Popęda: Bernie Sanders wciąż woła na puszczy
Człowiek, który od lat wyznaje szlachetne zasady, nie ma żadnych szans w starciu z milczącym posągiem Hillary Clinton.
Imperium wolności i nierówności.
Człowiek, który od lat wyznaje szlachetne zasady, nie ma żadnych szans w starciu z milczącym posągiem Hillary Clinton.
Ameryka rozlicza się nie tyle z samym zamachowcem, ile raczej usobieniem społecznych lęków: „zdrajcą”, „dżihadystą”, „radykałem”.
Po raz pierwszy o protestach czarnoskórej ludności zaczyna się mówić nie jako o zamieszkach chuliganów, lecz miejskiej insurekcji.
Gdyby oburzeni mieszkańcy Baltimore nie wyszli na ulice, nie byłoby dziś zarzutów dla policjantów.
Hillary Clinton to żadna rewolucja. Ale równościowa polityka centrum może się okazać bardzo potrzebna.
Czy powołując się na „sumienie”, można dyskryminować innych obywateli? W Indianie i Arkansas już tak.
Czyli o takim jednym, co chce zostać prezydentem, żeby zbawić nas od rządu.
„Hands up, don’t shoot”, powtarzali przez pół roku protestujący. Wszystko znów zniweczyły strzały.
Czy Netanjahu wyobraża sobie, że jest Churchillem, żeby pouczać amerykańskiego prezydenta?
Czy w wyścigu o amerykańską prezydenturę w 2016 roku zostanie złamane kolejne tabu i do Białego Domu wreszcie wystartuje kobieta? Kandydatki już są, dwie.