Felieton

Molestowanie nasze powszednie

Spędziłam w Kościele w sumie cztery lata i w tym czasie przydarzyły mi się cztery przypadki molestowania przez księży.

Dwa tygodnie temu Kaja Malanowska napisała ważny felieton o tym, jak bardzo powszechne było dla nas, kobiet, doświadczenie dwuznacznych kontaktów seksualnych z dorosłymi – księżmi, nauczycielami, dziwnymi panami w pociągach – które tak wielu z nas przydarzyło się w dzieciństwie. Felieton ten, pod słusznym tytułem Temat tabu, zawierał też zachętę do tego, by się do jej odważnego świadectwa przyłączyć i, kto wie, może nawet rozpocząć kampanię ujawnień – wbrew społecznemu szantażowi, który hańbą okrywa głównie posłańców złych wiadomości, czyli molestowane dziewczynki.

Ponieważ ciągle mam w pamięci oburzającą wypowiedź księdza Klocha w Kropce nad „i”, który się tym szantażem posłużył, zniechęcając ofiary molestowań do ujawniania swoich historii w mediach, postanowiłam także wyjść z szafy i ujawnić kilka „wstydliwych faktów z mojej biografii. Mam bowiem nadzieję, że uda się w Polsce w końcu odwrócić wektor wstydu, który dotąd – jak to bywa w tradycjonalnych wspólnotach – otacza raczej ofiary niż ich opresorów.

Choć ksiądz Oko, ostatnio wszechobecny, upiera się, że winę za pedofilię w Kościele ponosi „homoseksualne lobby” (osobliwie od Kościoła oddzielone jako jego ciało obce albo piąta kolumna cywilizacji śmierci), to większość znanych mi świadectw dotyczących molestowania dzieci pochodzi od dziewczynek. Ja sama do Kościoła trafiłam późno, wbrew woli rodziców i głównie dzięki entuzjazmowi mojej bardzo kochanej i bardzo dewocyjnej niani, która dumnie doprowadziła mnie do chrztu w wieku lat sześciu i komunii dwa lata później. Potem moja ochota do pozostania wśród wiernych znacznie zmalała, więc już nie przystąpiłam do bierzmowania i właściwie przestałam praktykować pod koniec podstawówki.

Powody mojego odstępstwa były różne, ale bez wątpienia tym najpoważniejszym było rozczarowanie księżmi; właściwie więcej niż rozczarowanie – niechęć i nieufność. Choć pierwszy ksiądz, który mnie, „pogańskie dziecię”, do chrztu przygotował, proboszcz gminy w Bukowinie Tatrzańskiej, wydawał mi się promiennym kapłanem bez skazy, to wszyscy późniejsi, na jakich natrafiłam (łącznie z Jerzym Popiełuszką, który na chwilę zawitał do parafii anińskiej i nas, z dużą zresztą niecierpliwością, nauczał katechezy), nie zdobywali mojej sympatii.

Nie wszyscy, rzecz jasna, pozwalali sobie na wątpliwe zaczepki natury seksualnej, ale spora część jednak tak. Obawiam się, że zgodnie z przekonaniem arcybiskupa Michalika sama sobie byłam winna, ponieważ mój niewinny wygląd pyzatego aniołka musiał ich po prostu prowokować. Nie sądzę też, że chodziło im wyłącznie o namiastkę seksu, ale też o zwykłą czułość, której celibat również ich pozbawia.

Niewinność dziecięcia jest dla wielu księży fantazmatem, dzięki któremu wierzą, że kiedy dziecię to przytulają, to jest to akt tak samo niewinny; między niewiniątkami nie może wszak być mowy o czymś tak brudnym, jak seks.

W ich wyobrażeniu ten dotyk jest tak samo czysty jak miłość aniołów.

Syndrom ten został dobrze opisany w przypadku Michaela Jacksona, „niewinnego pedofila”, który tulił i pieścił małe dzieci, absolutnie przeświadczony, że nie ma to nic wspólnego z erotyzmem, od którego – jako wieczny chłopiec, przerażony brutalnym seksem dorosłych – uciekał. W rezultacie zapomniał, że mimo wszystko stał się dorosły i robi dzieciom to samo, czego sam doświadczył w dzieciństwie. Molestujący księża zachowują się podobnie, całkowicie wypierając fakt, że są dorosłymi mężczyznami i ich dotyk nie ma w sobie nic z rzekomo aseksualnej niewinności dziecięcej. Myślą zapewne, że są tylko czuli, gdy w rzeczywistości odsłaniają całe swoje zrepresjonowane pragnienie. Jak mówił Freud, czułość jest erotyzmem, tyle że „zahamowanym ze względu na cel”, lekko wysublimowanym – dlatego też często się odhamowuje i gładko przechodzi w pożądanie.

Spędziłam w Kościele w sumie cztery lata i w tym czasie przydarzyły mi się cztery przypadki molestowania przez księży. Wtedy, rzecz jasna, nie byłam w stanie tego tak nazwać. Kiedy po pierwszej spowiedzi, do której przygotowywałam się bardzo sumiennie, skrupulatnie przepowiadając w pamięci całą litanię moich małych grzechów, żeby dobrze wypaść przed konfesjonałem, młody ksiądz zamiast stuły do pocałowania podsunął mi swoją wąsatą twarz i przymusił do pierwszego w życiu francuskiego pocałunku – nie miałam zielonego pojęcia, co się dzieje. Poczułam obrzydzenie – od razu pobiegłam do zakrystialnej łazienki, żeby się umyć – ale, co przecież oczywiste, wcale nie nakierowane na tego księdza, który wciąż był dla mnie postacią nieziemską i boskim namiestnikiem. Obrzydzenie to zawisło w powietrzu, żeby później trafić rykoszetem w jedyny obiekt, jaki pozostał – czyli mnie samą.

Wydarzenie to zinterpretowałam w typowy sposób, w jaki odbierają je młode ofiary swoich życiowych autorytetów: to niemożliwe, żeby z Nim było coś nie tak – to ja muszę być winna. Po obrzydzeniu przyszedł więc wielki wstyd; ten sam wstyd, który zmusza ofiary do długoletniego milczenia. Milczenia, którego nie potrafią przerwać, bo same nie są pewne, czy wina aby nie leży po ich stronie. A w każdej chwili władza kościelna, w całym swym wspaniałym złoto-srebrnym magnifikacie, gotowa jest im przypomnieć, że tak jest w istocie. Bo wobec tego splendoru ofiary są niczym, zaledwie pyłem i prochem: małym brudem podnoszącym się przeciw świętości.

Nawet jeśli niewinność dziecka jest wiktoriańskim przesądem, to i tak mogę powiedzieć, że tego dnia niewinność bezpowrotnie utraciłam: coś bardzo mrocznego wdarło się do mojej dziecięcej duszy i zadomowiło się w niej na dobre. Przekonanie, że jestem „małą grzesznicą”. Tak właśnie, czule i pieszczotliwie, nazywał mnie inny ksiądz, do którego chodziło się „po różańce”. Wizytowały go same dziewczynki, które przywabiał obietnicą sprezentowania najpiękniejszego różańca w świecie, od góry do dołu z kryształowych paciorków i złotym krzyżykiem z umęczonym zbawcą na końcu. Mieszkał w drewnianym świdermajerze, starej pożydowskiej willi anińskiej, która po wojnie przypadła plebanii; w zaniedbanym ogrodzie kwitły zdziczałe bzy. W pokoju, w którym nas przyjmował, też pachniało bzami. Sadzał nas sobie na kolanach, głaskał po włosach, szeptał do ucha czułe słówka, a jego ręka uparcie wędrowała pod bluzkę „w poszukiwaniu medalika”. Oczywiście, szukając czegoś zupełnie innego.

Wtedy, już o rok starsza od poprzedniego wydarzenia, na które moje młode ja nawet nie wiedziało, jak zareagować, postanowiłam przynajmniej się zdziwić. Moich rodziców się bałam, bo jakoś przeczuwałam, że wzbudzi to w nich wielki gniew i zabronią mi chodzić do kościoła (a ja bardzo chciałam chodzić do kościoła, jak wszystkie moje koleżanki), więc zapytałam niani. Moja niania, osoba bardzo dobra i bardzo katolicka, nawet nie pozwoliła mi dokończyć, przerywając opowieść krzykiem, jak na nią wyjątkowo ostrym: „Dość tych zmyślań!”. Nigdy wcześniej nie miałam powodu wątpić w absolutne dobro mojej piastunki, więc i tym razem musiałam przyznać jej rację; może faktycznie kłamię i nic z tego, co opowiadam, się nie wydarzyło? Może ksiądz, tak samo jak moja niania, jest jednak dobry – a ja zła? I tak jak rok wcześniej zostałam „małą grzesznicą”, tak teraz dołączyło się nowe samooskarżenie: „mała kłamczuszka“.

Potem były też i inne, mniej lub bardziej dwuznaczne incydenty: a to dziwne klapsy połączone z głaskaniem, które katecheta wymierzał, niby to żartobliwie, za rozmaite fantastyczne przewinienia („ten kwiatek, moje serduszko, powinien być pokolorowany na niebiesko, a nie na czerwono”), a to ukradkowe pocałunki, którymi księża atakowali znienacka, przychodząc po kolędzie i znajdując dziecko akurat przez chwilę samo w pokoju. Niby nic strasznego się nie stało („Polacy, nic się nie stało!” – woła dziś polski Kościół); nikt mnie przecież nie zgwałcił, nie zmolestował „do końca”, wszystko to właściwie były przypadki „czułości”, która nieco się odhamowała i zagalopowała. Ale mnie nie nastroiło to dobrze – ani do mężczyzn, ani do erotyzmu. Coś, co powinno – może być – źródłem radości w ciężkiej ludzkiej egzystencji, u mnie od zarania przybrało mroczną postać.

Jasne, wszyscy mamy kłopoty z seksualnością; jak mawiał papa Freud, nie jest ci ona domeną szczęścia. Księża mają kłopoty z celibatem, a katolickie dziewczynki mają kłopot z księżmi. Można by na tej konstatacji poprzestać i w konserwatywnym duchu troski pochylić się nad tą nieszczęsną „formą życia”. Ale, na litość boską, można także próbować coś zmienić! Zamiast się pochylać, można podliczyć zyski i straty wynikające z celibatu (zysk: majątek księży zostaje w Kościele; straty: molestowanie młodocianych wiernych) i uczciwie przyjrzeć się szalom tej wagi – która w końcu przeważy. Papież Franciszek jak dotąd broni celibatu, podtrzymując jego mit czystości.

Mnie jednak wydaje się, że póki księżom nie pozwoli się na normalną, dorosłą seksualność, dopóty dzieci nie będą bezpieczne.

Księżom zawsze będzie się zwidywało, że dzieci do nich lgną i prowokują ich „czułość”, bo w istocie, seksualnie rzecz biorąc, sami czują się dziećmi.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne