłużonego „reductio ad Stalinum” – błędu asocjacji, który automatycznie unieważnia argument sięgających po niego dyskutantów. O ile jednak po latach dyskwalifikowania porównania z Hitlerem doczekaliśmy się wpływowych polityków hajlujących na wiecach czy negujących komory gazowe, o tyle lewica w skali globalnej cały czas ledwo zipie, a i tak nie może liczyć na ulgę, gdy jej rozpaczliwe próby utrzymania się na powierzchni kontrowane są śmiesznymi stwierdzeniami, że chce doprowadzić do rozkułaczania, kolektywizacji, wielkich czystek i reaktywacji Urzędu Bezpieczeństwa.

Skapywanie prestiżu i lizanie się po piórach

Nie wszystko w tekście Skworza jest świadectwem kompletnego oderwania od rzeczywistości. Rację miał redaktor, gdy pisał „na pewno pojawi się ten refren najchętniej powtarzany przez obrażonych – że »Press« od dawna nic już nie znaczy, bo nikt go w branży nie słucha ani nie traktuje poważnie”. Na odezwanie się nożyc po tym uderzeniu w stół nie trzeba było długo czekać.

Szymon Jadczak z redakcją Wirtualnej Polski zaatakowali Grand Pressy za to, że w tegorocznym wyścigu o tytuł Dziennikarza Roku Jadczak przegrał minimalnie z Michałem Przedlackim z TVN24. Nie, żebym nie współczuł popularnemu dziennikarzowi, ale od dobrych kilku lat czytałem wiele głosów o tym, że Grand Press już nic nie znaczy – jak zresztą większość tego typu nagród, które przyznawane są nie z dobrego serca ani potrzeby docenienia kolegów z branży, tylko dla wpływów od sponsorów dla przyznających. Czy to rapowe „Popkillery”, czy to konkurencyjne wobec Grand Pressów i niemal równie zabawne Wirtuale, przyznawane przez należący do Wirtualnej Polski portal o mediach – wszyscy wiedzą, że to tylko takie żarty, statuetki dla paru uprzywilejowanych nazwisk w czasach, gdy zwolnienia grupowe w mediach regularnie obejmują setki, jeśli nie tysiące osób.

Czytaj także Pani dziennikareczko, praca jest dla zarządu, dla pani są (lub nie) napiwki od czytelników Paulina Januszewska

A jednak szefowie medium z grupy, która organizuje konkurencyjne wobec Grand Pressów nagrody branżowe, dokładnie przeanalizowali niesprawiedliwe głosowanie, ujawniając, że szef Polska Press (i były szef Press.pl) Marek Twaróg nie powinien wskazywać swoich faworytów. Generalnie to krok w dobrym kierunku, bo w głosowaniu w 2024 roku naczelny Wirtualnej Polski aż tak dobrze regulaminu nie przestudiował i wskazał dziennikarza Wirtualnej Polski, dlatego jego głos nie został uznany. Trzymamy kciuki, żeby w przyszłym roku dziennikarski establishment uzgodnił między sobą zasady wzajemnego lizania się po piórach i sprawiedliwego, stalinowskiego skapywania prestiżu po równo na „Press” i WP.

Bezradny Kaczyński i nieobecny Stalin

Bodaj najgłośniejszym artykułem ostatnich dni był długi, męczący i niewczesny szloch eksministra Konrada Szymańskiego dla dodatku „Plus Minus” w „Rzeczpospolitej”, w którym autor ogłosił urbi et orbi to, co z grubsza wiadomo od kilku lat – że prawica weszła na drogę Polexitu i dziwacznym zbiegiem okoliczności znajduje posłuch u części społeczeństwa.

Tekst byłego Wszechpolaka, nawróconego niczym Roman Giertych i znajdującego się dziś poza polityką, za to pełniącego ważne funkcje w kolejnych rządach PiS w latach 2015–2022, to wzruszający przykład prawicowego, pardon – dupochronu. W kontekście dyskusji o SAFE i antyunijnej ofensywy typów pokroju Tobiasza Bocheńskiego stwierdzenie, że prawica chce wyjścia z UE urąga truizmometrowi, ale Szymański mimochodem stara się na zapas obronić Jarosława Kaczyńskiego czy Mateusza Morawieckiego przez zarzutami, że mogli się spodziewać polexitowego finału.

Twierdzenia o „bezbronności prawicy” wobec polexitowego trendu, o znaczeniu konfliktu o praworządność czy redukowania integracji europejskiej do transferów finansowych odwracają uwagę od tego, że owszem, jego architektem w całości i od początku jest Jarosław Kaczyński, a nie ten czy inny figurant z łapanki w stylu Karola Nawrockiego.

Czytaj także „Ukropolin”: rosyjska propaganda w Polsce już wygrała, a najgorsze przed nami Adam Sokołowski

Mateusz Morawiecki przez cały weekend publikował na swoich platformach tandetne antyunijne famazony, Kaczyński trzyma kolejnych prezydentów za buzie, wymuszając na nich decyzje redukujące integrację europejską do transferów finansowych, odpowiadając za reformy sprawiedliwości i podburzając własnych wyborców do antyeuropejskiej histerii, ale i tak koniec końców proces „wymknął się spod kontroli”. Innymi słowy Kaczyński, zupełnie jak Hitler, Stalin czy Jan Paweł II, nie do końca wiedział, co mu z tego wszystkiego przyjdzie, tylko ziobryści narobili gnoju i uciekli do Orbana, zostawiając pana prezesa z niepotrzebnym bólem głowy.

Oczywiście, w wychylonej w prawo pseudosymetrii Szymańskiego dostaje się też samej Unii i KE, bo przecież nie jest tak, że są to instytucje nieskażone lewactwem i liberalizmem, których „przesadna poprawność”, tak jak „godnościowe eskalacje prawicy” przyczyniły się do polskiej niepewności statusu w Europie. A gdy Szymański szuka figury „nawet najbardziej racjonalnego krytyka Unii”, który prędzej czy później będzie wpychany w eurofobię, do głowy przychodzi mu najpierw „zwolennik deregulacji z pozycji liberalno-konserwatywnych”.

Unia ma swoje za uszami, pisze Szymański, ale teraz, gdy w przyspieszonym tempie uczy się od Polaków, jak w sposób zniuansowany podchodzić do polityki migracyjnej czy klimatycznej, doprawdy trudno znaleźć winnych obranej przez prawicę ultraparadoksalnej, fatalnej trajektorii – poza Zbigniewem Ziobrą, z którym oczywiście autorowi nigdy nie było za bardzo po drodze. Na przykładzie artykułu widać, że polska prawica przejęła od złowrogiej lewicy zarzucane jej „sygnalizowanie cnoty”, a żeby jeszcze bardziej zachwyciła się przenikliwością byłego pisowskiego ministra, zabrakło chyba tylko przywołania towarzysza Józefa Wissarionowicza.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie