Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

„6-godzinny dzień pracy nie jest już dziś utopią”

Obecna, obowiązująca od 2003 roku norma 40. godzin pracy tygodniowej wciąż jest wyższa niż rozwiązania, które niemal 100 lat temu proponowali przedstawiciele polskiego ruchu robotniczego. Zaskakująco podobne są za to argumenty przeciwnych zmianom przedsiębiorców.

W listopadzie 1918 roku Tymczasowy Rząd Ludowy ogłosił ustanowienie w Polsce 8-godzinnego dnia pracy, realizując tym samym sztandarowy postulat ruchu socjalistycznego. Za dzień roboczy uznawano wówczas także sobotę. Zgodnie z przyjętym prawodawstwem była to tzw. sobota angielska, podczas której pracowano nie osiem, a sześć godzin. Łącznie tygodniowa norma pracy wynosiła więc 46 godzin.

Doświadczenia Polski i innych krajów pokazywały, że reformy mają korzystny wpływ na poziom życia robotników, a wbrew obawom przemysłowców wcale nie przynoszą obniżenia produkcji. Od wydania aktu prawnego do jego faktycznej realizacji była jednak długa droga. Jak pokazała praktyka następnych lat, norm czasu pracy przestrzegał zazwyczaj wielki przemysł. Powszechnie dochodziło jednak do nadużyć w mniejszych zakładach.

Mimo to co jakiś czas powracał temat dalszego skrócenia czasu pracy, a sygnały o korzyściach płynących z takiego rozwiązania wysyłali nawet przedstawiciele świata kapitalistycznego. Henry Ford, amerykański potentat branży motoryzacyjnej, stwierdził w roku 1926, że „ani pięciodniowy tydzień, ani ośmiogodzinny czas pracy nie stanowią ostatniego słowa rozwoju”, trzeźwo zwracając przy tym uwagę np. na to, że mała liczba dni wypoczynku wywołuje u robotników „potrzebę szczególnego ich świętowania i prowadzi do pijaństwa”.

Rzadki to przykład zejścia się celów ruchu robotniczego z interesami przynajmniej części środowiska przemysłowców. Oczywiście kierowały nimi odmienne motywacje. O ile ci pierwsi zakładali, że robotnik przeznaczy uzyskany czas wolny na odpoczynek, edukację, rozwój kulturalny czy aktywność społeczną, to Ford i jemu podobni liczyli, że skupi się na nabywaniu dóbr konsumpcyjnych, zwiększając tym samym sprzedaż i zyski przedsiębiorców.

Krótszy dzień pracy jako recepta na kryzys

W czerwcu 1929 roku obradujący w Warszawie kongres Klasowych Związków Zawodowych przyjął uchwałę, w której domagał się, by „usprawnienie techniczne przemysłu obracane było na korzyść całego społeczeństwa przez obniżanie cen, podnoszenie zarobków i skrócenie czasu pracy”. Jan Stańczyk, poseł PPS i sekretarz generalny związku zawodowego górników, stwierdził podczas obrad, że nadszedł czas na wysunięcie „kategorycznego żądania zaprowadzenia w przemyśle 7-godzinnego dnia pracy”. A jedna z działaczek związku pracowników przemysłu tytoniowego przypominała zebranym, że postulat ten jest szczególny ważny dla kobiet, bo przecież „kobieta pracuje podwójnie, gdyż poza 8-godzinną pracą w fabryce ma jeszcze drugie tyle roboty w domu”.

Czytaj także Celem skrócenia czasu pracy powinno być skrócenie czasu pracy, nie wzrost produktywności Hubert Walczyński

Kilka miesięcy później światem wstrząsnął wielki kryzys gospodarczy, zapoczątkowany słynnym krachem nowojorskiej giełdy. W Polsce przybrał on katastrofalne rozmiary. Według tych bardziej ostrożnych szacunków, pomiędzy 1929 a 1932 rokiem bezrobocie wzrosło ponad dziesięciokrotnie, przekraczając poziom 30 proc.

Po stronie przeciwników władzy sanacyjnej panowało przekonanie, że kryzys pogłębiał się jeszcze przez brak odpowiedniej reakcji ze strony rządu. Jak w grudniu 1930 roku alarmowały środowiska związkowe, „mimo głodu i nędzy, mimo szalonego wzrostu bezrobocia, mimo ciągłych obniżek płac robotniczych, rząd nie czyni nic, co by mogło poprawić los mas pracujących. Przeciwnie, mówi się o konieczności przedłużenia czasu pracy”.

Lewica coraz śmielej podnosiła postulat przeciwny. Skrócenie normy dnia roboczego miało w jej mniemaniu umożliwić dużej części bezrobotnych powrót do pracy, co nie tylko złagodziłoby skutki kryzysu dla najbardziej pokrzywdzonych grup ludności, ale też zwiększyło konsumpcję i dało gospodarce silny impuls, dzięki któremu szybciej podniosłaby się z upadku.

Sygnały przekonujące o zasadności takiego rozwiązania płynęły też z zagranicy. W grudniu 1930 roku Rudolf Wissell, polityk SPD i były minister pracy w rządzie niemieckim, tak mówił w wywiadzie dla gdańskiego pisma „Danziger Volksstimme”: „Wobec tego, że rozwój techniki coraz bardziej wyrzuca ludzi z procesu produkcyjnego, należy przystosować czas pracy do nowych metod produkcji przez skrócenie go. 7- czy 6-godzinny dzień, 5-dniowy tydzień pracy, nie jest już dziś utopią”. W styczniu 1931 roku obradująca w Zurychu komisja złożona z przedstawicieli międzynarodówki związkowej i międzynarodówki socjalistycznej uznała, że konieczne jest rozpoczęcie walki o skrócenie tygodnia roboczego do 5 dni.

Przedsiębiorcy, maszyny i opinia międzynarodowa

Antoni Burkot, wiceprezes związku zawodowego drukarzy, pisał w roku 1931, że najważniejszą przyczyną bezrobocia jest to, że „technika produkcji stoi na tak wysokim poziomie, że wytwarza więcej niż ludzkość może nabyć”. Uważał, że podejmowane przez kapitalistów działania, polegające na ograniczaniu produkcji bądź obniżaniu zarobków pracowników, pogłębiają nędzę i dodatkowo zaostrzają kryzys. Zmniejszenie godzin pracy i idące za tym zatrudnienie rzesz bezrobotnych pozwoliłoby za to zwiększyć siłę nabywczą społeczeństwa. „Reforma ta nie przynosi szkody przedsiębiorcom, ani nie zmniejsza wytwórczości” – przekonywał Burkot – „Oczywiście wśród przedsiębiorców są przeciwnicy tej reformy. Argumenty ich przypominają to, cośmy czytali i słyszeli, gdy wysunięto 8-godzinny dzień pracy. Życie wykazało bezpodstawność tych argumentów”.

W lutym 1931 roku działacz PPS Herman Diamand zwracał uwagę, że „mechanizacja produkcji ogranicza użycie pracy ludzkiej, czyni ją w znacznej mierze zbyteczną”. Jednocześnie wskazywał jednak, że „kapitalizm wyzyskał tu swoją przewagę do ostatecznej skrajności, nie godząc się na skrócenie czasu pracy, mimo że maszyny uczyniły wydajność pracy ludzkiej wielokrotnie większą, niż była przed szalonymi postępami mechanizacji”. Wszystko to sprawiało, że korzyści z rozwoju techniki trafiały nie do pracownika, a do egoistycznie zapatrzonego w doraźne zyski przedsiębiorcy.

Czytaj także Pracujmy krócej! To nie jest żadna rewolucja Kamil Fejfer, Grzegorz Ilnicki

W marcu 1931 roku PPS i Narodowa Partia Robotnicza wspólnie złożyły w Sejmie wniosek o skrócenie tygodnia pracy z 46 do 40 godzin. Na rozpatrzenie czekał aż do grudnia. I choć występujący w imieniu rządzącego BBWR poseł Zygmunt Sowiński sam zadeklarował się jako zwolennik skrócenia godzin pracy, to jednocześnie upierał się, że tego rodzaju decyzje powinny zapadać na forum międzynarodowym, w uzgodnieniu przynajmniej z państwami europejskimi. Ostrzegał, że koszty przeprowadzenia przez Polskę odosobnionej reformy uderzyłyby „nie tylko w przemysł, ale i w polskiego robotnika”.

W odpowiedzi poseł PPS Antoni Szczerkowski zarzucił rządzącym hipokryzję, bo najpierw naśmiewali się oni z propagowanych przez socjalistów wizji międzynarodowej współpracy, a potem sami uzależniają ratowanie polskiej gospodarki od zgody innych państw. Jan Stanisław Jankowski z NPR próbował jeszcze przekonać posłów, że praktyka poprzednich reform dowiodła, że „w ślad za każdym skróceniem czasu pracy idzie wzmożenie wydajności pracy”, a „przecież nie o to chodzi, żeby jak najdłużej pracować, ale żeby jak najwydatniej pracować”. Bezskutecznie – sejm odrzucił wniosek głosami BBWR i endecji.

Żądanie ofiar

Sanacyjne władze nie tylko sprzeciwiły się pomysłowi skrócenia czasu pracy, ale na dodatek podjęły jeszcze decyzję o jego wydłużeniu. W marcu 1932 roku rząd przedstawił projekt likwidacji tzw. „soboty angielskiej”. Tygodniowa norma pracy urosnąć miała do 48 godzin. Odpowiedzią był strajk setek tysięcy robotników, a przeciwko działaniom rządu oprócz PPS i NPR protestowali też komuniści, a nawet prosanacyjne związki zawodowe. W Krakowie, Żywcu i Lipinach doszło do starć z policją. 4 osoby straciły życie. Zygmunt Żuławski, poseł PPS i sekretarz generalny centrali związkowej, ostrzegał w trakcie strajku, że „przedłużenie czasu pracy nie przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia, lecz przeciwnie – da jedynie kapitalistom możność zwiększenia wyzysku”.

„Sobota angielska” uległa ostatecznie likwidacji z początkiem 1934 roku. Poseł BBWR Wiktor Gosiewski przekonywał, że zmiana ta poprawi konkurencyjność polskiej gospodarki: „Idziemy w kierunku żądania ofiar ze strony świata pracy, rozumiejąc, że ofiary te temu samemu światu pracy przyniosą w przyszłości niewątpliwą korzyść”. Poseł Jan Brzeziński z NPR ripostował, że „cały świat projektuje skrócenie czasu pracy, a w Polsce odwrotnie, przedłuża się czas pracy i zwiększa się liczbę bezrobotnych”. W pewnym momencie wzywał nawet na sali sejmowej majestat papieża Leona XIII, przypominając fragmenty encykliki Rerum Novarum, przestrzegające przed nadmiernym eksploatowaniem pracowników. Z rezygnacją stwierdził jednak w końcu, że w Polsce „niestety rządzi Lewiatan, któremu zależy przecież na tym, ażeby stworzyć z robotnika swego niewolnika”.

Czytaj także 35-godzinny tydzień pracy nie jest antidotum na wszystkie bolączki Mateusz Socha

Tymczasem narastanie kryzysu gospodarczego powodowało zaostrzenie się robotniczych postulatów. Jan Stańczyk, który do wprowadzenia 7-godzinnego dnia pracy nawoływał jeszcze przed kryzysem, we wrześniu 1931 roku mówił już o konieczności ograniczenia tej normy do 6 godzin. W listopadzie 1931 roku związkowcy z branży górniczej, metalowej i chemicznej zgłosili takie żądanie podczas rokowań z firmami naftowymi. Stanowisko przemysłowców było nieprzejednane. Związkowcy usłyszeli od nich, że „skrócenie czasu pracy o 2 godzinny dziennie, przy pozostawieniu obecnych płac, byłoby takim obciążeniem tego przemysłu, że musiałby się zlikwidować i robotnicy straciliby w ogóle pracę”.

Przy tak dużej rozbieżności stanowisk robotników i kapitalistów nie było szans na wypracowanie porozumienia. Wilhelm Topinek, sekretarz generalny związku zawodowego metalowców, pisał w roku 1934: „Ktokolwiek przypuszczał, że przemysłowcy poza brutalnym wyzyskiem i azjatyckim niszczeniem wszelkich zdobyczy robotniczych czegokolwiek nauczyli się w okresie prawie sześcioletniego ciężkiego i niszczącego egzystencję ludzi pracy kryzysu gospodarczego – ten zawiódł się z kretesem”. Przekonywał jednak, że presja ma sens i że solidarna akcja pracowników może w końcu „przełamać nieuzasadniony opór przemysłowców i na podstawie umów zbiorowych wprowadzić 40-godzinny czy też 35-godzinny tydzień pracy”.

8-godzinny dzień pracy to przeżytek

Kierowany przez Topinka związek przodował w popularyzacji postulatu skrócenia dziennej normy pracy do 6 godzin. Jak przeczytać można było w jednym z jego manifestów, „każdy robotnik., stary czy młody, ten co jeszcze pracuje i ten, którego obecny system wyrzucił na bruk i zmusił do bezczynności, obowiązany jest niestrudzenie, zawsze i wszędzie zachęcać do akcji o 6-godzinny dzień pracy”. Obok metalowców hasło to najgłośniej podnosili górnicy. W roku 1935 transparent z napisem „Żądamy 6-godzinnego dnia pracy bez zmniejszenia zarobków” niesiony był na przedzie wielotysięcznej manifestacji pierwszomajowej, zorganizowanej w Warszawie przez związki zawodowe, PPS i żydowskich socjalistów z Bundu.

Czytaj także Czterodniowy tydzień pracy dałby odetchnąć planecie Piotr Wójcik

„Sprawa ta dojrzała już w zupełności i wprowadzenie 6-godzinnego dnia pracy staje się koniecznością” – pisał w marcu 1935 roku socjalistyczny publicysta Jan Maurycy Borski – „Względy czysto ekonomiczne dyktują skrócenie czasu pracy. Nie ma bowiem pracy dla wszystkich rąk, które wyciągają się po nią. Olbrzymie postępy techniki i idące z nimi w parze racjonalizacja i normalizacja pracy wyrzucają tysiące robotników na bruk. Robotnicy ci już nigdy nie wrócą do swej poprzedniej pracy, stali się bowiem elementem zbędnym w produkcji. 8-godzinny dzień pracy jest przeżytkiem, możliwym tylko w ustroju kapitalistycznym, pełnym sprzeczności i nonsensów”.

Borski potępiał pryncypialne zachowanie przedsiębiorców, którzy odmawiają ustępstw wobec robotników, byleby tylko utrzymać ich w stanie jak największej zależności i uległości. Przypominał, że „nie było takiego nieszczęścia i takiej klęski, jakich nie przepowiadaliby w razie wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy. A gdy to mimo wszystko nastąpiło, niejeden rozsądniejszy przedsiębiorca wychwalał zmianę, jako korzystną dla samej produkcji”.

Choć bezrobocie w końcu zaczęło się zmniejszać, a kryzys powoli ustępował, to sformułowane w jego trakcie postulaty pozostały żywe w środowisku robotniczym. W roku 1937 lewicowa centrala związkowa przygotowała dokument nazwany „Programem dobrobytu”, w którym przekonywano, że skrócenie czasu pracy „jest usprawiedliwione zarówno względami humanitarnymi, jak i względami gospodarczymi”. Związkowcy zwracali jednak uwagę, że dla stabilności takiego rozwiązania konieczne jest zerwanie z dotychczasowymi zasadami gospodarki wolnorynkowej. Wskazywali, że „utrzymanie realnej zwyżki zarobków będzie wymagało stałej kontroli poziomu cen, stałej ingerencji państwa w stosunki gospodarki prywatno-kapitalistycznej”.

Czytaj także „Bolszewizmem nazywa się w Ameryce wszystko to, co nie idzie na rękę kapitalistom” Przemysław Kmieciak

Propagandowa broszura PPS, przygotowana na pierwszomajowe święto w roku 1938, uczulała robotników, że doprowadzenie do zmiany ustawodawstwa będzie jednak wymagało długoletniej walki: „Niejedna jeszcze ciężka chwila przejdzie zapewne, zanim 6-godzinny dzień pracy stanie się sukcesem naszego ruchu. Ale pamiętajmy, że i 8-godzinny dzień pracy nie przyszedł łatwo”.

Proces ten okazał się jednak o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany niż zakładała to socjalistyczna propaganda lat trzydziestych. Wprawdzie już w 1946 roku władze odbudowywanej ze zniszczeń wojennych Polski przywróciły 46-godzinny tydzień pracy, ale bardziej radykalne reformy nie zostały podjęte. Na dalsze zmiany w ustawodawstwie czekać trzeba było kolejne kilka dekad. Dopiero w latach siedemdziesiątych rozpoczęło się stopniowe znoszenie 6-dniowego tygodnia pracy. Obecna, obowiązująca od 2003 roku norma 40 godzin pracy tygodniowej wciąż jest wyższa niż rozwiązania, które niemal stulecie temu proponowali przedstawiciele polskiego ruchu robotniczego.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie