Po tym, jak SpaceX wyłączył niezweryfikowane terminale Starlink, z których korzystali Rosjanie na okupowanych terenach Ukrainy i na froncie, kolejny cios w łączność rosyjskich wojsk wymierzył nieoczekiwanie Kreml. Rosyjski urząd kontroli komunikacji, który faktycznie pełni rolę cenzora, czyli Roskomnadzor, w lutym zaczął blokować transfer danych w Telegramie. To kolejne ograniczenie po tym, jak jeszcze w tamtym roku zablokowano możliwość połączeń wideo.
Relacja Telegrama i jego twórcy Pawła Durowa z rosyjskimi władzami jest długa i burzliwa. Już raz Kreml próbował zablokować komunikator po tym, jak Durow odmówił dzielenia się danymi z rosyjskimi służbami. Rosyjskie władze okazały się jednak niegotowe technologicznie do blokowania Telegrama i po paru latach utrzymywania blokady, która była fikcją – podróżowałam akurat na Syberię wiosną 2018 roku, kiedy blokadę wprowadzano i potwierdzam, że komunikator działał, w wyniku blokady padło za to wiele innych stron i serwisów – władze odpuściły.
W międzyczasie funkcjonalność Telegramu (którą też potwierdzam) sprawiła, że stał się najważniejszym narzędziem cyfrowej komunikacji w Rosji, gdzie swoje kanały prowadzili właściwie wszyscy – firmy, władze (wystarczy wspomnieć, że swoje chamskie pogróżki były prezydent Dmitrij Miedwiediew publikuje właśnie w Telegramie), opozycjoniści, media propagandowe i media niezależne.
Z komunikatora nauczyły się też korzystać rosyjskie służby, które wykorzystywały go do inwigilacji i prowokacji. Od 2022 roku kanały w Telegramie stały się główną platformą dla tzw. Z-blogerów, czyli prowojennie nastawionych aktywistów. Ich konta mają (miały) po kilkaset tysięcy obserwujących, a to przekłada się na możliwości monetyzacji, nie tylko przez reklamę, ale także przez ogłaszane w tych kanałach zbiórki na rzecz armii.
W tym samym międzyczasie relacje Durowa z Kremlem zaczęły się ocieplać, dziennikarze niezależnego portalu Ważnyje Istorii ustalili, że biznesmen, który wyjechał z Rosji po wrogim przejęciu przez ludzi Putina jego pierwszej firmy – platformy społecznościowe Vkontakte – i od wielu lat mieszkał w Dubaju, regularnie odwiedzał Rosję i spotykał się z przedstawicielami władz. Wygląda wiec na to, że Durow wykazywał dobrą wolę i chęć współpracy, ale na Kremlu zdecydowano się na inne rozwiązanie.
Zamiast polegać na mimo wszystko niekontrolowalnym zasobie należącym do Durowa, rosyjskie władze powołały do życia oficjalny państwowy komunikator o nazwie Max i wszelkimi dostępnymi sposobami zaganiają tam użytkowników. Te sposoby to nakaz dla wszelkich instytucji państwowych, np. szkół, by komunikację prowadziły wyłącznie przez Max i zakazy, czyli blokady działania konkurencyjnych narzędzi, takich jak Whatsapp, Telegram czy Facetime.
Wojna na użytek wewnętrzny
Tajemnicą poliszynela jest, że rosyjscy żołnierze na froncie używają Telegramu jako podstawowego narzędzia łączności. W połączeniu z amerykańskimi Starlinkami Telegram tworzył bazę komunikacyjną rosyjskiego zgrupowania, co samo w sobie jest godne odnotowania jako pewien fenomen tej wojny. Rosja w końcu zawsze przedstawiała siebie jako lidera technologii zbrojeniowych, ale jej armia na froncie nie korzysta z rodzimych, państwowych technologii, a z usług dwóch prywatnych, nierosyjskich firm.
Pozostaje pytanie, dlaczego Kreml zdecydował się na blokadę Telegrama, wiedząc przecież, że korzysta z niego armia? Ten ruch dobrze pokazuje, jakie są priorytety Putina i jego ludzi. Zabezpieczenie tyłów, czyli kontrola komunikacji w samej Rosji jest dla nich istotniejsza niż efektywna łączność na froncie. W końcu armia sobie jakoś poradzi, znajdzie zastępstwo dla Telegrama, najwyżej przez jakiś czas będzie im trudniej, zginie więcej ludzi.
Na Kremlu chyba nikt już nie ma złudzeń, że wojna jest do wygrania i że postępy Rosjan na froncie mogłyby być jakoś znacząco szybsze. Wojna z jednej strony warunkuje rosyjską politykę, jej tendencję do faszyzacji i budowania ustroju totalitarnego, co przejawia się choćby w chęci totalnej kontroli komunikacji. Ale z drugiej strony, ta faktyczna wojna, czyli działania na froncie przeistoczyły się w pewien stały element, proces, który toczy się w tle i nie ma większego znaczenia, czy przy kolejnym szturmie jakiejś niewielkiej ukraińskiej miejscowości zginie 100 czy 1000 rosyjskich żołnierzy, czy zajmie on rok czy dwa.
Z perspektywy putinowskich władz nie ma więc sensu się za bardzo tym przejmować, wojna i tak będzie trwała, z Telegramem czy bez. Jednak po fali oburzenia, która przetoczyła się przez środowiska Z-patriotów, rosyjskie władze ogłosiły, że nie będą blokować Telegrama w tzw. „strefie prowadzenia specjalnej operacji”, czyli na froncie w Ukrainie. Możliwe, że to tylko gra na czas, która ma zneutralizować negatywne reakcje zwłaszcza dość lojalnych środiwisk prowojennych. B na dniach znany z kontaktów w aparacie siłowym rosyjski serwi Baza puścił informację, że Telegram będzie blokowany całkowicie od początku kwietnia. W tym samym czasie w kwestiach komunikacji rosyjska duma poszła jeszcze dalej i zdecydowała, że FSB będzie mieć wolną rękę w blokowaniu łączności w dowolnym miejscu i czasie, niezależnie od tego, czy jest jakieś zagrożenie (np. atakiem dronowym) czy nie.
Z problemów z łącznością wroga korzysta na razie ukraińska armia, która w obwodzie zaporoskim prowadzi intensywne kontruderzenia po rosyjskich pozycjach. Operacja jest jednak prowadzona w reżimie ciszy informacyjnej, więc na razie na jej temat jest więcej informacyjnego szumu niż rzetelnych informacji. Trzeba poczekać na więcej wieści.
Skuteczność ukraińskich dronów szokuje NATO
Możliwe, że trafiliście ostatnio w mediach na relację ze wspólnych ukraińsko-natowskich manewrów Hedgehog-2025, które odbywały się w ubiegłym roku w Estonii. Brali w nich udział ukraińscy operatorzy dronów z doświadczeniem frontowym. I co się okazało? Kilkutysięczna estońsko-brytyjska grupa bojowa została w całości – oczywiście na poziomie symulacji – rozbita przez niewielką grupę dronową, przy o połowę mniejszej gęstości dronów niż to ma miejsce obecnie na froncie w Ukrainie.
Dla natowskich dowódców wnioski są szokujące. Pole walki, tak jak je sobie wyobrażali i planowali, po prostu nie istnieje w sytuacji, kiedy drony zapewniają pełna przejrzystość. A Ukraińcy podkreślają, że żołnierze, których wysłali na te manewry, pochodzą z różnych jednostek i nie są tak zgrani, jak poszczególne grupy dronowe w ich ramach.
Armie NATO muszą więc dostosować do nowych realiów, a Ukraina nie zasypia gruszek w popiele. Technologiczno-obronny dział Ukraińskiej Prawdy pisze o zaawansowanych pracach nad rojem dronów. Nad tą technologią pracują intensywnie ukraińskie firmy, które w ostatnich latach wyspecjalizowały się w produkcji dronów na potrzeby obronne. Tekst wyjaśnia, jaka jest różnica między rojem a grupą dronów, bo przecież już w tej chwili takie grupy wykonują zadania bojowe.
„Grupa – to sytuacja, w której uruchamia się kilka urządzeń z wcześniej zaprogramowanym zadaniem. Drony mogą lecieć w jeden obszar, atakować jeden cel, działać równolegle, zbliżać się do celu pod różnymi kątami, ale każdy z nich wykonuje swoją odrębną misję. Koncepcja roju polega na czym innym. To próba zmuszenia dronów do ‘widzenia’ nie tylko celu, ale także siebie nawzajem. Tak, aby mogły wymieniać się danymi, rozdzielać role, zmieniać szyk, jeśli zmienia się sytuacja lub jeden z aparatów wypada. Czyli chodzi o to, by zminimalizować sterowanie ręczne i przekazać część decyzji algorytmowi”.
Według Jarosława Ażnuka, ukraińskiego biznesmena, założyciela technologicznych startaupów PetCube i The Fourth Law, którego cytują autorzy artykułu, kluczową kwestią w roju jest poziom autonomii każdego drona:
„Jeśli jest to po prostu wiele dronów z zaprogramowaną z góry misją – to jest to grupa. W roju drony komunikują się między sobą podczas lotu, koordynują działania i mogą je zmieniać w zależności od zmieniających się okoliczności”. Coraz bliższa realizacji jest idea nekrosfery, o której pisał Stanisław Lem, a o której rozmawialiśmy już dwa lata temu (!) z Wojciechem Siegieniem w podcaście Blok wschodni.
Podróż do Rosji bez zwrotu kosztów
Ukraina nałożyła sankcje personalne na Alaksandra Łukaszenkę, po czterech latach pełnoskalowej wojny, w której Łukaszenka wsparł Putina i jego agresję na Ukrainę. Ten ruch władz w Kijowie pokazuje, że nie widzą żadnego potencjału w utrzymywaniu relacji z białoruskim satrapą. W dokumencie podpisanym przez Zełenskiego Łukaszenka nazywany jest „samozwańczym prezydentem”. Jemu samemu Kijów wysyła zaś sygnał, żeby nie roił sobie iluzji, że weźmie udział w procesie pokojowym i będzie mieć jakikolwiek wpływ na przyszłość Ukrainy. Być może Ukraińcy wiedzą coś więcej, na przykład wiedzą, że Łukaszenka jest słabszy, niż przedstawia to jego własna propaganda i niektórzy byli więźniowie polityczni, którzy wzywają do dialogu z dyktatorem.
Na koniec krótka historia podróży do Rosji, podróży, które mają długą tradycję i nie przestają budzić emocji. W styczniu para rumuńskich vlogerów poleciała do Moskwy i bardzo im się tam spodobało. Wyprodukowali filmiki, w których pokazywali, że w Rosji wcale nie jest tak, jak media mówią, bo jest bardzo fajnie. Po wizycie w Moskwie postanowili się wybrać do Władywostoku, zobaczyć Rosję z drugiej, tym razem wschodniej strony. Nowe wizy dostali w kilka dni, ale na lotnisku czekała na nich FSB.
Przez 12 godzin byli przesłuchiwani. Rosyjskie służby interesowało przede wszystkim to, co robili w Ukrainie, bo pieczątki w ich paszporcie wskazywały, że odwiedzali ten kraj. Nie podobało im się też, że vlogerzy bywali we Francji. FSB uznało, że przyjechali na przeszpiegi, wlepiło im zakaz wjazdu do Rosji na 50 lat i na ich własny koszt wysłało z powrotem do Rumunii. Rumuński portal Libertatea pisze, że vlogerzy odebrali tę sytuację jako upokarzającą, mają też żal, że zapłacili za wizy, których nie wykorzystali.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.