Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Hipnotyzujące arcydzieło o traumie

„Wpatrując się w słońce”, reżyseria Mascha Schilinski

To film, który warto zobaczyć w kinie – w przestrzeni wyraźnie oddzielonej od codzienności, na ekranie większym od nas samych, który potęguje senną, hipnotyczną strukturę opowieści.

Recenzja
Walka

Są filmy, które się ogląda, i takie, które hipnotyzują. Budzisz się na napisach końcowych z poczuciem, że właśnie wzięłaś udział w czymś więcej niż w seansie. A jeśli to był seans — to raczej spirytystyczny. Masha Schillinski sprawia, że wpatrywanie się w słońce jeszcze nigdy nie było tak bolesne i nie przyprawiało o równie silny zawrót głowy. Wpatrując się w słońce, laureat Nagrody Jury na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes jest już dostępny w polskich kinach.

Śnienie dziewczyńskości

Schillinski ukazuje losy czterech bohaterek w różnym wieku, z różnych momentów historii, mieszkających w tym samym domu w niemieckim Altrmark na przestrzeni stu lat. Są oddzielone czasem, ale połączone jedną przestrzenią. Każda z nich osadzona jest w konkretnej dekadzie – drugiej dekadzie XX w., latach 40. i 80. oraz współcześnie – i odczuwa rytm, ograniczenia i ciężar epoki, często naznaczonej cierpieniem historycznym, duchem wojny. Losy bohaterek splata jedna niewypowiedziana tajemnica, przenikająca kolejne pokolenia. Smutek krąży tu jak duch, nie tyle straszy, ile domaga się wysłuchania.

Dziewczyńskość w tym filmie jest przesiąknięta widmem śmierci. Porównanie do Przekleństw niewinności Sofii Coppoli nasuwa się samo, ale o ile Coppola pokazuje amerykańską dziewczęcość w pastelowo-różowej palecie kolorystycznej, o tyle u Schillinski dominują zimne barwy Europy Środkowo-Wschodniej, nasycone historią i zbiorową traumą.

Opowieść snuta we Wpatrując się w słońce, zainspirowana pobytem scenarzystek w Altmark i zdjęciem trzech kobiet sprzed 100 lat, nie biegnie liniowo – swoją konstrukcją bliższa jest śnieniu, przeplatanemu wspomnieniami, impresjami, niepokojącymi dźwiękami i gestami. Z tych rozrzuconych elementów wyłania się spójny obraz, bardziej pejzaż emocji niż sieć logicznych zależności między bohaterkami.

Wszystkie bohaterki ukazane zostają w kontekście relacji rodzinnych – zarówno w ramach rytuałów świątecznych, jak i podczas codziennych czynności, wakacyjnych prac oraz chwil odpoczynku. Kamera rejestruje drobne gesty: dziecięce zabawy na podwórzu, wspólne posiłki, prace w obejściu, chwile podglądania dorosłych z ukrycia. Motywowane ciekawością zaglądają do zamkniętych pokoi, podglądają członków rodziny i próbują zrozumieć, co się wydarzyło, a my robimy to razem z nimi.

Nawet jeśli wiele spraw nie zostaje im wyjaśnionych, intuicyjnie wyczuwają emocje krążące wokół nich. Pierwszą bohaterkę, Almę, poznajemy w dniu Wszystkich Zmarłych. Pozostałe w letniej scenografii, porze roku szczególnie intymnej relacji ciała z naturą. Temat ciała jest pierwszoplanowy, reżyserkę interesuje duchowość, ale właśnie ta łącząca się z cielesnością. Cielesność staje się medium transmisji. A odczuwanie pokazane jako posunięte do skrajności obejmuje też to, co przeminęło.

Czytaj także Krawiec: Moje noce są piękniejsze niż wasze dni Zofia Krawiec

Surowe przejścia między scenami wzmagają uczucie niepokoju. Seans rozwija się powoli i wnika pod skórę, by doprowadzić do głębokiego wstrząsu. Jest w tym doświadczeniu coś duchowego, nie tylko w temacie filmu, lecz także w sposobie jego konstrukcji. Jak pisze filmoznawczyni Marta Stańczyk, „kontemplacja wiążąca się ze zwolnieniem, zapatrzeniem i zasłuchaniem, ascezą formalną – wytwarza u widza postawę medytacyjną, zamienia odbiór filmu w doświadczenie do pewnego stopnia mistyczne”.

Hipnoza ta odbywa się poprzez oszczędność dźwięków: zamiast podniosłej muzyki i orkiestralnych kulminacji częściej pojawia się tu cisza lub trzaski, jakby z taśmy nagrywanej analogową kamerą, podobnie jak cały film nienachalnie łączące różne epoki – współczesny sound design, niemiecki glitch z początku wieku i dwudziestowieczną kameralistykę.  

Międzygeneracyjna trauma i pamięć rzeczy

Także sam temat filmu odsyła w stronę duchowości. Skoro dziedziczymy po przodkach kolor oczu i włosów, sylwetkę i wygląd, to może dziedziczymy również zapisane w pamięci doświadczenia, lęki i ból, które odcisnęły się w ich ciele. Smutek i rozpacz tak głęboką, że stała się częścią ich i naszej fizjologii.

Czytaj także I ty, chłopaku, możesz zostać czarownicą Paulina Januszewska

Współczesne badania z zakresu epigenetyki pokazują, że skrajne doświadczenia – wojna, głód, przemoc – mogą pozostawić trwały ślad w DNA i funkcjonowaniu organizmu, przekazywany kolejnym pokoleniom. Trauma międzygeneracyjna nie jest więc metaforą ani kwestią wiary w magię, lecz realnym procesem biologicznym i psychologicznym, który kształtuje sposób, w jaki czujemy i żyjemy.

Dodatkowym, niezwykle istotnym wątkiem filmu jest pamięć rzeczy – ścian, podłóg i przedmiotów, które gromadzą doświadczenia tych, którzy przez nie przechodzili. Dom, w którym mieszkają bohaterki Wpatrując się w słońce, nosi w sobie ślady wszystkiego, czego był świadkiem: codzienności, przemocy, żałoby i milczenia. Nie jest jedynie tłem dla wydarzeń, lecz pełnoprawnym bohaterem filmu i archiwum emocji, które powracają w kolejnych dekadach. To właśnie przestrzeń przechowuje to, czego bohaterki nie potrafią nazwać, i oddycha historią, którą próbują z siebie strząsnąć. Filozof John Locke, autor koncepcji tabula rasa, wedle której rodzimy się jako czysta karta, zapewne nie klaskałby po napisach końcowych Wpatrując się w słońce.

Zbigniew Libera, Bez tytułu (Hommage à Gawron), 1985/ Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

W filmie Schillinski pojawiają się również ujęcia kontemplacyjne, przypominające prace sztuki wizualnej – jak scena, w której Angelika, bohaterka osadzona w kontekście lat 80., leży przy martwym zwierzęciu. Obraz ten wygląda niemal jak cytat z pracy Zbigniewa Libery Hommage à Gawron z 1985 roku. To nieprzypadkowe spotkanie dwóch obrazów z tej samej dekady podkreśla ciężar historii, atmosferę niepokoju i skrywanego cierpienia, wibrującego w przestrzeni i w ciałach bohaterów. Jednocześnie scena ta uwypukla delikatną, międzygatunkową empatię – bliskość wobec innych form życia, potrzebę ich upamiętnienia.

Recepta na rozproszenie

W książce Szepczące w ciemnościach. Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie zdołaliście spalić, w rozmowie z Martą Niedźwiecką zastanawiam się, czy niektóre formy terapii przypominają dawne wizyty u wiedźmy – do których chodziło się po pomoc, po zdjęcie klątwy melancholii, po wsparcie w przeżyciu żałoby.

Wpatrując się w słońce to film, który warto zobaczyć w kinie – w przestrzeni wyraźnie oddzielonej od codzienności, na ekranie większym od nas samych, który potęguje senną, hipnotyczną strukturę opowieści. Dziś, w czasie nieustannego rozproszenia telefonami, kinowy seans zyskuje nowy wymiar. Przypomina zbiorowe doświadczenie rytualne, niemal religijne. Gaśnie światło, nie powinno się wstawać ani przeszkadzać. Seans Wpatrując się w słońce jest jednocześnie wizytą u terapeuty i u czarownicy. Rytuałem, który nie obiecuje ulgi, ale pozwala spojrzeć prosto w to, co boli.

**
Zofia Krawiec — dziennikarka, kulturoznawczyni, artystka i kuratorka wystaw sztuki współczesnej. Autorka książek Miłosny Performans (wyd. Lampa i Iskra Boża, 2016) i Szepczące w ciemnościach (wyd. Znak, 2023).

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie