Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Rynki prognostyczne: od „mądrości tłumu” po zabójstwa na zlecenie

Rynki prognostyczne nie radzą sobie z wytwarzaniem wiedzy o tym, co się wkrótce zdarzy, za to niesamowicie dobrze idzie im wytwarzanie korupcji i psucie dotychczas godnych zaufania źródeł informacji.

Pisarz, krytyk nowych technologii
Serce
Płacz

2

W katechizmie konserwatystów najbardziej wybiórczo traktowaną zasadą jest ta, że „zachęty mają znaczenie”.

Oczywiście „zachęty mają znaczenie”, gdy chodzi o dostęp do opieki zdrowotnej. Dlatego pacjentów obciąża się opłatami za usługi poza podstawowym ubezpieczeniem – bo gdyby można było sobie chodzić do lekarza, kiedy się tylko chce, ktoś z tej opieki mógłby skorzystać za bardzo. „Zachęty mają znaczenie”, więc trzeba doprowadzić do tego, aby pacjent zwracał się o pomoc tylko wtedy, gdy naprawdę musi.

Jedna tylko grupa wymyka się tej regule: nie ma co dyscyplinować nimi bogatych. Im można dawać kontrakty bez przetargu, bo przecież i tak są bogaci, nie będzie ich kusiło, żeby kroić państwo. Im wolno zmuszać pracowników do umownego zobowiązania, że nie będą się skarżyć na pracodawcę, bo pracodawcy wcale nie będzie kusiło skubać pracowników, kiedy ma pewność, że pary z gęby nie puszczą ze strachu przed pozwem.

Bogatym wolno zmuszać pracowników, aby podpisywali klauzule o zakazie konkurencji – przecież nie ich będzie kusiło, żeby takich pracowników żyłować za głodowe pensje, bo przecież nie pójdą pracować gdzie indziej, też ze strachu przed kosztownym procesem. Bogatym wolno przymuszać pracowników, aby podpisywali klauzule o arbitrażu, bo przecież bogatych nie będzie kusiło, aby pracowników uśmiercać czy okaleczać w pracy, nawet jeśli wiedzą, że pracownicy ich ciągać po sądach nie będą.

Czytaj także Żyć w Ameryce? To się nie opłaca Magdalena Bazylewicz

Czyli że zachęty mają znaczenie, gdy gnębi się ludzi pracy, ale nie mają znaczenia, gdy dmucha się i chucha na klasę Epsteina.

Tyle że zachęty rzeczywiście mają znaczenie. To założenie prawa Goodharta: „Gdy dowolny wskaźnik zaczyna być traktowany jako cel, przestaje być dobrym wskaźnikiem”. A to nagminne. Google wygrał, bo zauważył, że twórcy witryn internetowych linkują inne dobre, bo ważne bądź przydatne dla nich, witryny. Na podstawie tej obserwacji Google zastosował znaną z akademii praktykę analizy cytowań do przewidywania, które strony w sieci mają największą siłę przebicia. Tak powstał Pagerank.

Google Search, korzystający z algorytmu Pagerank, przewyższał trafnością wszystkie istniejące wówczas wyszukiwarki. Tyle że gdy tylko Google stało się najpopularniejszą wyszukiwarką w sieci, ludzie zaczęli linkować złe strony – pełne spamu, złośliwego oprogramowania i śmieci – tylko po to, aby wpłynąć na wyniki wyszukiwania. Wskaźnik liczby stron linkujących daną stronę stał się celem: już nie chodziło o to, żeby tworzyć dobre strony, ale żeby jak najwięcej stron do nich linkowało. To zniweczyło użyteczność samego wskaźnika.

W idei Pagerank jest coś pięknego, jakaś afirmacja życia: przekonanie, że ludzie, ogólnie rzecz biorąc, potrafią całkiem nieźle ocenić, co jest wartościowe. Serwis Yahoo podszedł do sprawy inaczej – ranking i kategoryzacje stron internetowych tworzyli tam eksperci. Google zaufało „mądrości tłumu” – i słusznie (do czasu), bo gdy powstała zachęta, wszystko wzięło w łeb.

O „mądrości tłumu” dużo się niegdyś mówiło. Zatytułowana tak książka Jamesa Surowieckiego z 2004 roku stała się bestsellerem. Autor rozwijał w niej koncepcję, że ludzie, z grubsza biorąc, dobrze się orientują. Wywodził ją ze słynnego zdarzenia z 1906 roku, kiedy to na jarmarku w Plymouth poproszono 800 osób, aby zgadły wagę tuszy wołowej. Statystyk (i miłośnik eugeniki) Francis Galton zauważył wtedy, że średnio podawana waga 1207 funtów różniła się od rzeczywistej wagi – 1198 funtów – o zaledwie jeden procent.

Okazuje się, że to zjawisko powtarzalne. Przy wystarczająco dużej liczbie osób – laików, specjalistów, ludzi, którzy się zastanowią, i takich, którzy wypalą, co tylko im przyjdzie do głowy – takie zgadywanki dają zaskakująco trafny średni wynik. Co istotne, często trafniejszy od szacunków dokonywanych przez grona złożone z ekspertów.

Koncepcja mądrości tłumu zainspirowała wiele internetowych projektów z pierwszej dekady XXI wieku. Niektóre z nich (Yahoo Answers) były nieudane. Inne (Wikipedia) udały się zadziwiająco dobrze. Ekonomiści oczywiście zauważyli, że „mądrość tłumu” przypomina koncepcję „odkrywania ceny”, wedle której rynki są sposobem na przetwarzanie rozproszonych informacji o zapotrzebowaniu i zdolnościach produkcyjnych w celu generowania sygnałów o tym, co i w jakiej ilości należy produkować.

Ekonomiści od dawna mówią o tym, że rynki „wliczają w cenę” przyszłe wydarzenia. Obecna cena ropy odzwierciedla na przykład nie tylko zmniejszenie podaży w związku z błędną polityką Trumpa na Bliskim Wschodzie, ale także przekonanie „rynków”, że produkcja ropy pozostanie zaburzona przez dłuższy czas. Dodajmy do tego wszelkie przewidywania kupujących i sprzedających co do przyszłości ropy (ucieleśnienie rozproszonej wiedzy o szkodach w infrastrukturze, zdolnościach do jej odtworzenia oraz o intencjach stron) i – dostajemy cenę trafnie odzwierciedlającą rzeczywistą sytuację. Podobno.

Czytaj także Załóż się o czystkę etniczną lub upadek miasta. Jak rynki prognostyczne wrzuciły nas w technologiczną dystopię Paweł Jędral

W przeciwieństwie do sytuacji z algorytmem Pagerank na cenę ropy nie da się wpłynąć (na korzyść jednej ze stron) zalewając system wyssanymi z palca danymi. Aby zmienić cenę, trzeba coś kupić lub sprzedać, a to kosztuje. A ponieważ rynek jest „głęboki” (uczestniczy w nim wiele podmiotów), to kwoty, które trzeba byłoby wpompować w system, aby tę uzgodnioną cenę zmienić, są niewiarygodnie wysokie – wyższe, niż kwota, jaką można byłoby zarobić na samej manipulacji ceną. Zachęty mają znaczenie.

Gdy złożymy w całość „rynki”, „mądrość tłumu” i „zachęty”, wyjdą nam „rynki prognostyczne”. Tworząc rynek, na którym ludzie mogą za prawdziwe pieniądze zakładać się o wyniki przyszłych wydarzeń, odtwarzamy cud zgadywanki Galtona, w której szacowano wagę tuszy wołowej, tyle że teraz zgadywać można wszystko: o ile wzrośnie w tym roku produkcja energii słonecznej w Pakistanie; czy Komisja ds. Transportu w Ontario dokończy w tym roku linię szybkiej kolei Ontario Line; czy jakaś firma biotechnologiczna wprowadzi na rynek szczepionkę na AIDS przed 2040 rokiem.

I tu pojawia się prawo Goodharta. Idea, że rynki takich zakładów wzmacniają mądrość tłumu, ponieważ uczestniczące w nich podmioty „na coś postawiły”, działa tylko wtedy, gdy najtańszym sposobem wygrania zakładu jest mieć rację. Jeśli jednak można wygrać taniej, oszukując – no cóż, zachęty mają znaczenie! – gracze będą oszukiwać.

Rynek prognostyczny potrzebuje „wyroczni” – ostatecznego źródła prawdy o tym, jak się sprawy potoczyły. „O ile wzrosła w tym roku produkcja energii słonecznej w Pakistanie?” może i brzmi jak pytanie czysto empiryczne, ale jeśli wszyscy zakładający się nie pojadą razem do Pakistanu i nie policzą w terenie, ile nowych paneli słonecznych zainstalowano i kiedy dokładnie to zrobiono, muszą przystać na to, że jakaś trzecia strona dokona ostatecznej oceny, a oni jej zaufają. Co oznacza, że najważniejszym czynnikiem na każdym rynku prognostycznym jest jakość takiej wyroczni. Gdyby wyrocznią został Trump, codziennie z uporem utrzymywałby, że Ameryka wygrała już wojnę z Iranem, że jego inauguracja ściągnęła największe tłumy w historii, że każdy przestępca to Somalijczyk itd.

Na wyrocznię trzeba zatem wybrać kogoś skrupulatnego i godnego zaufania. Tyle że ta osoba musi być także odporna na korupcję, inaczej któryś z zakładających się przekupi ją, aby skłamała i sfałszowała wyniki zakładu. Na wyrocznię można wpłynąć – jeśli nie łapówką, to przymusem.

Coś takiego niedawno się zdarzyło. Korespondent wojenny gazety „The Times of Israel” Emanuel Fabian nie wiedział, że służy za wyrocznię zgrai hazardzistów-degeneratów grających na Polymarkecie, dopóki nie opublikował liczącego 150 słów wpisu na blogu, który rozwścieczył uczestników zakładu o 14 milionów dolarów. Tak wysoka była stawka w zakładzie o to, kiedy Iran skutecznie zaatakuje Izrael, przy czym „skutecznie” zdefiniowano jako trafienie pociskiem, który nie został przechwycony. Rutynowe doniesienie Fabiana stwierdzało jedynie, że oto w pewien niezabudowany obszar Jerozolimy uderzył pocisk i że nikt nie został ranny w wyniku tego zdarzenia. Wtedy właśnie odnaleźli go hazardziści-degeneraci.

Najpierw posłali mu zawoalowane groźby, żądając, aby zmienił wersję wydarzeń i napisał, że pocisk został przechwycony, na ziemię zaś spadły jego szczątki. Gdy Fabian treści wpisu nie zmienił, uczestnicy zakładu wytropili jego konta na Whatsappie, Discordzie i X, po czym zaczęli go bombardować coraz poważniejszymi groźbami. Skontaktował się z Fabianem kolega z branży dziennikarskiej i nakłamał mu, że szef nakazał zmianę treści wpisu, choć potem przyznał, że także uczestniczy w zakładzie i że może podzielić się z Fabianem wygraną.

Następnie uczestnik zakładu występujący jako „Haim” wysłał Fabianowi szereg mrożących krew w żyłach pogróżek, między innymi obiecując, że wyda co najmniej 900 tysięcy dolarów (tyle miał przegrać) na opłacenie płatnego zabójcy, który zlikwiduje Fabiana. Groził „przemiłym rodzicom” Fabiana, a także jego „braciom i siostrom”. Fabian dostawał kolejne pogróżki, aż w końcu opublikował tekst o nich, po którym Haim zniknął.

Czytaj także Grenlandia jako ziemia niczyja dla „miast wolności” Adam Sokołowski

W rozmowie z Chariem Warzelem Fabian powiedział, że od tej pory nie jest w stanie informować o przebiegu wydarzeń, bo boi się, że jakiś uczestnik zakładu znów będzie mu groził śmiercią, jeśli nie spodoba mu się to, co napisał.

Niestety to, że dziennikarzom grozi się śmiercią za opisywanie prawdy, nie jest niczym wyjątkowym, a sam Izrael jest dla dziennikarzy najbardziej śmiercionośnym miejscem pracy. IDF zamordowało dotąd co najmniej 274 dziennikarzy.

Tyle że ci dziennikarze zostali zabici z powodów politycznych – komuś ideologicznie zależało na ukryciu prawdy. Fabian mówi zaś o zupełnie nowym i o wiele mniej przewidywalnym zagrożeniu. Mówi mianowicie, że można wkurzyć kogoś, kto źle postawił w zakładzie o wynik dowolnie wybranego wydarzenia i uważa, że może jeszcze wygrać zakład, jeśli tylko uda mu się zastraszyć wyrocznię.

W tekście dla portalu Techdirt Mike Masnick opisuje perwersyjność całej tej sytuacji – oto rynki prognostyczne nie są już sposobem na wydobywanie ukrytych informacji, ale systemem ich fałszowania.

Według Masnicka nie ma dowodów na to, że prawo Goodharta sprawdza się w sytuacji, gdy wskaźnik staje się celem. W takim przypadku uczestnicy mogą „przyłożyć wskaźnikowi pistolet do skroni”. A także – nie każdy dziennikarz jest tak odporny na naciski jak Fabian, co widać na przykładzie jego kolegi po fachu, który był skłonny podzielić się z nim wygraną, gdyby tylko zgodził się skłamać o uderzeniu pocisku. Jest zatem mnóstwo zachęt do publikowania kłamstw – a zachęty mają znaczenie, czyż nie?

Rynki prognostyczne to wielki biznes, mający wielu zwolenników (zachęty). Ci zwolennicy mówią, że korupcja nie jest błędem tej gry, ale jej cechą. Rynki prognostyczne przyciągają bowiem tych, którzy oszukują w zakładach, wygrywając je dzięki swojej insajderskiej wiedzy – nie muszą zgadywać, po prostu wiedzą. A skoro tak, to obserwowanie, jak ludzie obstawiają wyniki zakładów, pozwala wszystkim zorientować się, co się wkrótce wydarzy. Jeśli na przykład wojskowi, którzy właśnie dostali rozkaz uprowadzenia Nicolása Maduro, zaczną obstawiać zakłady o wydarzenia w Wenezueli, będzie to wiarygodnym sygnałem tego, co się za moment stanie.

Nawet jeśli kupimy ten przebiegły argument, nie niweluje on jeszcze bardziej perwersyjnego efektu: że same rynki prognostyczne tworzą zachętę do korumpowania godnych zaufania źródeł informacji – wyroczni, bez których wyroków absolutnie żaden rynek prognostyczny się nie obejdzie.

Tymczasem okazuje się, że Polymarket i Kalshi przewidują źle. Przewidywania dotyczące wyników niedawnych wyborów do Kongresu w drugim okręgu wyborczym stanu Illinois nie tylko okazały się wręcz niewiarygodnie nietrafione, ale także pozwoliły dokładnie prześledzić sumy, którymi posługujące się kryptowalutami grupy wyborcze, tzw. Super PACs, zalewały kampanię wyborczą, podejmując (nieudane) próby przekupienia wyborców. Polymarket i Kalshi same opierają się na kryptowalutach (bo krypto nadaje się jedynie do zakupu innych krypto-rzeczy, prania pieniędzy i robienia zakładów), a ci szaleńcy niemal tyle samo pieniędzy pompują w rynki zakładów, co w same wybory, które próbują sfałszować.

Fun to see how the erroneous predictions line up with how the crypto super PACs were spending.I've spoken before about how Polymarket — despite its PR claims about being more accurate than polls — is often a better signal of what crypto holders WANT to have happen.

Molly White (@molly.wiki) 2026-03-18T02:32:38.546Z

Rynki prognostyczne nie radzą sobie z wytwarzaniem informacji, za to niesamowicie dobrze idzie im wytwarzanie korupcji. Polymarket i Kalshi ostatecznie realizują pozbawioną wszelkich hamulców fantazję o „rynkach zabójstw”, na których stochastycznie zabija się ludzi poprzez stawianie ogromnych sum na to, że dana osoba zostanie zlikwidowana. Ktoś może taki zakład łatwo wygrać, stawiając niewielką sumę na to, że tak się stanie (upatrzony cel zostanie „usunięty”), a następnie samemu eliminując ofiarę. [Ludzie, którzy postawili duże pieniądze na to, że ofiara nie zginie, w ten sposób de facto zlecili i opłacili morderstwo – przyp. red.].

Jednak, jak zauważają Cas Piancey i Mark Toon z Proto, Polymarket i Kalshi dobrze wiedzą, czyjej ręki gryźć nie należy – na obu wprowadzono zakaz zakładania się o śmierć Trumpa (którego synowie dużo zarówno w Polymarkecie, jak i w Kalshi, zainwestowali). Zachęty rzeczywiście się liczą. A tak wyglądają przewidywalne i przewidziane wyniki ich działania na rynkach prognostycznych.

Czytaj także Krzemowa oligarchia. Nie będziesz mieć niczego i będziesz płacić abonament Xavier Woliński

Autorzy książek S-F (Charlie Stross, Ted Chiang, ja sam i inni!) zauważają, że na długo przed pojawieniem się obecnej bańki AI nasze społeczeństwo zdominowały sztuczne formy życia: spółka z ograniczoną odpowiedzialnością to rodzaj „powolnej AI”, nieśmiertelny organizm-kolonia, w którym istoty ludzkie sprowadzone są do roli flory jelitowej.

Każdy, kto miał do czynienia z systemami uczenia maszynowego, wie, że systemy te mają skłonność do oszukiwania w celu łatwego osiągnięcia celu (reward hacking). Robił to na przykład sterowany w ten sposób odkurzacz Roomba, zaprogramowany tak, by poszukiwał najkrótszej trasy po danym pomieszczeniu, unikając zderzenia ze ścianami i meblami. Tyle że czujnik zderzeń zainstalowano z przodu odkurzacza, więc Roomba poruszała się po pomieszczeniu tyłem, co rusz waląc w ściany i meble, żadnego zderzenia jednak nie odnotowując.

Rynki podobnie zachęcają uczestników do „hakowania nagrody”. Wskaźnik staje się celem. Myślisz, że obstawiasz wynik jakiegoś wydarzenia, ale tak naprawdę obstawiasz tylko, co ogłosi wyrocznia.

Nieważne, co rzeczywiście się stało ani w jakiej mierze zdarzenie to podlegało zewnętrznym wpływom lub nie; na wyrocznię zawsze można wpłynąć w ten sposób, że się jej przyłoży pistolet do skroni. A kiedy komuś zależy, by jakiś wskaźnik piął się wysoko w górę, po co ma się dwoić się i troić nad rzeczą, którą ten wskaźnik mierzy, skoro o wiele prościej jest odstrzelić frajera, który podał wynik niewystarczająco wysoki?

**

Cory Doctorow – jeden z najbardziej poczytnych pisarzy science fiction, krytyk nowych technologii, autor wielu książek i esejów. W polskim przekładzie ukazała się m.in. jego powieść Mały Brat i zbiór esejów Kontekst. Eseje o wydajności, kreatywności, rodzicielstwie i polityce w XXI wieku.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie