Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Amerykanizacja TikToka. Większy apetyt na dane i nowa, subtelniejsza cenzura

W styczniu amerykański oddział TikToka przeszedł pod kontrolę amerykańskich inwestorów, wśród których znaleźli się sojusznicy aktualnej administracji. Niedługo potem na platformie doszło do przypadków ograniczania zasięgów treściom atakującym m.in. ICE czy samego Trumpa. Czy trzeba się przyzwyczajać do tego rodzaju ukrytej cenzury?

ObserwujObserwujesz
Celnie!

2

Chińska platforma społecznościowa nie pierwszy raz jest w centrum kontrowersji. Bywa oskarżana o zbieranie wrażliwych informacji i brak należytej ochrony prywatności użytkowników. Do tego jest wyjątkowo skutecznym narzędziem siania dezinformacji, wykorzystywanym szczególnie chętnie przez prawicowych populistów. W Europie TikTok wielokrotnie był karany za różnego rodzaju naruszenia przez władze unijne i krajowe, ale najdalej posunęły się Stany Zjednoczone za kadencji Joe Bidena.

W 2024 roku ByteDance, chiński właściciel TikToka, został postawiony przed wyborem – albo odsprzeda swój amerykański oddział lokalnym inwestorom, albo dalsze funkcjonowanie aplikacji zostanie zakazane na terenie USA. Nowa administracja z Donaldem Trumpem na czele rzuciła TikTokowi koło ratunkowe, odraczając egzekucję prawa, ale nie zrezygnowała z planów amerykanizacji platformy. Wiele wskazuje na to, że kierowano się przy tym również bardziej osobistymi interesami.

Zamerykanizowany TikTok bardziej łasy na dane użytkowników

Przez wiele miesięcy trwały negocjacje między Waszyngtonem, amerykańskimi korporacjami a chińskim właścicielem platformy, podczas gdy za sprawą wielokrotnego opóźniania wejścia w życie zakazu TikTok mógł funkcjonować bez żadnych przeszkód. Ostatecznie w grudniu 2025 roku podpisano wiążącą umowę, na mocy której amerykańscy inwestorzy objęli około 80 proc. udziałów w nowopowstałej spółce odpowiadającej za działanie platformy w USA, a ByteDance zatrzymał mniejszościowe 19,9 proc. Co ważne, wśród nowych właścicieli znaleźli się sojusznicy Donalda Trumpa, tacy jak prezes Oracle Larry Ellison. Sam prezydent z dumą deklarował, że TikToka przejmują „amerykańscy patrioci”.

Czytaj także Nie palcie społecznościówek, zakładajcie własne Michał Woźniak

Transakcję domknięto 22 stycznia tego roku, a nowy podmiot przejął kontrolę nad danymi użytkowników, moderacją i algorytmem rekomendacji, który ma być trenowany wyłącznie na amerykańskich danych. W efekcie powstała hybryda: stara platforma ze 170 milionami użytkowników, ale z korektami w sposobie funkcjonowania i przede wszystkim pod innym zarządem – kontrolę uzyskały lokalne korporacje, które odtąd wyznaczają granice tego, co na TikToku może być widzialne.

Zaktualizowany niedługo po zmianie właścicieli regulamin platformy zdradził większy apetyt na dane użytkowników. Po zaakceptowaniu nowego okienka z regulaminem TikTok uzyskuje zgodę na dostęp do dokładnych danych o lokalizacji, a nie tylko ogólnego położenia jak wcześniej. Platforma może też zapisywać informacje z interakcji z narzędziami AI i wykorzystywać zgromadzone dane do profilowania reklam. Regulamin dopuszcza ponadto gromadzenie wrażliwych informacji ujawnionych przez użytkownika, m.in. dotyczących pochodzenia etnicznego, poglądów religijnych, zdrowia, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, statusu imigracyjnego czy sytuacji finansowej. Gromadzenie danych to jednak w tej chwili mniejszy z problemów.

Byle nie krytykować ICE

Wkrótce po przejęciu platformy przez amerykańskie korporacje użytkownicy zaczęli zauważać, że materiały krytyczne wobec działań władz federalnych są nie tyle jawnie usuwane, ile grzęzną w cyfrowym niebycie: mają zerowe zasięgi, nie pojawiają się w rekomendacjach, znikają z wyników wyszukiwania. Zamiast milionów wyświetleń – marne tysiące. Tego rodzaju shadowban miał dotknąć m.in. konta polityków Partii Demokratycznej czy celebrytów, którzy krytykowali akcje ICE w Minneapolis. Hasztagi w rodzaju #fuckice z automatu prowadziły do cięcia zasięgów lub usuwania wpisów. Nawet nagrania zamieszczane przez czołowe zagraniczne media (jak BBC czy „The Guardian”) bywały blokowane w Stanach Zjednoczonych.

Słuchaj podcastu:

Nowi właściciele tłumaczyli, że wszystkiemu winne były jedynie przejściowe „problemy techniczne”, spowodowane gwałtownymi opadami śniegu, które zaburzyły funkcjonowanie licznych centrów danych. Czemu w takim razie nie odnotowano spadku zasięgu wpisów zamieszczanych przez konta bliższe republikanom? Zbieg czasowy z przebudową algorytmu i zmianą polityk prywatności sprawia, że trudno wierzyć w niewinność tych awarii. Tego samego zdania jest część wpływowych demokratów – przykładowo gubernator Kalifornii Gavin Newsom zapowiedział wszczęcie śledztwa w celu zbadania, czy TikTok rzeczywiście cenzuruje treści krytyczne względem administracji Trumpa. Da się również zauważyć falę zainteresowania konkurencją zamerykanizowanej platformy, ponieważ rekordowe liczby pobrań odnotowuje UpScrolled, który teraz przedstawia się jako wolna od cenzury alternatywa dla TikToka.

Nie jest to pierwszy taki exodus, ponieważ przed rokiem duża liczba Amerykanów w obawie przed banem grożącym chińskiej platformie przeniosła się na RedNote, inny portal z tego samego kraju. Jak na ironię, znacznie bardziej cenzurowany pod kątem politycznym i przesiąknięty rządową propagandą. Oczywiście sam TikTok chyba nigdy nie był wyłącznie narzędziem rozrywki i komunikacji, dezinformacja polityczna od lat stanowiła istotną część kontentu podawanego użytkownikom, ale w wyniku amerykanizacji platforma w coraz większym stopniu staje się filtrem władzy, w którym kształt debaty publicznej warunkują algorytmiczne decyzje prywatnych podmiotów operujących w imię wytycznych narzuconych przez elity finansowo-polityczne.

Widmo ukrytej cenzury krąży nad mediami społecznościowymi

W tym kontekście zabawne są rozpowszechniane w mediach społecznościowych przez prawicowe konta fake newsy o planach UE dotyczących stworzenia własnego odpowiednika portalu X, który miałby się nazywać W. Takim informacjom nieodłącznie towarzyszą kpiny, że „w” odpowiada wyrazowi „woke”, a hipotetyczny serwis byłby ostro cenzurowany przez unijnych biurokratów – nie to co platforma należąca do Elona Muska, na której nawet nazistowskie konta mają się świetnie i nie spotykają się z reakcją moderujących. A może taką cenę po prostu trzeba zapłacić za możliwość nieograniczonej ekspresji politycznej?

Czytaj także Jak śpisz, to pracujesz. Jak klikasz, też pracujesz. A Facebook zabiera ci wartość dodatkową Michał Sutowski

Brak banów w narracji prawicy ma stanowić gwarancję wolności słowa, ale polityka właścicieli platform społecznościowych pokazuje, że cenzura może być nawet skuteczniejsza bez uciekania się do tak bezpośrednich metod. Gdy treści krytyczne wobec wybranych instytucji, takich jak ICE czy inne organy państwowe, znikają nie w wyniku ręcznego usunięcia, lecz dlatego, że algorytmy ich nie promują, nie mamy już do czynienia z klasycznym banowaniem, tylko z nową formą cenzury – bardziej subtelną, ukrytą w logice widoczności i zasięgów.

Tego rodzaju władza nad widzialnością oznacza, że pewne narracje są systematycznie równane z ziemią, nie poprzez zakaz, lecz za sprawą marginalizacji ich obecności w przestrzeni publicznej, co na TikToku stało się bardzo widoczne w momencie, gdy platforma została „zamerykanizowana”: nowy algorytm, nowe priorytety, nowa polityka moderacji treści. Ten konkretny przypadek stanowi problem przede wszystkim dla amerykańskiej publiki, ale sposób działania jest wspólny dla wielu platform, także tych dostępnych w Europie. Stąd podejmuje się coraz większe wysiłki na rzecz regulacji mediów społecznościowych.

O ile pomysły odgórnego stworzenia alternatywy dla X to mrzonki, niezależnie od potencjalnych zalet takiego rozwiązania, o tyle przeciwdziałanie dezinformacji na istniejących platformach jest jak najbardziej możliwe – świadczą o tym np. ostatnie działania hiszpańskiego rządu. Premier Sanchez ogłosił, że na mocy nowego prawa manipulowanie algorytmami będzie nielegalne, a odpowiedzialność prawną ponosić będą kierownicy platform. Inną pozytywną wiadomością tego tygodnia jest wizyta francuskiej policji w paryskim biurze portalu X, która miała na celu zebranie dowodów potencjalnie potwierdzających mataczenie przy algorytmach i nielegalne zbieranie danych. O ile w Stanach Zjednoczonych właściciele platform społecznościowych cieszą się poparciem władz, o tyle w Europie jest jeszcze nadzieja na ukrócenie ich samowoli – jeśli tylko legislatorom nie zabraknie stanowczości w relacjach z korporacjami i stojącą po ich stronie amerykańską administracją.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie