Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Po wielkim kryzysie w wyobraźni polskich elit i społeczeństwa załamał się paradygmat wolnorynkowy

Lata kryzysu wytworzyły społeczną podklasę, której rozmiar co najmniej do czasów powojennych nie wrócił do skali znanej sprzed 1929 roku – mówi autor książki „Zredukowani”.

Rozmowa
Kontekst

📉 Wielki Kryzys jako koniec złudzeń. Załamanie gospodarcze początku lat 30. nie tylko zrujnowało budżety i miejsca pracy, ale też podkopało wiarę w samoregulujący się rynek, zmieniając na trwałe myślenie elit i społeczeństwa o roli państwa w gospodarce

🏚️ Narodziny „ludzi zbędnych”. Lata kryzysu stworzyły masową podklasę bezrobotnych i zubożałych, żyjących w bieda-osiedlach i na marginesie systemu, której skala nie wróciła do poziomu sprzed 1929 roku aż do czasów powojennych.

🏗️ Między deflacją a etatyzmem. Upór w obronie „silnego złotego” i ortodoksyjnej polityki finansowej zderzył się z narastającą pauperyzacją, torując drogę nowym ideom: planowej gospodarce, uprzemysłowieniu i projektom takim jak COP

Walka

Michał Sutowski: Swoją opowieść o wielkim kryzysie w II Rzeczpospolitej rozpoczynasz późną zimą 1929 roku. Wcześniej kraj był zrujnowany i wyczerpany co najmniej dwiema wojnami, świeżo posklejany z trzech zaborów. Przeżył hiperinflację początku lat 20., która skończyła się dopiero wraz z reformą walutową Grabskiego w 1924 roku. Ale skoro pół dekady później zaczyna się kryzys, czy to znaczy, że wcześniej panował dobrobyt?

Kamil Piskała: Może zacznijmy od tego, że reforma Grabskiego owszem, stłumiła hiperinflację i dała poczucie pewnej stabilności, ale potem była jeszcze tzw. druga inflacja z przełomu lat 1925-1926, która zrodziła nastroje sprzyjające radykalnej zmianie politycznej i tym samym ułatwiła piłsudczykom sięgnięcie po władzę. Później faktycznie mamy trwający prawie cztery lata dobrobyt – pod względem gospodarczym najlepszy okres w całym międzywojniu, którego beneficjentem było całe społeczeństwo. Oczywiście nie w równym stopniu, niemniej np. wieś korzystała na wysokich cenach artykułów rolnych, a niskie bezrobocie i wzrosty płac służyły większości grup społecznych.

Ale koniunktura okazała się bardzo krucha.

Myślę, że świeże doświadczenie tych kilku dobrych lat pogłębiło szok, jaki przyniósł ze sobą wielki kryzys. Tak się bowiem składa, że stabilizacja sytuacji, jaka nastąpiła od połowy lat 20. – podobnie jak w innych krajach, które po wojnie doświadczyły hiperinflacji – z dzisiejszej perspektywy wydaje się raczej odstępstwem od normy. Wyjątkiem, a nie regułą tamtego czasu. Ale wówczas w dyskursie inteligenckim, prasowym i politycznym to wyglądało jak wyczekany powrót do sytuacji sprzed I wojny światowej, do tych długich kilku dekad stabilności i całkiem pomyślnej koniunktury.

Czytaj także Dlaczego II RP nie udało się osuszenie poleskich bagien? [rozmowa] Michał Sutowski

Czyli tego, co kojarzymy z pojęciem belle epoque – wzrostu, rozwoju technologii, burzliwej, ale niemniej modernizacji społecznej. Po tym 1924 czy 1925 roku ludzie uwierzyli, że znów „będzie normalnie”?

Tak, uwierzyli, że świat wreszcie wrócił do dawnej formy. Skoro pokonaliśmy trudności i zawirowania, zrozumiałe jakoś w kontekście powojennym, to gospodarka weszła na właściwe tory. Tymczasem to było tylko krótkie intermezzo. Nadzieje zostały rozbudzone, a już kilka lat później brutalnie zdruzgotane. Stąd, psychologicznie rzecz biorąc, kryzys był jeszcze bardziej wstrząsający.

„Czarny czwartek”, a potem „czarny wtorek” na Wall Street, które historycy traktują jako symboliczną cezurę Wielkiego Kryzysu, wydarzyły się pod koniec października. Twoją rekonstrukcję tamtego czasu otwiera jednak debata sejmowa z 13 marca. Posłowie opozycji mówili o spadku eksportu, handlu wewnętrznego i zupełnej klęsce budownictwa. Skąd zatem symptomy kryzysu na pół roku przed krachem w USA? 

Faktycznie, w dominującej opowieści o Wielkim Kryzysie, skupionej oczywiście na Stanach Zjednoczonych, tamte załamania na giełdzie to pierwsza kostka upadającego domina. Ale symptomy osłabienia koniunktury widać już było od przełomu lat 1928-1929, choć dotyczyło to głównie branż najbardziej czułych na wahania cyklu gospodarczego, jak włókiennictwo. To jest pytanie z dziedziny historii alternatywnej: czy gdyby nie krach na Wall Street, to mielibyśmy tylko kilkumiesięczny okres słabszej produkcji, po którym sytuacja wróciłaby do normy, czy też były to głębokie symptomy problemów natury systemowej? Jednak trudności w Europie z pewnością związane były ze zmianą polityki Rezerwy Federalnej w USA.

Na czym polegała?

Wzrost stóp procentowych za oceanem przyniósł dwie główne konsekwencje: po pierwsze, dość gwałtowny odpływ kapitału amerykańskiego z Europy, względnie spadek inwestycji amerykańskich – głównie, co prawda, w Niemczech, ale to była najważniejsza gospodarka regionu, więc siłą rzeczy efekt rozlewał się na sąsiadów. A z drugiej strony ten uwolniony kapitał napływał na giełdę amerykańską, pompując kursy akcji i tworząc przesłanki bańki, która pękła w roku 1929. W przypadku Polski dochodziła do tego jeszcze surowa i bardzo śnieżna zima, która sparaliżowała kilka gałęzi gospodarki, choćby budownictwo.

Czyli można było uznać – trochę jak premier Bartel w opisanej przez ciebie debacie sejmowej – że „sorry, taki mamy klimat” i to tylko przejściowe trudności?

Jedni widzieli rzeczywistość w ciemnych barwach, ale też byli politycznie motywowani, bo to była przecież opozycja, która chciała za wszelką cenę wykazać, że rządy piłsudczykowskie sobie nie radzą. Z perspektywy władz to był tylko chwilowy splot losowych zdarzeń, natomiast fundamenty po trzech latach wzrostu są zdrowe, więc wszystko zaraz wróci do normy.

A od kiedy władze zaczęły rozumieć, że jest naprawdę źle, a nie że to tylko objawy normalnego cyklu koniunkturalnego?

Dosyć późno. W zasadzie dopiero pod koniec roku 1932 zaczęto pracować nad programem walki ze skutkami kryzysu, przy czym nawet wtedy działania miały ograniczony charakter. To poniekąd wynika z trudnej sytuacji budżetowej, ale też z polityki deflacyjnej rządu, które złożone razem zostawiają władzy niewielkie pole manewru.  

Czytaj także Nie było żadnej „belle epoque”. Byli zredukowani i poniżeni ludzie Łukasz Najder

A co przez te trzy lata?

Do tego momentu prowadzona była tzw. polityka przystosowania: zakładamy, że kryzys jest nieodłączną częścią cyklu gospodarki kapitalistycznej i że najważniejsze to zapewnić warunki, by samoczynny mechanizm przywracania równowagi rynkowej zadziałał. Co to oznacza w praktyce? Że rząd nie majstruje przy gospodarce, pilnuje, żeby deficyt budżetowy nie był zbyt duży, co wiąże się z redukcją wydatków, dba o stabilną walutę, a koniunktura… Cóż, przecież kryzys to też „twórcza destrukcja”, która wymiecie z rynku te przedsiębiorstwa, które produkują najdrożej i najmniej wydajnie – i po takim katharsis w końcu sytuacja wróci do normy. W roku 1932 zaczęła jednak dojrzewać świadomość, że to jest coś więcej…

Poleszucy przy wozie zaprzężonym w konia. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dlaczego?

Po pierwsze, ze względu na długotrwałość tego kryzysu i brak symptomów jakiejkolwiek poprawy. Po drugie fakt, że ma on charakter powszechny i to zarówno geograficznie, bo z podobnymi problemami zmagają się w zasadzie wszystkie gospodarki na świecie, jak i dotyczy wszystkich branż. W trakcie poprzednich kryzysów jedne branże bardzo dotkliwie odczuwały ich skutki, zaś inne sobie radziły nieźle, a nawet przeżywały okres boomu. Teraz obrywali wszyscy. Dochodziła do tego kwestia nastrojów społecznych: nawet jeśli napięcia wciąż nie przybrały drastycznej formy, to narastała świadomość, że z każdym miesiącem rośnie ryzyko wybuchu. Skoro powiększa się armia bezrobotnych w miastach i pogłębia nędza na wsi, coraz trudniej będzie nad tym zapanować.

Ale co z tego właściwie wynika? Mówiłeś, że pole manewru w polityce gospodarczej było niewielkie.

Owszem, władze były zakładnikami założeń własnej polityki gospodarczej, które nie pozwalały walczyć z kryzysem mniej standardowymi środkami, takimi jak dewaluacja złotego, inflacja, regulacja cen, śmielsza akcja inwestycyjna mająca na celu pobudzenie koniunktury itd.

Czy chodzi o to, że po reformie Grabskiego nasz polski złoty nie przypadkiem tak się nazywał? Waluta oparta na standardzie złota, która wymaga pokrycia w posiadanym kruszcu. Tylko do tego potrzebny jest dodatni bilans płatniczy, a to nakłada na państwo rozmaite obowiązki. Czy polityka pieniężna Polski w czasie kryzysu była jakoś typowa dla tamtej epoki? Bo można powiedzieć, że waluta kruszcowa to pomysł ortodoksyjnych wolnorynkowców: państwo ma się zajmować podtrzymaniem wartości pieniądza – i tyle. Ale polskie państwo zachęcało równocześnie do tworzenia karteli w przemyśle, czyli ustalania wielkości produkcji cen minimalnych przez całą branżę, np. na węgiel czy zapałki. A to już nie jest myślenie wolnorynkowe.

To był system naczyń połączonych. Jeśli chcemy utrzymać wartość pieniądza, zakotwiczając go w posiadanym przez państwo kruszcu i rezerwach dewizowych, to potrzebny jest do tego dodatni bilans płatniczy: więcej twardych walut musi spływać do kraju, niż wypływać. W przypadku Polski, do której zachodni kapitał się nie garnie, oznacza to w praktyce, że musimy mieć nadwyżkę handlową. Tylko w warunkach powszechnego kryzysu na świecie, żeby cokolwiek skutecznie sprzedać za granicą, musimy zaniżać ceny.

Czytaj także Gauden: To polska inteligencja wlewała do głów prostych ludzi wizję, według której Żydzi są zagrożeniem [rozmowa] Aleksander Piekarski

Czyli sprzedawać np. węgiel poniżej kosztów produkcji? Żeby te dolary, funty czy inne korony szwedzkie płynęły do kraju?

Dokładnie tak. Dlatego rząd z jednej strony bronił „prywatnej inicjatywy” i w polityce gospodarczej trzymał się zasad, które wówczas traktowano jako „klasyczne” i „sprawdzone”, a z drugiej nie tylko przymyka oko na istnienie karteli, ale często wręcz wywiera silną presję, żeby je tworzyć. Taki kartel węglowy ma większe szanse rywalizacji na rynkach międzynarodowych, niż gdyby poszczególne kopalnie czy nawet konsorcja próbowały samodzielnie o nie zawalczyć. Kartelizacja w dużej mierze napędzana była dążeniem do utrzymania tego dodatniego bilansu płatniczego poprzez stymulowanie eksportu. Oczywiście działo się to kosztem konsumenta krajowego, bo jak sprzedawano cokolwiek, czy to węgiel, czy cukier, poniżej kosztów produkcji, to ktoś musiał tę różnicę pokryć. I to byli obywatele II Rzeczpospolitej, kupujący cukier czy węgiel po znacznie zawyżonych – ale regulowanych przez kartel za wiedzą państwa – cenach. Ludzi to mocno irytowało. Szczególnie ten cukier, który na rynku krajowym był zdecydowanie droższy niż ten na eksport. Z przekąsem mówiono, że wywożonym z kraju cukrem tuczone są angielskie świnie, a płaci za to polski konsument.

Czy ten silny pieniądz, do którego tak wiele się sprowadza, to była norma w tamtym czasie? Czy raczej specyfika polska?

W pierwszej fazie kryzysu panował konsensus co do reakcji: skoro koniunktura słabnie i maleją wpływy budżetowe, to trzeba zadbać o stabilną walutę i unikać deficytów budżetowych, a skoro maleją wpływy, to redukuje się wydatki – Niemcy robili wówczas dokładnie to samo. Mniej więcej od 1931 roku w kolejnych państwach europejskich dojrzewała jednak myśl, że trzeba kombinować w inny sposób. Niektórzy dewaluowali swój pieniądz, wybierając drogę inflacji, pojawiły się też próby nakręcania koniunktury poprzez roboty publiczne. Dzisiaj takie narzędzia wydają się dosyć oczywiste, ale na początku lat 30. to było eksperymentowanie, trochę szukanie po omacku. Dopiero później John M. Keynes uporządkował to teoretycznie i uzasadnił aktywną politykę państwa w czasie kryzysu na gruncie ogólniejszych mechanizmów ekonomicznych.

Odczyt wiceministra skarbu Stefana Starzyńskiego na temat kryzysu gospodarczego, 1931. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Czyli na początku działamy tak jak inni, a potem działamy tak samo, tylko pozostali już inaczej?

Można tak to ująć. Od 1932 czy 1933 roku polityka polskich władz zaczęła być wyraźnie konserwatywna na tle innych krajów europejskich, co najlepiej widać po kurczowym trzymaniu się formuły waluty złotej. Polska trwała tu konsekwentnie u boku Francji aż do roku 1936, kiedy wprowadzone zostały ograniczenia dewizowe i była to zmiana, którą można wiązać ze spodziewaną dewaluacją franka francuskiego. Krótko mówiąc: cały czas jesteśmy ortodoksami, ale przez pierwsze – powiedzmy – dwa lata kryzysu to dość typowe, później zostajemy z tą polityką niemal sami.

W Zredukowanych podajesz dużo przykładów, kiedy równowagę budżetową państwo polskie próbowało osiągnąć nie tylko przez cięcia wydatków, ale też ściąganie – czasem mocno brutalne – podatków, a także opłat czy kar administracyjnych. Nierzadko wyraźnie złośliwych, jak za niepomalowany płot czy nieporządek w wiejskim obejściu. Ten fiskalizm dotyczył wszystkich po równo?

Ściągało się z tych, z których ściągnąć najłatwiej. Nakładały się więc różne nadzwyczajne podatki o charakterze konsumpcyjnym. Część z nich to był pomył lokalnych władz, które chciały na przykład sfinansować w ten sposób pomoc dla bezrobotnych. Wzrosły podatki od imprez widowiskowych, doliczyło się dodatek do ceny biletów tramwajowych, sprzedawanego gazu czy choćby żarówek. W Wełnowcu na Górnym Śląsku władze gminy opodatkowały nawet… węgiel z biedaszybów. Wydobywany oczywiście nielegalnie. Pojawiały się też pseudodobrowolne potrącenia z pensji w administracji publicznej.

Grupa mieszkańców wsi Morocz. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

No i przede wszystkim ten fiskalizm dużo bardziej dotkliwie odczuwany był przez chłopów niż właścicieli folwarków. Jedni i drudzy mieli problem z zapłaceniem podatków, ale ich egzekucja wyglądała zupełnie inaczej. Bo inaczej zachowywał się przecież sekwestrator w chłopskim obejściu, gdzie nie ma skrupułów, by niemal siłą ostatnią krowę czy gęś zabrać, nie mówiąc o ostemplowaniu mebli jako zajętych na poczet niezapłaconych danin, a co innego, gdy trafiał do dworku potomka arystokratycznego rodu czy innej ważnej figury, która w liczbach bezwzględnych zadłużona była na dużo większe sumy.

Wobec klienta w krawacie nie awanturujemy się?

Pobłażliwość władz była wyraźnie większa, co często wynikało z osobistych powiązań z urzędnikami, ale też ogólnymi czynnikami politycznymi – wielu ziemian stanowiło oparcie dla władz sanacyjnych.

Ale z drugiej strony dochody chłopów bardzo spadły. Dlaczego więc te podatki były takie wysokie?

W liczbach bezwzględnych podatki płacone przez chłopów były podobne do tych sprzed kryzysu, tyle że – z uwagi na załamanie cen na artykuły rolne – realny ciężar rósł, często o kilkadziesiąt albo więcej procent w ciągu kilku lat. Podatek gruntowy, skądinąd obliczany w bardzo skomplikowany sposób, jako pozostałość po systemach państw zaborczych, był odprowadzany niezależnie od realnie uzyskiwanego dochodu. Ile w danym roku można było zarobić z uprawy na tej mordze gruntu, to władz skarbowych nie interesowało, wymiar podatku był stały.

Czyli ciężar podatkowy relatywnie wzrósł, choć to jego obniżenie byłoby w czasie kryzysu bardziej sensowne – przynajmniej z punktu widzenia stymulowania popytu.

A przecież podatki to tylko jeden z kosztów życia na wsi. Do tego dochodziła spłata kredytów: jeden z chłopów wspominał, że kredyt wziął na pół krowy, a żeby go z procentem spłacić, musiałby teraz sprzedać tych krów siedem. Dużo więcej produktów trzeba było też sprzedać, żeby móc kupić sól, naftę czy zapałki, bo ich ceny, za sprawą wspomnianych karteli, spadały nieznacznie, a towarów rolnych – dramatycznie, co nazywano wtedy nożycami cenowymi. Ale ciężar fiskalizmu państwa musiała ponieść wieś także dlatego, że system podatkowy był bardzo nieszczelny, jeśli chodzi o opodatkowanie biznesu. Ukrywanie dochodów, czyli tzw. kreatywna księgowość, było wtedy bardzo rozpowszechnione.

Opisujesz, że przez drastyczny spadek dochodów na wsi – za sprawą podatków, spłat kredytów i tych nieszczęsnych „nożyc” – ludzie oszczędzali, na czym mogli, nie jedli mięsa i coraz mniej chleba czy warzyw, rezygnowali z soli, siedzieli po ciemku, reperowali wielokrotnie ubrania i buty, wyprzedawali narzędzia, próbowali być samowystarczalni.  Z kolei w mieście bezrobotni czasem po prostu kradli – w miastach drobna przestępczość wzrosła o kilkadziesiąt, czasem sto procent – ale też wydobywali węgiel w nielegalnych biedaszybach, a gdy tracili dach nad głową, przenosili się do bieda-domków, czyli osiedli kleconych z byle czego na obrzeżach miast. Czy władze to tolerowały, czy próbowały – tak jak przy ściąganiu podatków – egzekwować prawo za wszelką cenę i zwalczały szarą strefę?

Raczej to pierwsze, bo też nie bardzo mogły zaoferować alternatywę. Biedaszyby są dobrym przykładem: władze je tolerowały, mimo iż „psuły” one skartelizowany rynek, dostarczając konsumentom węgiel po niższych cenach. Ale przecież nie dało się tego ukryć, kiedy na jakimś polu nagle wykopywano ich kilkanaście czy kilkadziesiąt, pracowały tam np. dwie setki osób, a obok rozkwitał drobny handel, jadłodajnie itp. W Zagłębiu czy na Górnym Śląsku to był wentyl bezpieczeństwa – tych kilkadziesiąt tysięcy górników, przyzwyczajonych do pewnego standardu i prestiżu społecznego, musiało z czegoś żyć i utrzymać rodziny, kiedy tracili pracę. Z uwagi na rozrost tego procederu, a także presję właścicieli kopalń, władze zaczęły z tymi biedaszybami walczyć, ale dopiero po 2-3 latach.

A co z osiedlami nędzy? Tymi wszystkimi „Pekinami”, jak w Gdyni, czy „Abisyniami”, jak w Sosnowcu?

One przyjmowały różną formę, czasami jako osiedla bieda-domków kleconych z byle czego, nieraz w oparciu o hałdy kopalniane. Czasami jako koczowiska urządzane na nieużytkach, w opuszczonych budynkach czy dawnych fortach, a w skrajnych wypadkach to były jamy wykopywane w ziemi, nierzadko w pozostałościach okopów z I wojny światowej. Władze oczywiście wiedziały, gdzie takie osiedla się znajdują, tym bardziej że one często były dosyć ludne. Dałoby się je pewnie zrównać z ziemią przy udziale policji, ale gdzieś trzeba by ich mieszkańców podziać – a były miasta, gdzie w takich warunkach żyło nawet 10 procent obywateli. Dlatego przymykano na to oko. Nawet jeśli setki rodzin urządzały się w tak niegdyś prestiżowym miejscu, jak poznańska Pewuka, czyli Powszechna Wystawa Krajowa, której hale niedługo po spektakularnym sukcesie z 1929 roku zaczęli zasiedlać pozbawieni dachu nad głową.

W miastach bezrobotnym pomagały rozmaite organizacje społeczne, komitety pomocowe i urzędnicy miasta; jednocześnie podajesz mnóstwo przykładów, że kolejki po pomoc były horrendalnie długie – można było stać 8 godzin do jednego okienka – biurokracja nieraz absurdalna, a wsparcie minimalne i obwarowane trudnymi do spełnienia warunkami. Czy celowo tak to organizowano, żeby zniechęcić ludzi do korzystania z pomocy i przymusić do większych wysiłków w poszukiwaniu zarobku?

Nie natrafiłem na ślady żadnych, choćby półoficjalnych dyrektyw sugerujących, że dzięki mnożeniu trudności i upokorzeń mniej osób zgłosi się po pomoc, co odciąży nieco kasę państwa. Nie mogę oczywiście wykluczyć, że na różnych poziomach takie myślenie urzędnikom się zdarzało. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten system mógł działać lepiej. Bo z perspektywy samych bezrobotnych był przede wszystkim bardzo nieprzejrzysty i arbitralny.

Grupa kobiet w drodze do pracy w fabryce. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ale pracownicy wtedy płacili składki na ubezpieczenie od bezrobocia.

Tak, zasiłki ustawowe były precyzyjnie uregulowane, tyle że reguły nie przystawały do powszechnego kryzysu, a jedynie zwykłych wahań koniunktury. Żeby dostawać zasiłek przez kilkanaście tygodni, trzeba było najpierw w ciągu roku przepracować ich 20 – to było łatwe do spełnienia w czasach prosperity, ale nie po 1929 roku. Z czasem zresztą limit… zwiększono, żeby Fundusz Pracy się bilansował, więc pod koniec kryzysu prawo do zasiłku w najlepszym wypadku mogło mieć około 1/10 bezrobotnych. Za to w przypadku pomocy doraźnej obowiązywał trudno zrozumiały i bardzo zmienny gąszcz przepisów. 

Żeby odciążyć państwo i walczyć „z nadużyciami”?

Tak. Najpierw wydawano zapomogi pieniężne i żywność, później już tylko żywność, a i to tylko dla rodzin, bo jak ktoś był osobą samotną, to w pewnym momencie mógł liczyć wyłącznie na tzw. blokowe zupy, czyli posiłki wydawane w jadłodajniach dla bezrobotnych, bardzo wątpliwej jakości. Równocześnie, skoro armia bezrobotnych rosła, a środków brakowało, to naturalnie pojawiła się obawa, żeby ktoś, nie daj Boże, nie dostał więcej, niż mu się należy. Stworzono więc narzędzia kontroli i to było naprawdę uwłaczające, jak do takiego człowieka, który jeszcze niedawno wykonywał całkiem szanowany zawód, przychodził urzędnik czy przedstawiciel lokalnego komitetu pomocy, lustrował jego nędzne mieszkanie, dowiadywał się u gospodarza domu, ile osób tam mieszka i czy ktoś nie dorabia podnajmem, a do tego dopytywał, czy aby właściciel szafy i krzeseł celowo gdzieś nie schował, żeby zasymulować dostateczną biedę.

A za trzy miesiące i tak wydawał decyzję odmowną – że pomoc się nie należy?

Na przykład. Stąd narastał ogromny resentyment antyinteligencki czy antyurzędniczy: my tutaj stoimy w kolejkach na mrozie i deszczu, a tam sobie w cieple siedzą jacyś panowie czy panie urzędniczki, herbatę z cukrem popijają, decydują o naszym losie i jeszcze patrzą z góry. Z tej perspektywy każde nadużycie czy arbitralność, prawdziwe czy nie, przeradza się w poczucie krzywdy, projektowane nie tylko na konkretnego urzędnika, ale na instytucje państwa jako takiego. Dodam, że wsparcie było mniej niż skromne i nieraz fatalnej jakości: ziemniaki mogły być nadgniłe lub zmarznięte, węgiel pomieszany z jakimś miałem czy kamieniami. A władze i tak obawiały się, że bezrobotni będą odsprzedawać to, co dostali.

Kwitł pokątny handel kartoflami?

Akurat spieniężanie tego nie byłoby szczególnie atrakcyjne, ale w ramach pomocy wydawano m.in. cukier, ważny element bilansu kalorycznego. Ale to też był towar skartelizowany na rynku wewnętrznym, więc konsument w sklepie płacił drogo – zatem jak rozwiązano problem? Żeby go bezrobotni nie odsprzedawali za gotówkę, wydawano… mieszanką kawowo-cukrową, taką jak dostawali żołnierze. Cukru od kawy – oczywiście zbożowej – nie dało się łatwo oddzielić, więc problem psucia rynku wydawał się załatwiony.

Z twojej książki wynika, że podstawową taktyką radzenia sobie z kryzysem – tak na wsi, jak i w mieście – było wyprzedawanie dóbr trwałych, ograniczanie konsumpcji, skrajne zero waste. Ale co z poszukiwaniem lepszych perspektyw gdzie indziej? Czy nie próbowano migracji? Musiało chyba panować przekonanie, że gdzieś musi być lepiej niż u nas.

Problem w tym, że ziemie polskie bynajmniej nie od Wielkiego Kryzysu były stałym eksporterem nadwyżek siły roboczej. To był wentyl bezpieczeństwa. Od pokoleń doświadczała tego m.in. galicyjska wieś, gdzie problem przeludnienia łagodzono trochę emigracją, często za ocean. Tyle że w latach kryzysu wszystkie państwa zmagały się z bezrobociem, więc rynki pracy się zamykały, a wraz z nimi możliwość emigracji. Co więcej, do Polski reemigrowała z Francji wielotysięczna rzesza tych, którzy wcześniej wyjechali za robotą, a teraz traktowani byli jako nie-obywatele, a więc osoby drugiej kategorii – dlatego zasilali jeszcze armię bezrobotnych w kraju.  

Czyli znikąd nadziei?

Fantazja o tym, że jednak są miejsca, gdzie bez trudu można znaleźć pracę, była społecznie nośna i wiele osób migrowało, podróżowało po kraju, szukając zatrudnienia. W jednostkowych przypadkach ta strategia mogła okazać się racjonalna, bo pracę udawało się znaleźć, ale większość świadectw pamiętnikarskich, które pozostawili bezrobotni, wskazuje na coś innego. Ludzie, którzy ruszali na tułaczkę za pracą, zazwyczaj pieszo, prędzej czy później wracali do rodzinnej miejscowości wyczerpani, ze zniszczonym obuwiem i bez grosza. Znany jest przypadek małżeństwa, które przewędrowało ponad 2 tysiące kilometrów, od Gdyni po Lwów, by w końcu znaleźć zajęcie, ale w Warszawie, z której wyszli. 

A co z Gdynią? Historia sukcesu „po amerykańsku”, co się ciągle rozbudowuje…

Gdynia faktycznie była magnesem, który przyciągał masy, ale władze państwa i miasta Gdyni padły tu ofiarą własnej propagandy. Konsekwentnie budowano mit miasta, które niezależnie od koniunktury rośnie i ciągle się rozwija, więc co roku ściągały tam wielotysięczne grupy bezrobotnych, zaludniając czy zasiedlając rosnące na peryferiach Gdyni koczowiska i slumsy, a tylko bardzo nieliczni znajdowali pracę. Władze Gdyni w pewnym momencie zaczęły wręcz finansować im bilety kolejowe na powrót do domu, bo to się im bardziej opłacało, niż ponosić koszty opieki społecznej nad tymi tysiącami przyjezdnych.

Powtarzasz, że kryzys był powszechny, a ekonomiści pisali o utracie przez Polskę ekwiwalentu nawet 1/4 PKB, produkcja spadała w zależności od branży od 1/3 do nawet 2/3, podobnie liczba przepracowanych roboczogodzin; były miasta, jak Zawiercie, gdzie po upadku głównego pracodawcy opieka społeczna zajmowała się 2/3 mieszkańców. Innymi słowy, niemal wszyscy mieli gorzej, ale czy można wskazać tu jakąś logikę? A może komuś w czasie kryzysu się poprawiło?

Zacznę od końca – tak, choć to wzbogacenie się było relatywne, rosła przecież wartość pieniądza. To była konsekwencja polityki deflacyjnej, zwłaszcza drastycznego obniżenia cen żywności, przez co nominalne koszty życia znacząco zmalały. Pod warunkiem, że ktoś dalej pracował i miał stałą pensję, jak urzędnicy różnego szczebla samorządu czy administracji państwowej, a także inżynierowie czy robotnicy państwowych przedsiębiorstw, na przykład zbrojeniowych. Nawet jeśli obniżano im wynagrodzenie w trakcie kryzysu, to spadek zwykle i tak był mniejszy niż spadek kosztów życia. Tylko trzeba od razu dodać, że zwłaszcza w środowiskach robotniczych należy brać pod uwagę koszt utrzymania całej rodziny – jeśli tylko jedna osoba zachowywała pracę, to jej wynagrodzenie, choć realnie wyższe, pokrywało utrzymanie większej liczby osób.

Rozumiem, że dobrze było być jeśli nie rentierem, to przynajmniej urzędnikiem na posadzie. Ale jak to wyglądało między branżami gospodarki?

Kryzys najbardziej widać było w dużych ośrodkach przemysłowych, a pod względem wskaźników bezrobocia dużo łagodniej przebiegał on na wschód od Bugu, gdzie nie było wiele dużego przemysłu, dominowała gospodarka drobnotowarowa i więcej osób pracowało w rolnictwie. Spadek stopy życiowej był relatywnie mniejszy, bo też punkt startu znajdował się znacznie niżej. Z kolei Górny Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie to miejsca, gdzie mieliśmy do czynienia z dobrze sytuowanymi grupami zawodowymi, jak górnicy czy hutnicy, z silnym etosem, organizacją pracowniczą i wynagrodzeniami, które były płacą rodzinną. Z tego dosyć wysokiego jak na realia II Rzeczpospolitej standardu wpadało się w długotrwałe bezrobocie, więc zjazd był dużo głębszy. Wielkiego spadku produkcji doświadczyły na pewno przemysł metalowy, górnictwo, włókiennictwo i budownictwo, czyli najbardziej podstawowe gałęzie gospodarki międzywojennej Polski poza wsią. Najgorzej było w budownictwie, gdzie prace straciło 2/3 zatrudnionych, za to dużo mniej ucierpiał przemysł spożywczy. Relatywnie największą stabilność dawało zatrudnienie w zbrojeniówce, ale też w przedsiębiorstwach komunalnych, jak elektrownie, gazownie czy tramwaje, bo one spełniały podstawowe funkcje społeczne i nie bardzo było tu pole do redukcji.

Ale nauczycielom czy urzędnikom niższego szczebla też cięto wynagrodzenia?

Tak, w ramach oszczędności budżetowych, ale tłumaczono to racjonalnie: zmniejszyły się koszty utrzymania, więc choćby w akcie solidarności należałoby tę obniżkę zaakceptować.  A w związku z tym, że redukcje płac w sektorze publicznym były co do zasady mniejsze, niż spadek kosztów życia, to możliwe, że realne dochody na przestrzeni tych pięciu lat kryzysu nieco się zwiększyły.

To byliby „wygrani” kryzysu?

To może za dużo powiedziane, do tej kategorii trudno zaliczyć całe grupy społeczne. Ale gdybyśmy np. analizowali bilanse przedsiębiorstw, to mogłoby się okazać, że te działające w ramach przemysłu skartelizowanego, które intensywnie eksportowały swoje produkty, przerzucając koszty na konsumenta w kraju, mogły dobrze wyjść na kryzysie. Natomiast nie było całego sektora gospodarki, który by się wzbogacił, tak jak np. tuż po I wojnie światowej, kiedy bogaciła się wieś, bo rosły ceny żywności.

Piszesz sporo o tym, że na wsi spadła produktywność, bo rolników nie było stać na nawozy czy wymianę narzędzi, że plony były przez to gorsze, a mechanizacja zastopowała. Ale może w mieście „kreatywna destrukcja” jakoś jednak zadziałała?

Nie. Takie były wyobrażenia ekonomistów od końca XIX wieku, natomiast w latach Wielkiego Kryzysu, a już na pewno w Polsce, te procesy w niektórych branżach uległy wręcz odwróceniu. Było to konsekwencją radykalnego spadku ceny pracy. Nagle okazało się, że nie ma potrzeby inwestowania w nowe maszyny czy np. pojazdy, w zmechanizowany transport kołowy, kiedy można osiągnąć ten sam efekt dużo tańszą, prostą pracą fizyczną. W Łodzi upadały wielkie, wyposażone w nowoczesne i wydajne maszyny zakłady włókiennicze, a ich miejsce na rynku zajął „przemysł anonimowy”, czyli po prostu nowe wcielenie znanego od dawna chałupnictwa. Inny przykład to proces motoryzacji kraju, który w latach kryzysu uległ niemal zupełnemu zahamowaniu. To wówczas Polska zaczęła być w ogonie państw europejskich, jeśli chodzi o ilość samochodów na dziesięć tysięcy mieszkańców – wskaźnik był dużo niższy, niż by wynikało z innych wskaźników cywilizacyjnych ówczesnej II Rzeczpospolitej.

Czytaj także Język „wolnego rynku” stał się podporą dla nieliberalnej Polski już w XIX wieku Michał Sutowski

Ale czytam u ciebie, że ilość wydobytego węgla na jednego górnika wzrosła z 7 do 10 ton. To, zdaje się, jest obiektywny miernik wydajności pracy?

Tak, tyle że to nie zasługa nowych i lepszych maszyn, ale tego, że ludzie pracowali znacznie ciężej niż dotychczas. Mówiąc dzisiejszym językiem, ukształtował nam się wtedy rynek pracodawcy i to w skrajnym wydaniu: praca stała się dobrem rzadkim i niezwykle pożądanym. Nieraz trzeba było dać łapówkę, żeby otrzymać np. posadę dozorcy w kamienicy. A ci, którzy pracę jeszcze mieli, robili wszystko, żeby jej nie stracić, przede wszystkim pokazując pracodawcy, że dzięki nadzwyczajnemu wysiłkowi ich zatrudnianie się szczególnie „opłaca”. Przykład górników, pracujących na granicy wytrzymałości fizycznej, jest bardzo wymowny. I na poziomie jednostkowej psychologii wydaje się zrozumiały – możliwość utraty zarobku to nie żadna abstrakcja, kiedy los bezrobotnych obserwuje się na co dzień. A nie wszędzie panował taki etos i taka organizacja pracy, by np. wymuszać na pracodawcach rozkładanie mniejszej liczby roboczogodzin na tyle samo pracowników. Zdarzały się takie akty solidarności pracowniczej, ale nie wszędzie były możliwe. 

Zastanawia mnie w twojej opowieści jedna rzecz: skoro państwo nie redukowało wydatków na armię, skoro władze uznawały wojsko za priorytet, to dlaczego kwestię zbrojeń i potrzeby zatrudnienia ludzi do pracy powiązano tak późno? Innymi słowy, czemu COP nie zaczął powstawać wcześniej? Przecież w ten sposób można było piec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Powodów jest kilka. Przede wszystkim te wysokie wydatki na obronność w II połowie lat 20. to były w dużej mierze tzw. wydatki wegetacyjne, a więc na utrzymanie istniejącej armii.

Czyli pasza dla koni, amunicja na manewry, wyżywienie i mundur dla rekruta, opał na ciepło w koszarach i pensje kadry oficerskiej? A nie nowe armaty?

Tylko niewielka – a na pewno mniejsza niż należałoby oczekiwać – część budżetu szła wtedy na modernizację techniczną. Po pierwsze dlatego, że to czynnik decyzyjny w osobie Piłsudskiego rezerwował dla siebie politykę wojskową, a Piłsudski o nowoczesnym uzbrojeniu miał raczej mgliste wyobrażenie. Po drugie Francuzi jako nasz główny sojusznik domagali się trwałego utrzymywania w warunkach pokoju bardzo dużej masy wojska. W umowie sojuszniczej z 1921 roku Polska zobowiązała się, że będzie miała na stopie pokojowej aż 90 pułków piechoty. To dużo kosztowało i była to cena, którą trzeba było zapłacić za sojusz.

A później?

Kiedy po śmierci Piłsudskiego do władzy doszła nowa ekipa, z Rydzem-Śmigłym na czele, szybko rozpoznała, że polska armia jest wyraźnie zapóźniona technologicznie. Z tego też m.in. wzięła się idea utworzenia COP-u, także dlatego, że do zakupów uzbrojenia za granicą nagle zrobiła się duża kolejka. Wtedy doszły jeszcze dwa czynniki. Otóż do roku 1936, a nawet i później, ekipa sanacyjna wciąż była w większości niechętna etatyzmowi. Ten COP musiałby zatem budować kapitał prywatny. Takie założenie było na początku, ale ów kapitał prywatny do inwestycji się nie palił. Dopiero zwrot w polityce gospodarczej państwa i przejęcie przez nie roli inwestora, który będzie budował te fabryki armat czy samolotów, w ogóle pozwoliło uruchomić takie przedsięwzięcie, jak COP.

A społeczeństwo cały czas czeka…

COP jest odpowiedzią na doświadczenie kryzysu w wymiarze nie tylko ekonomicznym, ale nawet bardziej politycznym. Ponad pięć lat kryzysu mocno wyczerpało kredyt zaufania społecznego, który legitymizował rządy sanacji. Zaczęło dojrzewać przekonanie, że trzeba przedstawić ludziom atrakcyjną ofertę modernizacji i właśnie COP miał być jej zalążkiem, a zarazem symbolem, wpisanym w narrację o obronności państwa i jego potrzebach militarnych.

Wystawa „Wnętrze domu w dobie kryzysu” w Katowicach, 1934. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Państwa, które przy okazji w końcu zatrudni tych nieszczęsnych „ludzi zbędnych”, zwłaszcza ze wsi? Ale ich przecież były miliony, nie dziesiątki tysięcy. A COP dawał perspektywę na właśnie tyle…

Może około stu tysięcy, razem z otoczeniem tych wszystkich fabryk, rynkiem usług dla ich pracowników, infrastrukturą, itp. Równocześnie szacowano, że każdy rok przynosił wejście na rynek pracy około 150 tysięcy młodych ludzi, więc liczby nijak się nie spinają. Natomiast na poziomie propagandowym to było nośne i faktycznie była to próba stworzenia atrakcyjnej opowieści o dziejącej się tu i teraz modernizacji i uprzemysłowieniu państwa. To właśnie kryzys pokazał, że dla państwa takiego jak Polska nie bardzo jest alternatywa inna niż uprzemysłowienie. Nie da się bowiem znaleźć na polskiej wsi wystarczająco dużo zajęcia dla wszystkich ludzi, a skala pauperyzacji, której doświadczyła wieś w pierwszej połowie lat 30., była tak duża, że nawet sanacja uznała to za problem do rozwiązania na wczoraj. Może i nie było to wykonalne ówczesnymi siłami, ale stworzono wrażenie, że jest taka droga i COP miał być jej symbolem. To tam miał popłynąć strumień pracowników, który rozładuje bezrobocie agrarne.

Dzięki czemu my właściwie wyszliśmy z tego kryzysu? Późno, ale w końcu to nastąpiło.

Faktycznie, polska gospodarka odbiła się dużo później niż w większości państw europejskich. Mimo znacznie ograniczonej wymiany międzynarodowej – bo państwa się zamykały, chroniły rynki, dążyły niemal do autarkii – jeśli na całym kontynencie przyszło ożywienie gospodarcze, no to i my, siłą rzeczy, w końcu odczuliśmy tego konsekwencje. W dodatku już w 1936 roku nastąpiła zwyżka cen artykułów rolnych na rynkach światowych, co w kraju, który w większości żył z roli, przekładało się na wzrost dochodów wsi. A jak wieś ma większe dochody, to po pięciu latach próbuje zaspokoić te wszystkie odłożone potrzeby.

Czytaj także Mamy w Polsce długą historię elit, które na kryzys reagowały zaciskaniem cudzego pasa Michał Sutowski

A to jest, jak rozumiem, bodziec dla krajowego przemysłu?

Tak, ktoś zaczyna w końcu kupować jego wyroby. Kolejna kwestia to skumulowany efekt różnych posunięć antykryzysowych rządu. Każde z nich osobno było niewystarczające i niewspółmierne do wyzwań, ale np. fakt, że wprowadzono ulgi podatkowe w budownictwie, że rozkręcono akcję robót publicznych, gdzie w miesiącach letnich lat 1934 czy 1935 zatrudniono kilkadziesiąt, a momentami nawet ponad 100 tysięcy osób – to był już bodziec dla gospodarki, bo oni te pieniądze wydawali od razu; trochę lepiej jedli, kupowali nowe ubranie… No i wreszcie, w roku 1936 zaczyna się polityka nakręcania koniunktury poprzez inwestycję w przemyśle, głównie zbrojeniowym, co z czasem przyjmie formę COP-u. Koniunktura ostatnich lat przedwojennych była w dużej mierze właśnie wynikiem wydatków inwestycyjnych państwa.

Wszyscy skorzystali?

Na pewno nierówno. Wieś na przykład nie wróciła do poziomu dochodów sprzed kryzysu. Bliższe przyjrzenie się statystykom produkcji przemysłowej za ten okres wyraźnie pokazuje, że choć odnotowany wzrost był imponujący, to w większości odpowiadała za to produkcja dóbr wytwórczych, czyli np. maszyn, co było efektem inwestowania w rozbudowę przemysłu. Produkcja dóbr konsumpcyjnych napędzała to przyspieszenie tylko w niewielkim stopniu, co sugeruje, że stopa życiowa społeczeństwa rosła powoli. Mówiąc obrazowo, armat przybywało znacznie szybciej niż masła, co zresztą w ówczesnej sytuacji międzynarodowej było całkowicie zrozumiałe.   

A co było trwałym dziedzictwem tamtego kryzysu? Poza tym, że utraciliśmy kilka lat produkcji i wzrostu PKB, niedożywienia społeczeństwa i jeszcze degradacji technologicznej?

Na pewno w wyobraźni i elit, i społeczeństwa załamał się paradygmat wolnorynkowy. W drugiej połowie lat 30. w zasadzie wszystkie ugrupowania, od rządzącej sanacji przez najskrajniejszą prawicę, a skończywszy na lewicy i nawet na ludowcach, mówią o planowej gospodarce. Każdy rozumie to po swojemu i raczej są to niekonkretne wyobrażenia, ale mechanizm wolnorynkowy jest powszechnie kontestowany, bo wydaje się nieefektywny i podatny na kryzysy. Jeśli chodzi o wyobraźnię ekonomiczną, to nie było też powrotu do czegoś, co wybrzmiewało jeszcze w dyskusjach lat 20., czyli do agrarnej drogi rozwoju: Polska to państwo rolnicze, więc jak my to rolnictwo odpowiednio zorganizujemy i tak się spozycjonujemy na rynkach międzynarodowych, to możemy na tym oprzeć dobrobyt całości. Model oparty na uprzemysłowieniu dominuje odtąd bezwzględnie, może z wyjątkiem części środowisk endeckich, które fantazjują o zawracaniu koła historii, jakimś „nowym średniowieczu” albo o porządku gospodarczym opartym na szerokiej warstwie drobnych właścicieli, oczywiście etnicznie polskich. Dalej, kryzys to czas, kiedy narastają różnego rodzaju resentymenty.

Bo ktoś konkretny musi być winien tego złego, co nas spotyka?

Każda grupa społeczna widzi siebie w roli tej najbardziej przez kryzys dotkniętej i staje się szczególnie wrażliwa na to, co odróżnia ją – realnie lub w wyobraźni – in minus od innych grup. To widać na różnych poziomach. Chłopi zazdroszczą bezrobotnym w mieście, że mogą liczyć na jakieś instytucje pomocy społecznej. Bezrobotni chłopom tego, że nie grozi im głód, bo zawsze coś na polu im wyrośnie. Pojawia się zawiść wobec tych, którzy pracują „na posadzie”. Na wsi zaczyna kłuć w oczy „dobrobyt” urzędników czy nauczycieli, którzy może nie zarabiają jakoś wyjątkowo dobrze, ale mają pewność, że na koniec miesiąca dostaną pensję. Najbardziej jaskrawym przejawem takiego narastania międzygrupowych resentymentów będzie oczywiście antysemityzm, podsycany bardzo mocno przez dobrze zorganizowane i nie przypadkiem rosnące w latach kryzysu ugrupowania prawicy nacjonalistycznej. To też jest coś, co pozostanie do roku 1939 i w długim trwaniu będzie obecne w sporej części społeczeństwa.

Wreszcie, konsekwencją pauperyzacji był rozrost swoistej międzywojennej underclass. Urosła rzesza ludzi, którzy zostali wypchnięci z ram normalnego życia i funkcjonują gdzieś na marginesie społecznym. Elementem tego był wzrost przestępczości, ale też mnożące się bieda-osiedla zamieszkałe w skali całego kraju przez tysiące ludzi. One nie zniknęły w 1936, kiedy poprawiła się sytuacja gospodarcza, a jak się dobrze przyjrzeć, to wiele z nich miało kontynuację także po II wojnie światowej czy wręcz istnieją do dziś. Lata kryzysu wytworzyły zatem społeczną podklasę, której rozmiar co najmniej do czasów powojennych nie wrócił do skali znanej sprzed 1929 roku.

**

Kamil Piskała – doktor nauk humanistycznych, pracuje jako adiunkt w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się dziejami II Rzeczypospolitej i myślą polityczną tego okresu. Specjalizuje się w historii polskiego ruchu socjalistycznego. Nakładem Muzeum Historii Polski ukazały się w jego opracowaniu Pamiętniki Ignacego Daszyńskiego (2017) i książka Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu (2026).

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie