Mężczyzna po pięćdziesiątce zatrudnił się przy zamiataniu. Gdyby zawarto z nim umowę o pracę, musiałby zostać przebadany przez lekarza medycyny pracy, który prawdopodobnie nie dopuściłby go do pracy fizycznej, bo miał zaawansowaną chorobę wieńcową. Człowiek po kilku dniach zmarł na zawał. To jedna z wielu ofiar umów śmieciowych.
Kobieta dość wątłego zdrowia dostała pracę w ochronie. Przewróciła się, i to tak nieszczęśliwie, że uderzyła głową w krawężnik. Akcja serca ustała, ale na szczęście był tam inny ochroniarz, który potrafił zastosować metody resuscytacji i naciskając klatkę piersiową, uratował jej życie. Dłuższy czas leżała na oddziale intensywnej terapii w stanie śpiączki. W końcu się wybudziła – i kiedy już stanęła na nogi, zaczęła znów szukać pracy. Znalazła ją znów w ochronie, w tej samej firmie, która obsadziła ją na tym samym stanowisku, gdzie miał miejsce wypadek. Nie muszę dodawać, że pracowała na umowie-zlecenie i znów żaden lekarz nie musiał jej do pracy dopuszczać.
Kolega, który pracował, nie mógł pojąć, dlaczego człowiek, który uratował kobiecie życie, nie został przez firmę w żaden sposób wyróżniony czy wynagrodzony. On sam kupił mu butelkę dobrej wódki i powiedział, że chciał go w ten sposób uhonorować. Ochroniarz popłakał się ze wzruszenia.
Projekt ministerstwa pracy zakładający, że inspektorzy pracy powinni móc zmieniać umowy śmieciowe na umowy o pracę wszędzie tam, gdzie umowa cywilnoprawna jest zawarta dla pozoru, a człowiek pracuje jak na etacie, została w końcu przez premiera Tuska „odwołana”.
Większość firm zawiera umowy o pracę, nie oszukuje i nie okrada państwa z należnych mu danin. Premier najwyraźniej reprezentuje ten szemrany biznes, który, pozorując umowy śmieciowe, okrada nas na co najmniej dwa i pół miliarda złotych rocznie. Stąd nic dziwnego, że za ustawą wzmacniającą uprawnienia inspekcji pracy opowiedział się minister finansów. Poparł reformę również minister sprawiedliwości, który poszedł dalej i proponował domniemanie umowy o pracę, a na pracodawcy spoczywałby ciężar udowodnienia, że to rzeczywiście jest inny rodzaj umowy.
W Polsce co najmniej 2,5 mln osób pracuje w ramach tzw. niestandardowych form zatrudnienia, czyli umowy typu „B2B”, biznes z biznesem: pracownik udaje, że jest firmą, i jako firma podpisuje umowę zlecenie lub o dzieło. Jednym z argumentów przeciwko ucywilizowaniu rynku pracy jest to, że część pracowników podobno woli śmieciówki, bo dostaje więcej „na rękę”. Jednak to nie pracownicy decydują. W większości wypadków decydująca jest wola pracodawcy, który na śmieciówce oszczędza, a poza tym większość interwencji Państwowej Inspekcji Pracy i tak odbywać się będzie na wniosek pracownika.
Rezultatem odmowy kontynuowania prac nad tą ustawą będzie prawdopodobnie utrata kilkunastu miliardów złotych z KPO. Bowiem Unia stawia wprowadzenie tych przepisów jako kamień milowy, od którego spełnienia uzależnione jest wypłacenie tych funduszy. Z początku tym kamieniem milowym było ozusowanie śmieciówek. Tusk odmówił, zawarto więc kompromis, polegający na nadaniu inspektorom pracy uprawnienia do przekształcania umów cywilnoprawnych w umowy o pracę. Ale i ten kompromis Tusk właśnie zerwał.
Słuchaj podcastu: Tania praca, czyli gdzie jest Polska
Premier, który staje po stronie kanciarzy, musi budzić zdziwienie. Choć już kuriozalne spotkanie w gmachu giełdy, podczas którego Donald Tusk wzywał miliarderów, żeby się bogacili, pokazało po czyjej stronie stoi premier: po stronie biznesu, a nie ludzi pracy.
Dla szefów życie pracującej na śmieciówce pracownicy ochrony nie było nic warte. Podobnie jak dla premiera nic niewarte są unijne fundusze, jeśli w zamian za nie trzeba wprowadzić propracownicze przepisy. Tracimy szansę zdobycia środków na zatkanie dziury w ochronie zdrowia. Ta decyzja wielu z nas może kosztować życie.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.