Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

ETS się zmieni, ale pozostanie ważnym narzędziem polityki klimatycznej Unii Europejskiej

To, co się dzieje w zakresie technologii odnawialnych, magazynów energii, samochodów elektrycznych czy innych rozwiązań związanych z transformacją energetyczną, to nowa rewolucja przemysłowa – mówi dziennikarz.

Rozmowa
Kontekst

🌍 System ETS pozostanie kluczowym narzędziem polityki klimatycznej UE, choć planowane są jego zmiany i większa elastyczność uwzględniająca specyfikę państw.

⚡ Reforma może obejmować m.in. wsparcie dla przemysłu, możliwe ograniczenie cen uprawnień oraz lepsze zarządzanie ich podażą, by zmniejszyć koszty energii.

🚀 Mimo korekt systemu, szybki rozwój technologii energetycznych i presja klimatyczna sprawiają, że UE ma realne szanse osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku.

Serce

1

Jan Ochnio: Jednym z tematów ostatniego szczytu Rady Europejskiej był system handlu emisjami. Nim opowie pan o ustaleniach, które zapadły w Brukseli, zapytam o krótką charakterystykę systemu ETS.

Jakub Wiech: Mówiąc krótko, system handlu emisjami, wprowadzony dyrektywą ETS 2003 roku, ma usprawnić transformację energetyczną Unii Europejskiej, jeżeli chodzi o odchodzenie od paliw kopalnych i przechodzenie na nowe źródła energii.

Ten system działa na zasadzie kija i marchewki. Kijem jest obowiązek wykupywania i umarzania uprawnień do emisji przez poszczególne podmioty – na przykład elektrownie węglowe. Jedno uprawnienie pozwala na emisję 1 tony dwutlenku węgla. Czyli jeśli nasza elektrownia Bełchatów emituje rocznie około 30 milionów ton dwutlenku węgla, to musi kupić 30 milionów uprawnień. Warto zaznaczyć, że uprawnienia mają zmienną cenę. Obecnie to około 60 euro za uprawnienie, czyli de facto na tyle wyceniamy w UE tonę CO2.

System, tak jak mówiłem, ma też część „marchewkową”. Pieniądze ze sprzedaży uprawnień do emisji trafiają do budżetów państw członkowskich i mają być przeznaczane na transformację energetyczną. Polska w ciągu ostatnich kilkunastu lat funkcjonowania systemu ETS zarobiła około 130 miliardów złotych. To dosyć sporo w stosunku do historycznych wydatków, które mamy, jeżeli chodzi o transformację energetyczną, choć te pieniądze niestety rozpłynęły się trochę w naszym budżecie.

Co ustalono na szczycie Rady Europejskiej? Co istotne również z perspektywy polskiej polityki, dyskutowano tam nie o dokręcaniu śruby, ale o luzowaniu systemu.

Rada Europejska w konkluzjach po ostatnim szczycie stwierdziła, że Komisja Europejska musi do lipca tego roku przedstawić projekt reformy ETS.

Jak ten projekt ma wyglądać?

Tak naprawdę nie wiemy, trudno wskazać konkretne regulacje, które miałyby być brane pod uwagę. Komisja Europejska ma pracować z państwami członkowskimi na rzecz ograniczania cen energii. Współpraca z poszczególnymi krajami członkowskimi jest o tyle istotna, że ma się odbywać z uwzględnieniem specyficznych warunków poszczególnych państw członkowskich.

Co to może oznaczać? Dla mnie to uchylenie drzwi na przykład dla Polski, żeby nasza energetyka – cały czas zawęglowiona i najbardziej intensywna emisyjnie w Unii Europejskiej – została łagodniej potraktowana, chociażby jeżeli chodzi o wykorzystanie tak zwanej Rezerwy Stabilności Rynkowej.

Czym jest ta rezerwa i jakim celom służy?

To instrument, który funkcjonuje jak coś w rodzaju rezerw strategicznych ropy naftowej. Rezerwa Stabilności Rynkowej reguluje ceny uprawnień do emisji. Przy odpowiednich zmianach może posłużyć jako źródło uprawnień dla krajów, które mają problemy ze swoją emisyjnością – takich jak Polska. Komisja Europejska prawdopodobnie będzie szła w sukurs państwom, które mają pewną specyfikę, jeżeli chodzi o energetykę, ale też o przemysł. Mowa nie tylko o Polsce, ale też na przykład o Włochach.

Czy to, co wiadomo o planowanych zmianach, to nie jest coś, co już dawno temu powinno znaleźć się na stole negocjacyjnym? Jak chociażby uwzględnienie specyfiki każdego z państw?

To nie jest tak, że tej specyfiki nigdy nie było. Przydziały uprawnień są wyliczone na podstawie emisji historycznych. Jeżeli dane państwo miało wyższe emisje historyczne, miało więcej tych instrumentów. System handlu emisjami był od początku de facto przygotowywany na miarę poszczególnych systemów energetycznych państw członkowskich, tylko że powstawał ponad 20 lat temu. W ciągu prawie ćwierć wieku duża część krajów członkowskich Unii Europejskiej się gwałtownie zdekarbonizowała. Chodzi nie tylko o kraje takie jak Hiszpania czy Niemcy, czyli bogate kraje zachodu Europy, ale też takie państwa jak na przykład Węgry czy Litwa, a więc kraje dawnego bloku wschodniego, często też dawne republiki sowieckie, które miały mniejsze możliwości i później weszły na ścieżkę rozwoju gospodarki rynkowej. Jeżeli chodzi o energetykę, Polska jest węglowym rodzynkiem na mapie Unii Europejskiej.

Ze względu na zawęglowienie naszej gospodarki nie mogliśmy znaleźć zbyt wielu sprzymierzeńców w luzowaniu systemu ETS. Na ostatnim szczycie mieliśmy ich dziewięciu, w tym Włochy, Austrię i Czechy. Ich gospodarki są mniej emisyjne od naszej. Co zatem wpłynęło na zmianę podejścia niektórych członków UE i Komisji Europejskiej?

Moim zdaniem moment był sprzyjający, bo Europa weszła w kolejny kryzys energetyczny, tym razem kryzys związany z wojną w Zatoce Perskiej i cały czas niepewną sytuacją, jeżeli chodzi o dalszy los tego konfliktu. To jest moim zdaniem coś, co wpłynęło na zmianę przede wszystkim postawy Komisji Europejskiej, która jeszcze niedawno była utwierdzona w przekonaniu, że ETS nie będzie zmieniany.

Myślę, że warto tu też rozgraniczyć pewną rzecz. Większość sojuszników Polski w walce o zmianę ETS to kraje, które patrzą przede wszystkim na przemysł. Walka w tym momencie moim zdaniem toczy się przede wszystkim o przemysł, o ulgi dla niego, o inną ścieżkę dekarbonizacji po roku 2030 i zwiększenie podaży bezpłatnych uprawnień dla przemysłu.

I ta walka może skończyć się zmianami radykalnymi? Takimi, które złagodzą krytykę systemu?

Dla mnie radykalną zmianą by było, gdyby pojawiła się propozycja capu cenowego na uprawnienia do emisji, żeby one nie mogły kosztować więcej niż x euro. To byłaby rewolucja i to by dużo zmieniło w tym systemie.

W jaki sposób?

Moim zdaniem ukróciłoby to spekulację, która jest obecna w systemie handlu emisjami z tego względu, że ten obrót został urynkowiony w specyficznej formie. Kiedy mamy, mimo wszystko, względnie ograniczony rynek, to często pojawia się na nim spekulacja. Nałożenie capu cenowego na uprawnienia do emisji byłoby naprawdę czymś rewolucyjnym, podobnie jak wykluczenie instytucji finansowych z handlu uprawnieniami do emisji, bo to by usunęło z obrotu podmioty, które mogą czerpać korzyści z tego, że uprawnienia są drogie. To są zmiany, które w polskim interesie warto byłoby poprzeć.

Komisja Europejska wspomniała o utworzeniu funduszu w wysokości 30 miliardów euro pochodzących ze sprzedaży 400 milionów uprawnień do emisji. Premier Donald Tusk powiedział, że zachowuje ostrożność, póki pieniądze nie znajdą się na stole. Wiemy za sprawą raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2024 roku, że środki ze sprzedaży uprawnień dotychczas nie były wydawane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, czyli na dekarbonizację.

Faktycznie te środki były wydawane często w sposób w ogóle sprzeczny z jakąkolwiek logiką. Można przywołać taki epizod, kiedy ze środków z ETS finansowaliśmy w Polsce… zakup węgla. Tak było w 2022 roku, kiedy wprowadzono embargo na dostawę węgla z Rosji. Na polskim rynku brakowało około 8 mln ton węgla kamiennego dla gospodarstw domowych. Rząd, żeby załagodzić skutki kryzysu, który wywindował ceny do poziomu około 3000 zł za tonę, wprowadził dodatek w wysokości 3000 zł i on był wypłacany ze środków z ETS. W ten sposób wydaliśmy jakieś 11 miliardów złotych z ETS, więc w około 10 proc. tego, co zarobiliśmy w ciągu ostatnich 10 lat.

Czytaj także Klimatyczna dezinformacja i węglowy polexit. Czy możemy zerwać z Zielonym Ładem? Konrad Hałupka

Czy to jest marnotrawstwo? Moim zdaniem tak, bo te pieniądze powinny być przeznaczane na transformację. Ale tak też się działo, bo na przykład ze sprzedaży uprawnień do emisji finansowaliśmy program „Mój prąd”, czyli gigantyczny projekt inwestycyjny, który przyniósł Polsce ponad 20 gigawatów mocy w fotowoltaice. Więc nie wszystkie pieniądze zmarnowano. Większość tak, tylko że to marnowanie odbywało się przy aprobacie Komisji Europejskiej, bo Komisja zatwierdzała raporty z wydatków środków z ETS i nie miała do tego uwag.

Czy według pana teraz może być inaczej?

Myślę, że trudno zmienić przyzwyczajenie władzy, która jest dysponentem dosyć dużych wpływów osiąganych regularnie, a która ma teraz całkiem sporo pieniędzy na transformację energetyczną. Mamy pieniądze z KPO, mamy pieniądze z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, mamy pieniądze ze spółek energetycznych, być może pojawi się kolejny fundusz. Tych źródeł finansowania jest coraz więcej, tymczasem ETS to jest całkiem istotny dochód, bo to zazwyczaj jest około dwudziestu kilku miliardów złotych rocznie. Oczywiście, że jest pokusa, żeby to przeznaczać na różne rzeczy mniej lub bardziej związane z transformacją energetyczną jako taką.

W co według pana Polska powinna zainwestować pozyskane środki?

To jest trudne pytanie. Tak naprawdę można by je zbyć takim ogólnikowym stwierdzeniem, że w transformację energetyczną. Natomiast myślę, że trzeba spojrzeć na to, co zadziałało w Polsce, jeżeli chodzi o wydatkowanie pieniędzy z ETS. Zadziałał przede wszystkim program „Mój prąd”. Sądzę, że to jest dobre rozwiązanie, żeby finansować systemem ETS tego rodzaju przedsięwzięcia, czyli takie, z których mogą skorzystać obywatele.

Tego rodzaju inicjatywy jak „Mój prąd” czy jakaś nowa forma programu „Czyste powietrze”, który w tym momencie jest trupem, a nie programem, to jest dobry sposób na wydawanie tych pieniędzy. Tak samo inwestycje w infrastrukturę elektromobilną, w magazyny energii przydomowe czy przybalkonowe. To są inwestycje, których potrzebujemy, które bardzo szybko mogą przygotować Polskę na przykład do ETS2, który przecież prędzej czy później wejdzie, albo do dyrektywy budynkowej EPBD, która w zasadzie już powinna wchodzić.

Czytaj także Sztuczna inteligencja nie zabierze nam pracy, tylko prąd Piotr Wójcik

Jak proponowane uelastycznienie systemu ETS ma się do polityki klimatycznej Unii Europejskiej? Czy nasz statek dopłynie do portu „neutralność klimatyczna” zgodnie z rozkładem, czyli w 2050 roku?

Moim zdaniem tak, z tego względu, że obecna trajektoria, jeżeli chodzi o rozwój technologii w kontekście polityki klimatycznej, jest ustawiona na wykresie wzrostu wykładniczego i to, co się dzieje teraz na świecie w zakresie technologii odnawialnych, magazynów energii, samochodów elektrycznych czy innych rozwiązań związanych z transformacją energetyczną, to jest coś absolutnie niesamowitego. To jest nowa rewolucja przemysłowa.

Myślę, że jej skutki są cały czas nie do wyobrażenia nawet dla wielu ekspertów zajmujących się tym zagadnieniem, bo zmieniamy bardzo dużo w naszym paradygmacie gospodarczym. Ta zmiana postępuje też bardzo szybko, znacznie szybciej niż pierwsza rewolucja przemysłowa. Jestem optymistą, jeżeli chodzi o neutralność klimatyczną w roku 2050, przynajmniej jeżeli chodzi o Unię Europejską, ale też generalnie coraz bardziej staję się optymistą, jeżeli mówimy o innych państwach świata.

Skąd ten optymizm, poza rozwojem technologii? Są jakieś wyraźne sygnały obrania dobrego kierunku?

Myślę, że z racji postępującej zmiany klimatu, która będzie odbijać się negatywnie na światowej gospodarce, na życiu ludzkim, jako gatunek po prostu poczujemy większą presję, żeby te zmiany dokonywać. Sam ETS jako narzędzie odegra w tym dużą rolę, już zresztą odegrał. Mimo że do 2019 roku, czyli przez 14 lat funkcjonowania ETS, ceny uprawnień były bardzo niskie, wahały się od kilku do kilkunastu euro za tonę, system doprowadził do ograniczenia emisji w sektorach nim objętych o 47 proc. To jest dobry wynik. Zobaczymy, jak będzie wyglądać poluzowanie czy korekta ETS, jednak jeżeli chodzi o globalną gospodarkę, to nie powstrzyma tych tendencji, które już widzimy.

**
Jan Ochnio – geograf, klimatolog, dziennikarz, współzałożyciel i zastępca redaktora naczelnego niezależnego lokalnego portalu zpruszkowa.pl

Jakub Wiech – dziennikarz, prawnik, analityk, autor podcastu Elektryfikacja oraz książki Energetyka po prostu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie