Można powiedzieć, że industrializacja depopuluje znacznie bardziej niż emancypacja. Ale czy ktoś chciałby przenieść się do czasów sprzed rewolucji przemysłowej? Biorąc pod uwagę, że na całym Zachodzie to właśnie na obszarach wiejskich liczba ludności spada najszybciej – pewnie niewielu.
Jeszcze niedawno Czechy były określane jako wzór polityki prorodzinnej, a dzietność nad Wełtawą nazywano cudem demograficznym. W ciągu dekady wywindowały się pod tym względem spod średniej unijnej na europejski ścisły top. Według danych Eurostatu w 2011 roku czeski wskaźnik dzietności (TFR) wyniósł 1,43. W UE było to przeciętnie 1,54. W hołubiącej rodzinę Polsce dzieci proporcjonalnie rodziło się jeszcze mniej – 1,33. Dzietność w Czechach zaczęła piąć się w górę i dekadę później, w 2021 roku, czeski TFR wyniósł 1,83. Wciąż daleko od zastępowalności pokoleń, ale przy takim wyniku można już myśleć o uniknięciu depopulacji – chociażby uzupełniając ludność przemyślaną polityką migracyjną. W Polsce w 2021 roku wskaźnik dzietności wyniósł dokładnie tyle co dekadę wcześniej – 1,33. Średnia unijna również utrzymała się na niemal tym samym poziomie (1,53 w 2021).
Czechy – od zera do bohatera i z powrotem
Czeskie wyczyny na polu reprodukcji skłoniły komentatorów do wygłaszania entuzjastycznych opinii. W 2022 roku w tekście Czeski cud demograficzny – mieli najniższą dzietność na świecie, dziś są wzorem do naśladowania, opublikowanym na portalu Obserwator Gospodarczy, Radosław Ditrich nie tylko opisał gwałtowny skok reprodukcyjny nad Wełtawą, ale też przyjrzał się polityce Pragi skłaniającej do posiadania dzieci. Powołując się na pracę Małgorzaty Sikorskiej z UW, wśród głównych przyczyn wymienił „upowszechnienie dostępu do opieki instytucjonalnej dla dzieci do lat trzech, zwiększanie dostępu do instytucji opiekuńczych dla dzieci w wieku przedszkolnym, podejmowanie działania na rzecz elastycznych form zatrudniania, zwiększenie dostępności mieszkań dla młodych czy dofinansowanie in vitro”. Trudno znaleźć tu jakieś szczególnie odkrywcze rozwiązania. Zresztą sam Ditrich zauważył, że pod wymienionymi względami Czechy niespecjalnie wyróżniały na tle UE i OECD, a pod niektórymi było tam nawet gorzej niż w Polsce.
czytaj także
Zwiększanie dostępności placówek opiekuńczych dla najmłodszych dzieci od lat było jednym z najczęściej wymienianych rozwiązań prodemograficznych w debacie publicznej – także przeze mnie. Zresztą sieć tanich żłobków jest istotna nie tylko jako zachęta do prokreacji, ale też forma wspierania aktywności młodych matek. Trudno to jednak uznać za główną przyczynę różnicy w dzietności między Polską a Czechami. Według raportu OECD Education at Glance 2024 w 2022 roku 11 proc. czeskich dzieci w wieku dwóch lat było objętych wczesną edukacją, w Polsce ledwie 6 proc. W przypadku dzieci w wieku trzech lat to Polska wypadła lepiej – 80 proc. nad Wisłą i 75 proc. za naszą południową granicą. Także dzieci w wieku czterech i pięciu lat częściej chodziły do przedszkoli w Polsce niż w Czechach – w przypadku tej drugiej grupy wiekowej było to odpowiednio 97 i 94 proc.
Wśród zalet polityki Pragi autor tekstu na Obserwatorze Gospodarczym wymienił również hojne świadczenia na dzieci. Jednak pod tym względem Polska zdecydowanie wyprzedza Czechy. Wydajemy na ten cel niemal najwięcej w UE – według Eurostatu w 2021 roku było to 3,4 proc. PKB i tylko Niemcy wydawały nieco więcej (3,6 proc.). Czesi zaś ledwie 1,8 proc. Inną tajemnicą sukcesu miało być niskie bezrobocie. „Czechy, czyli kraj bez bezrobotnych” – pisał Ditrich. To samo można jednak napisać o Polsce – w styczniu tego roku Polska i Czechy były liderami niskiego bezrobocia w UE z wynikiem 2,6 proc. Za to sytuacja mieszkaniowa młodych Czechów – szczególnie w absurdalnie drogiej Pradze – jest równie nie do pozazdroszczenia, co młodych Polaków.
Cud demograficzny nad Wełtawą miał bardzo niewyraźne podstawy. A konstrukcje mające niewyraźne podstawy zwykle są chybotliwe. W 2022 roku czeska dzietność tąpnęła po raz pierwszy i wyniosła 1,64. W 2023 roku spadła do 1,46. Dla porównania w 2017 roku, po początkowym skoku wywołanym wprowadzeniem 500 plus, polski wskaźnik dzietności wyniósł 1,48, chociaż ledwie dwa lata wcześniej było to 1,32. Mało, ale i tak więcej niż w 2023 roku, gdy polski TFR wyniósł 1,20 i był nawet niższy od włoskiego (1,21). Warto też zauważyć, że wskaźnik ten jest na rekordowo niskim poziomie także w UE – w 2023 roku wyniósł 1,38, co było najniższym wynikiem w XXI wieku.
Nie można powiedzieć, że rozwiązania polityki prodemograficznej w ogóle nie działają. Działają, ale tylko przez chwilę. Być może współczesne państwo rozwinięte nie ma możliwości trwałego skłaniania do prokreacji ludzi, którzy ogólnie stają się coraz mniej chętni do prokreacji.
Wojna płci
W obecnych warunkach jedyną skuteczną polityką może być łagodzenie napięć między płciami. Wojna płci może spowodować prawdziwe spustoszenie w demografii, czego dowodem konserwatywna Korea Południowa, gdzie animozje między kobietami a mężczyznami są chyba największe na świecie. Wciąż bardzo istotne są tam nie tylko tradycyjny podział ról w domu i rodzinie, ale też ściśle przestrzegana hierarchia statusu. Szybka emancypacja kobiet wywołała szok wśród młodych mężczyzn, niepotrafiących dostosować się do nowych realiów. Ruch antyfeministów zaczął więc zwalczać emancypację i oczerniać kobiety, dopuszczając się także przemocy fizycznej. To wywołało oczywistą nieufność ze strony kobiet i wrogą reakcję wobec mężczyzn. A to przełożyło się na największy na świecie spadek dzietności.
Antynatalizm zakłada niemoralność płodzenia bez względu na status, nie niechęć do dzieci [rozmowa]
czytaj także
W 1960 roku w Korei Południowej wskaźnik dzietności wyniósł absurdalne jak na XX wiek 6,0. Wynik niczym sprzed rewolucji przemysłowej, co by się nawet zgadzało, gdyż kraj ten u progu lat 60. był rolniczym, wiejskim i bardzo biednym. Wtedy też do władzy doszedł całkiem oświecony reżim gen. Parka, który zaczął wieść bardzo skuteczną politykę przemysłową, co doprowadziło do błyskawicznej industrializacji, ale przy okazji spadku dzietności. Już w 1974 roku TFR w Korei Południowej wynosił 2,64. Dla porównania w USA, które w tamtym czasie przechodziły przez dynamiczną emancypację kobiet, TFR spadł z 3,65 do 1,75. Można więc powiedzieć, że industrializacja depopuluje znacznie bardziej niż emancypacja. Ale czy ktoś chciałby przenieść się do czasów sprzed rewolucji przemysłowej? Biorąc pod uwagę, że na całym Zachodzie to właśnie na obszarach wiejskich liczba ludności spada najszybciej – pewnie niewielu.
Przez niemal dwie dekady (lata 80. i 90.) dzietność ustabilizowała się na poziomie ponad 1,5. W XXI wieku w wyniku przemian obyczajowych i konfliktu między płciami w Korei Południowej doszło do kolejnego załamania – w 2022 roku tamtejszy TFR wyniósł niespotykane 0,78. W Polsce również widać znamiona rosnących napięć między coraz bardziej niezależnymi kobietami i coraz bardziej samotnymi mężczyznami. Rozziew w wyborach politycznych i sympatiach partyjnych, luka edukacyjna utrudniająca znalezienie partnerki gorzej wykształconym mężczyznom, większa skłonność młodych kobiet do przeprowadzki do dużych miast, radykalizacja polityczna po skrajnie przeciwstawnych stronach sporu ideowego – to wszystko zwiększa nieufność między płciami, a tym samym zmniejsza skłonność kobiet do rodzenia dzieci.
Wolę ciche wieczory niż dziecięcy śmiech. I czuję się z tym doskonale
czytaj także
Minimalizowanie źródeł tych napięć – jak i samych napięć – w teorii powinno poprawić demografię, chociaż trudno spodziewać się powrotu TFR do poziomu 2,1, który gwarantuje zastępowalność pokoleń. W obecnej sytuacji nie ma też co liczyć na imigrację, która musiałaby być tak wysoka, że bez wątpienia wywołałaby potężny opór społeczny. Imigracja może co najwyżej wydłużyć czas adaptacji do nowych warunków.
Adaptacja zamiast prokreacji
Właśnie na adaptację należy postawić. Podstawą jest zmiana charakteru polityki rodzinnej z prodemograficznej na wspierającą poziom życia rodzin i wyrównującą szanse edukacyjne i rozwojowe. To drugie jest kluczowe, gdyż zapobiegnie bierności zawodowej i umożliwi, brzydko mówiąc, „wykorzystanie” w gospodarce większej części kurczącej się populacji. Tymczasem w Polsce aż 10 proc. osób w wieku 15–29 lat nie uczy się ani nie pracuje. To nieco mniej, niż wynosi średnia w UE, ale daleko nam chociażby do Holandii, gdzie takich osób jest mniej niż 5 proc. Można więc założyć, że polskie państwo i gospodarka stracą co dziesiątą „zetkę”.
Zamiast więc płacić 1500 zł rodzicom dzieci w wieku 1–3 lata (wprowadzone niedawno „babciowe”), by znaleźli sobie jakąś przechowalnię potomstwa, należałoby raczej stworzyć sieć placówek wczesnoszkolnych, w których każde dziecko po ukończeniu 12. miesiąca życia mogłoby nie tylko przeczekać pracę mamy i taty, ale też korzystać z możliwości rozwojowych lepszych niż w domu.
czytaj także
Należałoby też zacząć stosować kryteria dochodowe we wszystkich nowych lub podwyższanych świadczeniach rodzinnych – odbieranie starych mogłoby stworzyć niepotrzebne napięcia klasowe. Zamożnym powinno się jednak również podwyższyć podatki, gdyż pieniądze będą potrzebne zarówno na poprawę jakości publicznego systemu opieki medycznej, jak i reformę systemu emerytalnego. W tym drugim przypadku większa część świadczeń będzie musiała być wypłacana bezpośrednio z budżetu. Emerytury zusowskie nie muszą przechodzić żadnej rewolucji, jednak powinny być uzupełniane przez emeryturę państwową, umożliwiającą w miarę godne życie przyszłym starcom, których czeka niska stopa zastąpienia.
Poza tym trzeba postawić na większą automatyzację gospodarki i państwa. Polska ma jeden z najniższych wskaźników robotyzacji w przemyśle w UE. Według raportu PIE w 2022 roku na 10 tys. pracowników przemysłu w Polsce przypadało 55 robotów. We Francji i Hiszpanii niespełna 150, w Niemczech 256, a w Szwecji niemal 300. Robotyzacja przemysłu i automatyzacja innych obszarów gospodarki powinny być fundamentem polityki ekonomicznej państwa.
Gender, laicyzacja i dostępne żłobki: kto sprowadzi dzieci na polską ziemię?
czytaj także
Musimy też zmienić politykę wobec peryferii, by depopulacja nie doprowadziła do dalszego spadku poziomu życia w mniejszych miastach i we wsiach. Na peryferiach dostęp do usług publicznych jest znacznie ograniczony nie tylko dlatego, że brakuje odpowiednich placówek – brakuje przede wszystkim specjalistycznego personelu, który chętniej zamieszkuje duże miasta. Dlatego potrzebujemy drastycznej poprawy mobilności – przede wszystkim gęstej sieci tańszych, ale przyzwoitych przewozów kolejowych. Nie muszą pędzić 250 km/h, wystarczy o połowę mniej. Poza tym trzeba będzie zadbać o szeroki dostęp do usług publicznych świadczonych zdalnie lub cyfrowo – oczywiście tylko tam, gdzie nie obniży to jakości lub poziomu bezpieczeństwa.
W czasach depopulacji znaczenie usług publicznych – komunikacji zbiorowej, opieki medycznej czy edukacji – będzie znacznie większe niż w czasach wzrostu demograficznego. Zamiast desperacko dbać o wzrost dzietności, lepiej zacząć dbać o polityki publiczne, które pozwolą zaadaptować się do spadającej liczby ludności.