Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Niemcy działają nieraz koszmarnie wolno, ale teraz ten smok się naprawdę budzi

Po dwóch tysiącach lat doświadczeń wojennych w Europie możemy wreszcie tworzyć potęgę jako całość, a nie przeciwko sobie – mówi niemiecki dziennikarz, współtwórca medium śledczego CORRECTIV.

Niemieccy żołnierze składają przysięgę. Rozmowa
Kontekst

🐢 Niemiecka polityka długo łączyła dwa nurty – transatlantycki (proeuropejski i wolnorynkowy) oraz eurazjatycki (nastawiony na współpracę z Rosją) – co doprowadziło do uzależnienia od rosyjskich surowców.

⚡ Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę ten „wielki kompromis” się załamał, a Niemcy coraz wyraźniej stawiają na silną Europę, zbrojenia i uniezależnienie od Rosji.

🐉 Mimo biurokratycznej powolności Niemcy zaczynają się mobilizować – inwestują w armię, infrastrukturę i współpracę europejską, co autor opisuje jako „budzenie się smoka”.

Celnie!

1

Michał Sutowski: W Polsce podejrzewamy – i to nie tylko ci, co głosują na Kaczyńskiego – że jak tylko nadarzy się okazja, to Niemcy powrócą do dawnego status quo z Rosją: będziecie handlować, układać się z nimi ponad głowami tych, co pomiędzy, może nawet broń im będziecie sprzedawać. To jak, będziecie?

David Schraven: Wielkie pytanie, to i długa odpowiedź, więc po kolei. W niemieckiej polityce zagranicznej od dawna mamy dwie główne tendencje. Pierwszą nazwałbym, w uproszczeniu, transatlantycką. Dla niej kluczowy jest handel artykułami przemysłowymi: Niemcy produkują więcej niż mogą same zużyć, muszą więc eksportować – do sąsiadów, ale i poza kontynent. Ten nurt opowiada się za wolnym handlem, przeciwko cłom, odcinaniu się od świata…

Czyli to tzw. globaliści?

Niekoniecznie, choć bez tego trudno wyobrazić sobie orientację globalizacyjną. Sednem jest jednak idea liberalna, szczególnie silna w centrach przemysłowych zachodu Niemiec. A to dlatego, że przemysł tam skupiony żyje z eksportu: dlatego jest siłą napędową dla integracji europejskiej, powstania strefy euro. Politycznie wyrazicielem tego nurtu był przede wszystkim Konrad Adenauer ze swoją wizją związania RFN z Zachodem, w tym Stanami Zjednoczonymi. To był oczywiście najważniejszy partner, acz sednem jego podejścia było to, żebyśmy mogli handlować z całym światem.

To jedna opcja, a druga?

Z drugiej strony mamy nurt eurazjatycki: historycznie chodziło w nim o zabezpieczenie rynku, lokalne źródła zaopatrzenia i ochronę własnej produkcji przed konkurencją. Do tego potrzeba oczywiście własnej waluty i ceł. A źródła tego sięgają czasów Cesarstwa i polityki Bismarcka: przede wszystkim klasy pruskich właścicieli ziemskich i ludzi pracujących na roli. W ich interesie był handel z Rosją i stąd to sięgające czasów Fryderyka Wielkiego podejście, że z nimi trzeba się zawsze jakoś ułożyć. To jest pewna stała polityki, podtrzymywana dzięki ideom, ale też stowarzyszeniom politycznym i lobbingowym, pielęgnowanym kontaktom, no i tradycji wymiany handlowej.

Czytaj także Niemcy mają ostatnią szansę, by głęboko się zreformować [rozmowa] Michał Sutowski

Ponad głowami tych, co pomiędzy?

Dokładnie, w ramach tego „eurazjatyckiego” nurtu polityki niemieckiej Polska najlepiej jakby została jakoś podzielona, jako niepotrzebna, zaś z Rosją zawarto porozumienie. Z kolei w nurcie transatlantyckim takie zneutralizowanie Polski jest bez sensu, bo jest ona potrzebna jako partner handlowy i siła przemysłowa.

Tylko ja z opowieścią o dwóch nurtach mam ten kłopot, że na handlu z Rosją korzystali nie tylko pruscy junkrzy, ale też niemiecki przemysł. Kiedyś budowaliście Rosji koleje i fabryki, a potem wasza chemia czy produkcja maszyn bazowała na rosyjskich surowcach. No i eurazjatystom też nie chodzi o zamknięcie rynku czy autarkię – skoro z Rosją się handluje…

Chodzi o ochronę wobec strefy atlantyckiej: Rosja nie konkurowała przecież towarami przemysłowymi z naszą produkcją, pod tym względem nadaje się tylko na rynek zbytu. Natomiast co do źródeł energii to owszem, było tak, że niemiecki przemysł korzystał długo z taniego gazu i ropy naftowej, dzięki czemu produkował taniej na eksport – ale to wszystko w warunkach zimnej wojny z Sowietami. Natomiast po zjednoczeniu Niemiec i wraz z postępującą integracją europejską niemiecki przemysł, który zawsze stał twardo za opcją transatlantycką, doszedł do wniosku, że mamy szansę na wielki kompromis. Dotąd mieliśmy dwa wielkie nurty, a teraz uczyńmy z niego jeden. Bo skoro rozpadł się wrogi blok geopolityczny, a Europa się jednoczy, to stwórzmy nowy konsensus niemieckiej polityki zagranicznej: porozumienie z Rosją to warunek sukcesu naszej gospodarki eksportowej; bierzemy od nich energię, a reszcie świata sprzedajemy nasze towary przemysłowe.

Ale dlaczego mówimy o tym nowym kompromisie dopiero po zjednoczeniu? Przecież umów „rury za gaz”, gdzie Niemcy budowali radziecką infrastrukturę do wydobycia i przesyłu surowca z zachodniej Syberii, nie wymyślono w latach 90., tylko ćwierć wieku wcześniej.  

Zgadza się, ale za tymi umowami stała jednak zasadnicza polityka orientacji na Zachód. Była Ostpolitik, ale była też tzw. podwójna decyzja NATO: negocjujemy rozbrojenie z ZSRR, ale jeśli oni nie wycofają rakiet SS-20 z Europy Wschodniej, to my zainstalujemy u siebie amerykańskie Pershingi. Były protesty społeczne, upadł przez to rząd Helmuta Schmidta – ale jego następca, Kohl, kontynuował jego podejście. A jeśli chodzi o gaz, to oczywiście, że go kupowaliśmy, ale ZSRR był tylko jednym z kontrahentów. Już bardziej uzależnieni byliśmy od dostaw gazu z Holandii.

Czytaj także Świat się wali, a Scholz się uśmiecha i udaje, że nic się nie dzieje [rozmowa] Michał Sutowski

Czyli Schröder i Merkel zerwali ciągłość, a nie po prostu kontynuowali starą niemiecką politykę?

Tak, bo za ich czasów granica między tamtymi dwoma nurtami się zatarła. Odtąd interes podtrzymywania eksportu w ramach UE i wobec reszty świata oraz budowania Eurazji traktowano jako spójne. Zależność od Rosji to nie problem, jest przecież wzajemna, więc świadomie wchodzimy w układ, w którym połowa energii pochodzi od jednego dostawcy, to tylko napędzi wzajemną integrację. I dodawano do tego otoczkę „zmiany poprzez handel”. Coś jak w latach 70., gdy to się nazywało „zmiana poprzez zbliżenie”, tyle że wtedy nie byliśmy jeszcze uzależnieni. Nie byłem fanem również i tamtej polityki, ale to jednak było coś innego: później wyszła z tego karykatura. Idea na wierzchu to Wandel durch Handel, a pod spodem rosnące uzależnienie.

Mimo ostrzeżeń płynących od sąsiadów.

Tak, niemal wszystkie istotne kraje europejskie wskazywały, że nie powinniśmy budować Gazociągu Północnego. Niemcy wykorzystały jednak pozycję władzy i narzuciły ten swój kompromis pozostałym. Także z arogancji wobec Polski, Czech czy Ukrainy. A ona z kolei wynika z czegoś, co mamy słabo przepracowane…

To znaczy?

Niemcy były mocarstwem kolonialnym. Lewica zwraca na to uwagę, ale skupia się przede wszystkim na Afryce – w dzisiejszej Tanzanii, Namibii, Kamerunie czy Togo. Byliśmy tam przez około 30 lat, co wystarczyło do popełnienia zbrodni ludobójstwa, jak w przypadku Herero i Nama w Afryce Południowo-Zachodniej, ale to wszystko działo się jednak daleko od głównego nurtu niemieckiej historii. Za to przez 400 lat kolonizowaliśmy wschód, aż do II wojny światowej.

Faktycznie, w zwrotkach waszego hymnu, których już nie śpiewacie, sięgaliście od Mozy na zachodzie aż po Niemen na wschodzie…

Co najmniej. I z tą częścią historii kolonialnej nigdy się w Niemczech nie zmierzyliśmy. Za tę afrykańską miło jest mieć poczucie winy – ileż zła wyrządziliśmy w Namibii – bo ona nie gra wielkiej roli. Ale co robiliśmy w Polsce, w krajach bałtyckich, w Ukrainie, to się po prostu ignoruje. Nie tylko w czasie II wojny światowej, bo chodzi też o zabór ziem, politykę osiedleńczą, itd. Tymczasem rozliczenie z tym, co robiliśmy na wschodzie, redukuje się w dużej mierze do zbrodni z czasów II wojny światowej na terenach byłego Związku Radzieckiego, na dokładkę zrównywanego z Rosją. No i tak wyglądają te puzzle, które składają się na kwestię: czy Niemcy zechcą się znów z nią dogadać.

To zechcą?

Ten wielki kompromis, trwający od lat 90. do pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, się załamał. Opcja transatlantycka mówi dziś wyraźnie: naszą przyszłością i naszą ojczyzną jest silna Europa.

Czytaj także Gdy władzę przejmie AfD, Niemcy staną się zagrożeniem dla Europy Michał Sutowski rozmawia z Roderichem Kiesewetterem

Tylko że opcji transatlantyckiej potrzebna jest druga strona Atlantyku. A administracja Trumpa ma chyba inny pomysł na Europę niż Amerykanie kiedyś…

Ale jak już mówiłem, to jest tak naprawdę drugorzędne. Dobrze jest mieć USA po swej stronie, ale istotą tego nurtu w polityce niemieckiej jest wolny handel, sprzeciw wobec ceł, orientacja na eksport, myślenie liberalne i demokracja jako pożądany ustrój, bo tylko dzięki nim taka gospodarka może rozkwitać. Dziś te idee manifestują się poprzez Europę i poprzez myślenie o sojuszach na zewnątrz, o porozumieniach handlowych z Ameryką Łacińską i próbach dogadania się z Chinami. Obecnie przemysł niemiecki jest na to właśnie zorientowany.

Debaty w Bundestagu, ale i niemiecki internet nie wskazują, żeby „globalne Niemcy w silnej Europie” to był jakiś konsensus…

Jasne, jest i druga strona, która przecież trwała i dobrze się miała przez te 30 lat panowania naszego „wielkiego kompromisu”. Po stronie idei eurazjatyckiej mamy dużą część wschodnich Niemiec, partię Sahry Wagenknecht, Die Linke i AfD. Szczątkowo też bawarskie zrzeszenia rolników czy przetwórców drewna – jedni boją się napływu ukraińskiego zboża po integracji z UE, a drudzy chcieliby mieć znów dostęp do taniego surowca z Rosji. Ale lewą i prawą stronę, właśnie poza tą eurazjatycką tradycją, tak naprawdę bardzo niewiele łączy. Bo to nie jest program polityczny, nawet nie wspólna ideologia, tylko jakaś romantyka, tęsknota za czymś innym, zdrowszym, co wiąże się z wyobrażeniem ojczyzny, Heimatu jako odgrodzonej od innych przestrzeni. I oczywiście resentyment: antyamerykański, ale też antypolski.

Czytaj także Niemcy właśnie spadają z płotu, na którym siedziały okrakiem przez kilkadziesiąt lat [rozmowa] Michał Sutowski

AfD jest faktycznie rewizjonistyczna, jeśli chodzi np. o historię. Ale w przypadku lewicy, jak rozumiem, chodzi o to, że są antypolscy pośrednio, bo prorosyjscy?

Nie tylko pośrednio, również wprost. Kiedy Polska wysuwała argumenty z bezpieczeństwa w sprawie Gazociągu Północnego, to z lewej strony słychać było, że chodzi tu tylko o pieniądze. Że Polakom zależy na tranzycie, że chcą na nim zarobić, a my chcemy się Rosją porozumieć, żeby działały w Niemczech fabryki i nie ubywało miejsc pracy.

Kiedy kończy się ten cały „wielki kompromis”? Wraz z pełnoskalową inwazją na Ukrainę i przemówieniem Scholza?

To był pierwszy przełom, jego słowa o Zeitenwende. Wtedy ludzie, którzy mieli do Rosji od dawna krytyczny stosunek, którzy widzieli, że to jest mafia zorganizowana w państwo – oni poczuli, że ten kompromis zaczyna się kruszyć, że decydenci zaczynają rozumieć, z czym mają do czynienia. Tyle że dla swojej nowej linii Scholz nie był w stanie pozyskać dostatecznej większości we własnej partii – miał w szeregach tych wszystkich Stegnerów i Mützenichów, więc SPD nie mogła Zeitenwende udźwignąć. I chyba dopiero przemówienie J.D. Vance’a na monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa na tydzień przed zeszłorocznymi wyborami do Bundestagu przyniosło generalne otrzeźwienie. I pytanie: jak zdefiniować na nowo opcję transatlantycką.

To dobrze, że Europa i Niemcy trzeźwiej niż dotąd myślą o swoim bezpieczeństwie i potrzebie wspólnego działania. Tyle że wojna w Ukrainie wciąż trwa, a Amerykanie nie garną się, by Zełenskiemu pomagać. A sprawdzianem dla tej całej „opcji transatlantyckiej“ w Niemczech i Europie będzie tak naprawdę to, czy Rosja może przegrać, a Ukraina utrzymać niepodległość i więzi z Zachodem.

Jeśli Europa podejmie decyzję, by się zbroić – a już to robi – i jeśli Ukraina otrzyma środki pieniężne pochodzące z rosyjskich aktywów, to wówczas Rosja może tylko przegrać. Logistycznie możemy to udźwignąć, pozostaje kwestia decyzji politycznej. Europejczycy wiedzą już, że na Ameryce nie możemy bezwzględnie polegać, po prostu nie wiemy, jak oni się zachowają. Ale po dwóch tysiącach lat doświadczeń wojennych w Europie możemy wreszcie tworzyć potęgę jako całość, a nie przeciwko sobie.

A zbrojenia będą Europę łączyć czy raczej dzielić? No i czy przemysł zbrojeniowy musi być zawsze antyrosyjski? Rheinmetall przez wiele lat budował poligon dla armii Putina…

Gwarancji na zawsze nikt nam w tej sprawie nie da, ale spójrzmy, co się dzieje obecnie. Od czasu załamania „wielkiego kompromisu” niemiecki przemysł zbrojeniowy jest wyraźnie po stronie transatlantyckiej, a swoją przyszłość widzi w wolnym handlu. Ich celem jest przecież stać jednym z pięciu największych producentów broni na świecie, a to wiąże się przecież z rozwojem produkcji także za granicą. Budują fabryki na Litwie i w Rumunii, a kolejne planują na Łotwie, w Bułgarii i w Ukrainie.

Ale nawet udana ekspansja waszej zbrojeniówki jeszcze nie przesądza o integracji europejskiej…

Przemysł zbrojeniowy jest zdany na jedność Europejczyków – jak się Unia Europejska rozleci, to i zbrojenia będą skazane na niepowodzenie. Ten rynek jest europejski, małe kraje są po prostu na to za małe. Poza tym spójrzmy, jak zorganizowana jest zachodnia zbrojeniówka: to coś na kształt przemysłu hutniczego i wydobywczego w czasach Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Firmy francuskie i niemieckie są ściśle powiązane, łańcuchy podwykonawców i dostawców też, a więc i ich lobbing orientuje się na Unię Europejską i jej fundusze.

A co do stosunku do Rosji, to pamiętajmy, że Ukraina ma dużo więcej do zaoferowania: doświadczenie prowadzenia realnej wojny. Teoretycy muszą korzystać z wiedzy praktyków… Dobrze widać to na przykładzie współpracy przy dronach i systemach obrony przeciwko nim: coraz więcej jest współpracy ponadnarodowej, ale i transferów know-how, także np. z Duńczykami. To wszystko nie prowadzi do renacjonalizacji, lecz przeciwnie – do zacieśnienia współpracy w Europie.

Że Niemcy potrafią produkować broń, to wiemy. Ale co z jej użyciem? Bo w Polsce Bundeswehra jest obiektem memów i anegdot: helikoptery nie latają, łodzie podwodne nie zanurzają się, żołnierze po 35 godzinach pracy w tygodniu mają fajrant, a nadgodziny odbierają wolnym. To nie jest – przynajmniej w karykaturze – reklama „Europy silnej, zwartej i gotowej” …

Owszem, Bundeswehra dzisiaj ledwie potrafi sobie zawiązać sznurówki. A mówiąc poważniej, to przede wszystkim brakuje nam podoficerów: nawet jak wcielimy więcej żołnierzy, to będą biegać bez sensu po poligonie, bo nie ma kto nimi dowodzić. Żeby tworzyć nowe jednostki, musimy tę kadrę najpierw wykształcić, a to potrwa co najmniej 2-3 lata. Mamy trochę dobrze wyszkolonych oddziałów w gotowości bojowej, ale to za mało, żeby na tej bazie budować armię masową. A druga kwestia, to gotowość społeczeństwa do obrony. Nurt eurazjatycki, o którym mówimy, stara się podważać – zwłaszcza do młodych kieruje hasła w stylu: nie będziemy ginąć na waszych wojnach, nigdy więcej wojny z Rosją…

Mimo wszystko da się zrozumieć, dlaczego to jest nośne. Potężna armia niemiecka historycznie źle się kojarzy…

Dlatego trzeba to opowiadać w kontekście europejskim, zresztą robimy to. I przynajmniej na zachodzie Niemiec ta narracja – że to Europa musi być zdolna do obrony, że nie może zdawać się na Amerykanów – dociera do ludzi. Na wschodzie eurazjatyści są niestety wpływowi…

Do naszej sytuacji dobrze pasuje metafora smoka – po setkach lat wojen, zwłaszcza dwóch światowych, kazaliśmy mu spać w jaskini, daliśmy złoto, żeby się czymś zajął i przysypaliśmy wejście kamieniami. Ale przemówienie Vance’a w Monachium uświadomiło nam, że trzeba smoka wybudzić ze snu. A potem sposób potraktowania Zełenskiego w Białym Domu i cały sposób prowadzenia tzw. negocjacji z Putinem.

Pierwszy dzwonek budzika to setki miliardów euro na zbrojenia i na infrastrukturę, które Niemcy planują wydać w kolejnych latach. Na amunicję, czołgi, drony, satelity i rakiety przeciwlotnicze, ale też na sypiące się dzisiaj drogi i mosty, po których te czołgi będą mogły przejechać. I to się już dzieje, bo w każdej gminie w Niemczech powstają gremia, które analizują lokalne potrzeby inwestycyjne związane z obronnością, od przejezdnych dróg i kanałów przez zabezpieczenie energetyki aż po schrony. Równocześnie, niejako od drugiej strony, rozmawiamy też z Francuzami o parasolu nuklearnym – tak, żebyśmy nie byli uzależnieni od głowic, do których kody i tak mają Amerykanie…

To wszystko niby robi wrażenie, ale jak budowaliście lotnisko pod Berlinem, to miało to trwać 5 lat, a otworzyliście je po 14…

To wszystko prawda, Niemcy jako państwo działają nieraz koszmarnie wolno. Ale ten smok się teraz naprawdę budzi: fabryki, w których produkowaliśmy samochody, będą produkować czołgi. Mamy przygotowany tzw. Operationsplan Deutschland – od 2024, w tym roku będzie kolejna wersja – który reguluje, częściowo jawnie, a częściowo tajnie, szczegóły współpracy między wojskiem a służbami cywilnymi i obywatelami na wypadek różnych kryzysów, z wojną włącznie. Którędy i dokąd jadą sojusznicy, a gdzie ranni, dokąd ewakuować ludność i którędy wysłać paliwo na linię frontu… To wszystko dzieje się w ramach administracji, instytucji państwowych, ale też poprzez różne zrzeszenia, stowarzyszenia, związki zawodowe; wszędzie tam rośnie świadomość tego, co to znaczy być zdolnym do obrony.

Rozumiem, że przyspieszeniu tego procesu mają służyć nowe reguły zamówień publicznych? Twoje medium, czyli CORRECTIV, opublikowało pod koniec zeszłego roku artykuł na temat masowych zakupów różnych systemów uzbrojenia przez niemieckie państwo bez tradycyjnego postępowania przetargowego. To jest dobry pomysł?

Chodzi o to, żeby usunąć choć część barier biurokratycznych. Jasne, po drodze zostanie zmarnowana część pieniędzy, to bez dwóch zdań. Ale takie przyspieszenie jest po prostu konieczne. Przykładowo: jeśli chcemy powiększyć Bundeswehrę, to ci ludzie muszą mieć, gdzie spać. A zatem trzeba zbudować koszary. Jeśli będziemy ściśle trzymać się obecnych niemieckich reguł zamówień publicznych, prawa budowlanego, środowiskowego, etc., to będziemy te koszary budowali 15 lat. Trzeba je zbudować prędzej, a potem można się przyjrzeć, czy ktoś przy okazji nie zrobił jakiegoś przekrętu.

Wasze społeczeństwo przeciwko zbrojeniom protestuje.

I bardzo dobrze, na tym też polega debata publiczna, dzięki niej możemy decydować świadomie jako społeczeństwo. Możemy rozmawiać o swoich emocjach: czy moje dziecko pójdzie na wojnę? Co to właściwie znaczy, że jesteśmy zdolni do obrony? Ale czasem decyzje polityczne podejmuje się wbrew protestującym.

O to, czy można prowadzić zupełnie nową politykę bez rozrachunku z tą starą, historycy i intelektualiści spierają się od dawna. Inaczej mówiąc: czy można po prostu „wybrać przyszłość”, a najnowszą historię polityczną zostawić historykom, czy też trzeba dokonać rozliczeń? Pytam o to w kontekście bestsellera Katii Gloger i Georga Mascolo Das Versagen, czyli „porażka”: książki o błędach i wypaczeniach niemieckiej polityki wschodniej. Mówiąc wprost: czy ktoś będzie rozliczał Angelę Merkel, Sigmara Gabriela czy prezydenta Steinmeiera z ich postępowania przez ostatnie ćwierć wieku?

Już wiosną 2022 roku b. sekretarz generalny CDU Ruprecht Polenz zgłosił pomysł powołania parlamentarnej komisji, która miałaby przebadać okoliczności polityki wobec Rosji, ale do dzisiaj nic takiego nie powstało. Moim zdaniem dlatego, że w tej sprawie panował zasadniczy konsensus polityczny. To nie takie proste jak przy rozliczeniach np. z okresem NRD, gdzie łatwo wskazać jakiegoś winnego, np. oficerów Stasi czy towarzyszy z kierownictwa Socjalistycznej Partii Jedności. Tutaj trzeba by piętnować kolegów, koalicjantów, sojuszników politycznych, do których latami nie docierały żadne argumenty. Dlatego nie wierzę, żeby do takiego rozliczenia na poważnie doszło. Choć mam nadzieję, że jeśli kiedyś uzyskamy dostęp do archiwów rosyjskich służb, to przynajmniej dowiemy się, kogo konkretnie udało im się zwerbować, zastraszyć czy skorumpować.

Ale to rzeczywiście da się sprowadzić do agentury i przekupstwa? W warunkach powszechnej akceptacji społecznej pozytywny stosunek do Rosji wielu traktowało pewnie jako zgodny z interesem Niemiec. O ideologiczne uzasadnienia też u was nietrudno…

Nawet jeśli, to z doświadczenia wspomnianej już Stasi wiemy, że nawet gdy ideologia się zgadzała i wynagrodzenie też, to zawsze starano się o jakiś materiał kompromitujący. To naprawdę nie jest przypadek, że niektórzy ludzie pracujący latami w Rosji wracali stamtąd absolutnie przekonani, że to jest mafia zorganizowana jak państwo i że należy trzymać się od nich z daleka – a innym takie doświadczenie w niczym nie przeszkadzało.

Jaką rolę widzisz dla Correctiv w obecnych warunkach?

Oświecenie. Musimy ujawniać, co się dzieje. Jak na nas wpływają. Tłumaczyć ludziom, co się tam dzieje na miejscu. Przed czym musimy się bronić, a więc czym właściwie jest Rosja. Że to barbarzyńskie państwo, które buduje neogułag, gdzie zbrodnie wojenne są czymś zupełnie normalnym, podobnie jak zbrodnie na własnych obywatelach. Naprawdę mało kto o tym u nas wie. Ludzie uważają, że nie ma tragedii. Tyle że jest. Do jest kres naszej cywilizacji i dlatego musimy się bronić. I wyjaśniać, dlaczego. Dlatego będziemy docierać do gułagów, zbierać relacje torturowanych, ale też szukać dokumentów, które wskażą, jak oni oddziałują na nas. Na tym polega nasza praca.

**

David Schraven – współtwórca niemieckiego medium śledczego CORRECTIV, były dziennikarz „taz” oraz „Süddeutsche Zeitung”, laureat licznych nagród dziennikarskich m. in. za materiały śledcze i reporterskie o misjach Bundeswehry w Afganistanie, prawicowym terroryzmie w Niemczech, a także zestrzeleniu samolotu MH17 przez separatystów we wschodniej Ukrainie.

Materiał powstał w ramach stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie