Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy „dekrety Maricarmen” zatrzymają kryzys mieszkaniowy w Hiszpanii?

Eksmitowana 87-latka wróci do mieszkania, ale nie rozwiąże to strukturalnego problemu. Hiszpania mierzy się z drogim najmem, niedoborem lokali i sporem o ochronę najemców.

1
Walka

Drzwi wejściowe zablokowane szafą, stolikiem, wszystkim, co było pod ręką. Słychać wiertarkę. W szczelinie między barykadą z mebli a ścianą wyłaniają się policjanci w pełnym ekwipunku. Spokojnie tłumaczą, że przyszli wykonać nakaz sądowy. Starsza kobieta kiwa głową i pyta: „Ale dlaczego?”

To Maricarmen, 87-letnia mieszkanka Madrytu, która z dnia na dzień stała się symbolem kryzysu mieszkaniowego dławiącego Hiszpanię od lat. 23 września wczesnym popołudniem została eksmitowana z mieszkania, w którym mieszkała od 1956 roku (wówczas z rodzicami). Wieczorem poprzedniego dnia przed budynkiem zebrały się dziesiątki osób, skandując „Maricarmen se queda” – Maricarmen zostaje. 

Policjanci siłą usunęli protestujących z chodnika. Barykada z mebli opóźniła chwilę to, co nieuniknione. Ostatecznie Maricarmen, która ma problemy z chodzeniem, została wyniesiona na noszach.

Czytaj także Domy w Hiszpanii: nowa polska miara sukcesu. I strachu przed wojną Paulina Januszewska

Nigdy nie zalegała z czynszem. Straciła dom przez prawo o najmie z 1994 roku i firmę, która chciała za to samo mieszkanie ponad trzy razy więcej. W ciągu tygodnia przez ulice Madrytu jej imię niosły na ustach dziesiątki tysięcy ludzi. Namioty stanęły na Puerta del Sol, w symbolicznym sercu Madrytu, przed siedzibą władz regionu, którymi kieruje Isabel Díaz Ayuso, prezydentka Wspólnoty Madrytu z konserwatywnej Partii Ludowej (PP). Namioty stanęły też na placu Catalunya w Barcelonie, w Bilbao i Sewilli. Rząd, który od miesięcy zwlekał z reformą najmu, w kilka dni przyjął dekret nazwany jej imieniem. A 2 października głosuje nad nim Kongres.

Dekrety najprawdopodobniej zostaną odrzucone w głosowaniu. Rzeczniczka Junts, partii od której decyzji zależy przyszłość tych projektów, potwierdziła, że partia zagłosuje przeciw obu dekretom, bo te „pozwalają funduszom dalej kupować, spekulować i eksmitować”. Ministra mieszkalnictwa Isabel Rodríguez przypominała, że do dekretów trafiło 90 procent postulatów Junts, i proponowała, by od razu przekształcić je w projekt ustawy, który można poprawić. Bez skutku: rząd zakłada już, że dekrety upadną głosami PP, Vox i Junts. Nie zamierza ich jednak wycofać, bo – jak mówi rzecznik PSOE Patxi López – „działają” i już zatrzymały eksmisje. Coraz głośniej mówi się też o przedterminowych wyborach. Przed Kongresem w tym czasie protestują setki osób z obozu na Puerta del Sol. 

„Ani jednej Maricarmen więcej”

Historia eksmisji 87-letniej kobiety z oczywistych powodów oburza, ale chodzi tutaj o problem głęboki, systemowy. Kraj wrze, bo „ni una Maricarmen más” – ani jednej Maricarmen więcej – to hasło symbolizujące miliony Hiszpanów, dla których mieszkanie stało się ciężkim do zrealizowania luksusem.

Umowę najmu podpisał w 1956 roku ojciec Maricarmen. Po jego śmierci przejęła ją matka, a po śmierci matki w 2005 roku – Maricarmen. To tzw. renta antigua: najem na czas nieokreślony z czynszem praktycznie zamrożonym. Ale ustawa o najmie z 1994 roku pozwala przekazać taką umowę dożywotnio tylko raz. Kolejna osoba, jak Maricarmen, otrzymuje prawo do dwóch lat, chyba że ma orzeczenie o co najmniej 65 procent niepełnosprawności. Maricarmen ma 50.

W 2018 roku mieszkanie przejęła firma Urbagestión i uznała umowę za wygasłą. Według Sindicato de Inquilinas (związku najemców) najpierw zażądała 2650 euro miesięcznie, a potem obniżyła kwotę do 1650. Cena zdecydowanie niższa od rynkowej, jednak to wciąż ponad trzy razy więcej, niż dotychczasowe około 500 euro z opłatami i więcej niż emerytura Maricarmen. Sąd pierwszej instancji przyznał rację lokatorce, ale w 2023 roku Sąd Najwyższy ostatecznie stanął po stronie firmy. Eksmisja stała się możliwa, gdy w lutym 2026 roku Kongres odrzucił przedłużenie tarczy chroniącej osoby wrażliwe (personas vulnerables).

Krytycy przypominają, że za 92-metrowe mieszkanie z trzema sypialniami w jednej z najlepszych dzielnic Madrytu Maricarmen płaciła tyle, ile dziś kosztuje pokój we wspólnym mieszkaniu. Tydzień po eksmisji, pod presją protestów, firma się jednak ugięła: Maricarmen wróci do mieszkania na podstawie ośmioletniej umowy, z czynszem do 30 procent dochodu.

W sobotę 26 września przez Madryt przeszedł marsz pod hasłem „Ni una Maricarmen más”. Delegatura rządu mówi o 25 tysiącach uczestników, organizatorzy – 300 tysiącach. Po marszu na Puerta del Sol stanęły namioty: po czterech nocach było ich ponad 1200. Ayuso chce usunięcia obozu, ale nie może sama wysłać policji, bo za porządek publiczny odpowiada delegatura podległa rządowi Sáncheza. Ta odmawia i powołuje się na prawo do zgromadzeń. 

Czytaj także Chodzę na palcach, nie korzystam z toalety, jestem z Polski. Szukam pokoju na wynajem Mateusz Macierakowski

Co jest w „dekrecie Maricarmen”?

29 września rząd przyjął dwa dekrety z mocą ustawy. Pierwszy, obowiązujący od 1 października, do końca 2030 roku chroni przed eksmisją osoby wrażliwe bez alternatywnego lokum, choć przy drobnych właścicielach ta ochrona jest słabsza. Do końca 2027 roku czynsz może rosnąć najwyżej o 2 procent rocznie. Zapowiadany zakaz kupowania mieszkań przez „fundusze sępie”, czyli inwestorów, którzy tanio skupują nieruchomości, żeby zarabiać na podwyżkach czynszów albo odsprzedaży, dotyczy tylko transakcji poniżej 70 procent wartości rynkowej, jednak dekret nawet nie definiuje, czym taki fundusz jest.

Pierwszy efekt odnotowano już 1 października. Barceloński sąd wstrzymał eksmisję Macareny z dzielnicy Sant Andreu po tym, jak związek najemców powołał się na nowy dekret. 

Drugi dekret spełnia główne żądanie najemców: wygasające umowy przedłużają się automatycznie o pięć lat, a właściciel, który chce je zakończyć, musi zapłacić najemcy co najmniej równowartość rocznego czynszu za podobne mieszkanie, liczonego według urzędowego indeksu. Nie musi, jeśli mieszkanie potrzebne jest jemu lub bliskiej rodzinie. 

Los obu dekretów zależy od katalońskiej partii Junts, bez której rząd Sáncheza nie ma większości. Tylko ten pierwszy ma realne szanse na poparcie.

Lider PP Alberto Núñez Feijóo nazywa dekrety „pułapką”, a rząd „oszukańczym”. Przekonuje, że jeśli te dekrety zostaną przyjęte, nie znajdzie się właściciel, który będzie chciał wynająć mieszkanie osobie w trudnej sytuacji. Podał też przykład starszych właścicieli, którzy z czynszu opłacają dom opieki, a gdy lokator przestaje płacić, sami muszą się z niego wyprowadzić. Skrajnie prawicowy Vox przeniósł spór na migrację: „Gdyby zamiast Maricarmen była to Morocarmen, miałaby dom” – napisała partia.

Astronomiczne ceny i brak mieszkań

Zestawienie 500 euro za 92 metry kwadratowe z 550 euro za pokój może szokować. Gniew kierowany na Maricarmen trafia jednak pod zły adres. Odziedziczyła ona umowę zawartą w zupełnie innej rzeczywistości. Problemem nie jest jej czynsz, lecz skala, w jakiej w ciągu dekady rozeszły się ceny i płace: od 2015 roku mieszkania na sprzedaż podrożały o około 80 procent, a wynagrodzenia wzrosły o mniej więcej 30. Średni czynsz pochłania dziś 98,7 procent pensji młodej osoby, a samodzielnie mieszka zaledwie 14,5 procent młodych Hiszpanów – najmniej w historii pomiarów. Trudno znaleźć dwudziesto- czy trzydziestolatka, którego stać na własną kawalerkę w dużym mieście, jeśli nie dzieli jej z partnerem lub współlokatorami i nie mieszka z rodzicami.

Ceny windują też mieszkania turystyczne i należące do cudzoziemców, a w ostatnich latach również napływ cyfrowych nomadów. Ponadto wiele osób (w tym prawicowi politycy) coraz chętniej łączy kryzys mieszkaniowy ze strachem przed okupas, czyli dzikimi lokatorami. Problem najwyraźniejszy jest w Katalonii, a ogółem w 2025 roku odnotowano około 15 tysięcy takich przypadków, co w skali kraju i wszystkich dostępnych mieszkań nie jest liczbą wysoką, dlatego warto tonować panikę. Trzeba jednak przyznać, że zjawisko ma też drugą twarz: zorganizowane grupy przestępcze, które zajmują puste mieszkania i wynajmują je najuboższym.

U podstaw kryzysu leży jednak brak mieszkań. Bank Hiszpanii wylicza, że w latach 2021-2025 przybyło o 750 tysięcy gospodarstw domowych więcej niż mieszkań. Tymczasem w 2025 ukończono niewiele ponad 80 tysięcy lokali.

Czytaj także Młodość na nieswoim. Studentów przybywa, miejsc w akademikach ubywa Piotr Wójcik

Najlepiej widać to w Seseñi, 40 kilometrów na południe od Madrytu. W czasach boomu deweloper Francisco Hernando zaplanował tu osiedle El Quiñón na 13 tysięcy mieszkań. Po krachu w 2008 roku przez lata stało w dużej części puste i stało się symbolem pękniętej bańki spekulacyjnej pierwszego kryzysu finansowego. Dziś miasto jest zapełnione, a mieszkania nie kupi się tu za mniej niż 200 tysięcy euro. Wprowadzają się rodziny, które z Madrytu wypchnęły ceny, a teraz same podbijają je na przedmieściach.

W niecałe dwie dekady Hiszpania przeszła więc od osiedli–widm do namiotów na placach.

Potrzeba zatem więcej mieszkań, zwłaszcza socjalnych. Ale budowa trwa latami, a ceny, które dawno oderwały się od zarobków, trzeba jakoś zatrzymać: regulacją czynszów i stabilnymi umowami najmu. Z podobnym problemem mierzy się zresztą cała Europa. Bez tego namiotów na Puerta del Sol i młodych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, będzie tylko przybywać.

**

Katia Mierzejewska – dziennikarka pisząca o Hiszpanii i Ameryce Południowej, sprawach społecznych i polityce międzynarodowej. Na stałe związana z międzynarodową organizacją zajmującą się wolnością słowa ARTICLE 19. Mieszka w Barcelonie.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x