Felieton

Zagadka: Ile górskich rzek trzeba wysuszyć, żebyś mógł ponadupcać na nartach?

Fot. pxhere.com CC0/anaterate/pixabay/Fotoedycja KP

Sporty zimowe to zdrowy i popularny sposób na spędzanie czasu na świeżym powietrzu w zimie. Jednak wpływ ośrodków narciarskich na lokalne środowisko jest niebagatelny. Utrzymywanie sztucznego śniegu i przejezdnych stoków wymaga złożonej i wymagającej energii infrastruktury, z licznymi pracownikami i dużym zużyciem zasobów naturalnych.


Kojarzycie tego mema, na którym chłop wkłada sobie badyl w szprychy roweru, a potem jęczy, że się przewrócił? Właśnie tak się czułam, zjeżdżając z Kotelnicy na nartach w dziesięciu stopniach na plusie i w deszczu.

Nie, żeby źle mi się jeździło: stok pokryty był warstwą sztucznego śniegu, który był może trochę zbity, ale za to nie zmrożony. Zaś polany i lasy poza wyznaczoną trasą były już zupełnie zielone: to jedyny duży minus, bo lubię sobie pojeździć na offroadzie.

Ale nie w tym rzecz: czułam się głupio, bo sztuczne naśnieżanie – spowodowane przemianami klimatu – wymaga ogromnych nakładów prądu i wody, co w konsekwencji… No właśnie.

Prognoza pogody na lato: wszyscy zginiemy

czytaj także

Uwielbiam ferie na polskich stokach: chrzczony grzaniec galicyjski, awantury o politykę w kolejce po oszukane oscypki i Kasię Kowalską rzężącą z głośnika na wyciągu. Stosunek jakości do ceny jest marny, ale i tak co roku wysupłuję resztki swego freelancerskiego żołdu, by przeżyć to jeszcze raz. I nie jestem w tym osamotniona, bo turystów na Podhalu mimo ciepłej zimy nie brakuje. „Ferie” znaczy przecież „góry”, znaczy śnieg, w tym roku w wersji: „niech dzieci zobaczą śnieg”. Nie mówcie prawakom, ale człowiek to jednak strasznie konserwatywne zwierzę.

Białka Tatrzańska – wyjątkowo kuriozalny mariaż złego planowania przestrzennego, samowolki budowlanej i nowobogackich aspiracji – prezentowała się bez śniegu postapokaliptycznie. Urlopowicze jak zwykle spędzali czas w samochodowych korkach od atrakcji do atrakcji, niezmotoryzowani tonęli w błocie na braku pobocza, a dolinami płożył się tradycyjny małopolski smog. Wszyscy udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Aż końcu spadł śnieg, a tuż po nim nadszedł huragan – ale o tym to już pewnie słyszeliście.

Podhalańska wolnoamerykanka nie dotyczy wyłącznie budownictwa (śmierć trzech narciarek w Bukowinie to zresztą nie pierwsza tego typu tragedia). Lokalna „Gazeta Wyborcza” donosi, że stacje narciarskie pobierają z rzek do armatek śnieżnych więcej wody, niż pozwalają na to przepisy. Pewnego razu wypompowano z jednej z nich tyle, że „odsłoniło się dno i gdy chwycił mróz, ryby zamarzły”. Ciepła zima tylko pogorszy sprawę, bo do rzek nie trafią roztopy. Dla rzek takich jak Biały Dunajec czy Białka to ogromne zagrożenie.

Eksperci „Gazety” podkreślają, że spora część sztucznie wytworzonego śniegu nie zostanie w glebie, lecz wyparuje, a sama gleba może ucierpieć od nielegalnie spuszczanych do rzek nieczystości. Produkowanych w dużej mierze przez turystów. Wyprodukowanie metra sześciennego śniegu to z kolei około 400–500 litrów wody – ilość zupełnie przerażająca, zważywszy na to, że w tym roku najprawdopodobniej czeka nas kryzys wodny i susza.

Świat musi ugrząźć w bagnie. I to dosłownie, bo inaczej zabraknie nam wody

Ekologiczny badyl w szprychy – czy też gaszenie ognia benzyną – to oczywiście nie tylko polska specjalność: zaledwie parę dni temu w położonym w Pirenejach francuskim kurorcie Luchon-Superbagneres śnieg na stoki zwieziono… helikopterami z wyższych partii gór. Z kolei olimpiada zimowa w Chinach, która odbędzie się w 2022 roku, ma po raz pierwszy w historii odbyć się w stu procentach na sztucznym śniegu (bo w nisko zaśnieżonym regionie). Ze stoków narciarskich korzysta zamożniejsza część tego świata. A cierpieć z powodu susz i kolejnych porcji gazów cieplarnianych będą wszyscy.

Olimpiada + Airbnb = koszmar dla mieszkańców

Medal ten ma oczywiście i drugą stronę: turystyka, szczególnie ta w wykonaniu miłośników sportów zimowych, na całym świecie zapewnia górskim regionom tysiące miejsc pracy. Góry są zazwyczaj trudno dostępne i słabo zaludnione – trudno więc wyobrazić sobie, a tym bardziej zaprojektować dla tego sensowną i ekologiczną alternatywę. Tak źle, tak niedobrze.

Rozpasana konsumpcja produktów z importu czy zimowe wakacje na antypodach z pewnością niosą dla Matki Ziemi gorsze konsekwencje niż parę dni w Tatrach, a indywidualne wybory bez rozwiązań systemowych nie pomogą zapobiec ekologicznej katastrofie. Wszystko prawda. Ale skoro rozwiązań systemowych nie ma, a jeśli jakieś są, mój kraj je odrzuca – to mi na tych nartach jakoś głupio. Drogie wnuki: jeździłam, ale się nie cieszyłam.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.