🗳️ W Badenii-Wirtembergii, jednym z najbogatszych landów Niemiec, odbyły się wybory do parlamentu krajowego. Land od 2011 roku rządzony jest przez Zielonych w koalicji z chadecją.
🌱 W głosowaniu zwyciężyli Zieloni, ale prawdopodobna pozostaje kontynuacja dotychczasowej koalicji z CDU. Bardzo słaby wynik odnotowała SPD, która ledwo przekroczyła próg wyborczy.
📈 Alternatywa dla Niemiec (AfD) niemal podwoiła poparcie w porównaniu z poprzednimi wyborami. Wynik partii wpisuje się w szerszy trend wzrostu skrajnej prawicy w niemieckiej polityce regionalnej.
Jakub Majmurek: Przed wyborami krajowymi w Badenii-Wirtembergii rządzili Zieloni i chadecy, po wyborach, jak wszystko wskazuje, ciągle będą rządzić Zieloni i chadecy. Czemu wyniki przedstawiane są więc jako polityczne zaskoczenie?
Patrycja Anna Tepper: Zależy, z jakiej perspektywy patrzymy. Z punktu widzenia dwóch partii rządzących w tym kraju związkowym nie było zaskoczenia, od początku spodziewano się kontynuowania koalicji. Nie ma zresztą dla niej żadnej alternatywy w parlamencie krajowym, poza „konserwatywną koalicją” chadeków z AfD, co CDU wyklucza.
Z perspektywy federalnej zaskakujący był wysoki wynik Zielonych, którzy w niedzielę zdobyli najwięcej głosów, oraz bardzo słaby wynik socjaldemokratów. SPD zdobyło wynik zbliżony do Die Linke a niewiele brakowało, by znalazło się pod progiem – wtedy w parlamencie krajowym mielibyśmy tylko trzy partie i AfD jako jedyną opozycję.
Skąd tak dobry wynik Zielonych? Mogłoby się wydawać, że w Europie nie ma dziś sprzyjającej koniunktury dla zielonej polityki.
Zieloni rządzą w Badenii-Wirtembergii od 2011 roku, to jedyny kraj związkowy, gdzie mieli premiera krajowego. Pełniący ten urząd od 15 lat Wienfried Kretschmann potrafił dostosować przekaz partii do potrzeb silnie przemysłowego regionu, gdzie kluczową rolę odgrywa przemysł motoryzacyjny. W dialogu z przedsiębiorcami stworzył pragmatyczny odłam Zielonych, o którym mówiło się czasem, że do głównego nurtu niemieckich Zielonych ma się jak CSU do CDU.
W tym roku to nie Kretschmann był kandydatem Zielonych na premiera.
Nie, ale nowy lider Zielonych w regionie, Cem Özdemir, kontynuował jego pragmatyczną linię. Kampania była bardzo spersonalizowana, na plakatach pokazywany był Özdemir z Kretschmannem, a logotyp partii był niemalże niewidoczny.
Tymczasem lider chadeków w regionie, Manuel Hagel, był słabo rozpoznawalny. Zaszkodziło mu też ujawnione na ostatniej prostej kampanii nagranie, w którym opowiada, jak – już jako polityk – odwiedził szkołę średnią, gdzie 80 proc. stanowiły uczennice, i zaczął rozpływać się nad wyglądem jednej z nich w sposób, który został uznany za niesmaczny. To mogło przyczynić się do tego, że Zieloni mieli około 34 proc. poparcia wśród kobiet.
Zadecydowały personalne względy?
Nie tylko. Zielonym sprzyjało też to, że w Badenii-Wirtembergii jest wiele miast uniwersyteckich, a to w nich partia ma swoich wyborców. Wielu też w ostatniej chwili zdecydowało się na głosowanie taktyczne, by nie wygrali chadecy – zwłaszcza wyborcy socjaldemokracji.
W Niemczech mamy kryzys energetyczny, który pogarsza sytuację po tym, jak w kraju zlikwidowano energetykę jądrową. Elektrownie jądrowe zamykali co prawda chadecy, nie Zieloni, ale to Zieloni zawsze byli najbardziej antyatomową partią – to im dziś nie szkodzi?
W Badenii-Wirtembergii Zieloni doszli do władzy na fali protestów antyatomowych po katastrofie w Fukushimie. W tym kraju związkowym zawsze byli w stanie przedstawić zieloną transformację w kategoriach zielonego high tech, jako środek zwiększający konkurencyjność niemieckiego przemysłu i uniezależniający go od dostaw energii z zewnątrz.
To, że chadecy, mimo odejścia popularnego Kretschmanna, nie byli w stanie odzyskać władzy w landzie, który długo był ich bastionem, można odczytać jako żółtą kartkę dla rządu Merza?
Rząd przedstawia wyniki wyborów jako swój sukces, CDU zwiększyła liczbę mandatów w parlamencie kraju związkowego. Choć wbrew nadziejom chadeków wygrali Zieloni, to obie partie mają ostatecznie taką samą liczbę mandatów. Przewodniczący frakcji CDU w Bundestagu zaproponował nawet wariant z „rotacyjnym” premierem krajowym – przez pół kadencji miałby nim być Özdemir, pół Hagel – ale Özdemir dał do zrozumienia, że to na tyle niepoważna propozycja, że nie ma sensu o niej rozmawiać.
Merz bardziej niż wynikami z Badenii-Wirtembergii powinien się przejmować sondażami, w których 78 proc. Niemców deklaruje, że rząd nie wywiązuje się ze swoich obietnic. Na pewno niepokojącym sygnałem jest to, że kampania w kraju związkowym toczyła się wokół gospodarki, a to jest ciągle temat, gdzie największe kompetencje Niemcy ciągle przypisują chadekom – a mimo tego nie byli oni w stanie wygrać.
Co się stało z SPD, że zdobyła tylko 5,5 proc. głosów? Po wyborach federalnych w Niemczech rozmawiałem z prof. Rafałem Chwedorukiem, który mówił, że SPD mogła się znaleźć na podobnej drodze, jak włoska Partia Demokratyczna, zmieniając się w partię faktycznie regionalną, z poparciem ograniczonym do miast północno-zachodnich Niemiec. Wyniki z niedzieli mogłyby potwierdzać tę hipotezę?
Tak to trochę wygląda. SPD ciągle ma swoje bastiony, ale erozja jej poparcia jest bardzo widoczna. 22 marca mamy wybory krajowe w Nadrenii-Palatynacie, gdzie dziś rządzi SPD – pewnie wygra, ale z poparciem niższym o 10-15 punktów procentowych niż zdobywała tam jeszcze kilka lat temu.
Te spadki poparcia wiążą się przede wszystkim z odpływem elektoratu robotniczego, co było też widać w Badenii-Wirtembergii, gdzie wyborców SPD przejęła głównie AfD. Często nie bezpośrednio – wyborcy SPD najpierw na jakiś czas przestali głosować w ogóle, a potem udzielili poparcia AfD.
Dlaczego pracowniczy elektorat porzuca SPD?
Według badań Niemcy uważają, że SPD bardziej troszczy się o ludzi pobierających zasiłki niż o pracujących. Elektorat ma poczucie, że to niesprawiedliwe, że rodziny na zasiłkach mają niewiele mniej niż te, które ciężko pracują, że zasiłki są nadużywane, a SPD nic nie chce z tym robić.
SPD nie ma dziś tematu, który politycznie by do niej należał, tak jak ochrona środowiska należy do Zielonych. Podnosi kwestie mieszkalnictwa, kosztów życia, opieki społecznej, ale tu skuteczną konkurencją jest Die Linke. Partia płaci też cenę za udział w koalicji, podejmującej niepopularne wśród jej wyborców decyzje.
W przyszłym roku SPD ma przedstawić nowy program bazowy, ale to może być trochę za późno – w tym roku mamy jeszcze cztery wybory krajowe i taki program, odpowiadający na wyraźny kryzys partii, powinien być przygotowany wcześniej.
Coś jeszcze jest źródłem problemów SPD?
Brak oferty dla młodych ludzi, z czym też Die Linke radzi sobie dużo lepiej. SPD brakuje młodych liderów, potrafiących komunikować się np. na TikToku. Treści dla młodych ludzi przygotowują starsi politycy i często wychodzi żenująco. Die Linke i AfD nie boją się ostrego języka i są dzięki temu odbierane jako autentyczne – SPD ma z tym problem.
Wynik AfD w Badenii-Wirtembergii jest sukcesem?
Partia liczyła na przebicie bariery 20 proc. poparcia, ale trzecie miejsce i 18,8 proc. głosów – dwukrotnie więcej niż w 2021 – to coś, czego trudno nie uznać za sukces. Tym bardziej że w kampanii partia mierzyła się ze skandalami związanymi z nepotyzmem, jej politycy zatrudniali w swoich biurach członków rodzin partyjnych kolegów. Dla antysystemowej partii to bardzo niebezpieczne, bo wyborcy mogą uznać, że jest ona tak samo skorumpowana, jak reszta.
Co napędza poparcie AfD w Badenii-Wirtembergii, jednym z najbogatszych krajów związkowych Niemiec? Kto tam na nich głosuje?
Dane pokazują, że to osoby pracujące najemnie, deklarujące złą sytuację finansową, w średnim wieku i ze średnim wykształceniem. Wielu wcześniej nie głosowało. Kandydat partii na premiera krajowego, Markus Frohnmaier, w trakcie kampanii o piątej rano pojawiał się z kawą pod bramami zakładów motoryzacyjnych i rozmawiał z robotnikami – ta strategia bardzo dowartościowała pracowników bez dyplomu i ich pracę. Duża część wyborców AfD to osoby, które wcześniej miały poczucie baku reprezentacji politycznej. Pamiętajmy, że od 15 lat w Badenii rządzą Zieloni i część wyborców jest tym zmęczona.
Jednocześnie badania pokazują, że coraz więcej osób w tym kraju związkowym głosuje na AfD nie z chęci zaprotestowania, a z przekonania. Wyborcy przypisują jej kompetencje w takich obszarach, jak bezpieczeństwo i migracja. W wyborach w Badenii partia przedstawiła dość umiarkowane jak na siebie stanowisko w sprawie migracji. Nie podnosiła hasła remigracji, co postulują jej politycy na wschodzie. Zamiast tego przekonywała, że Badenia-Wirtembergia, jako kraj wypracowujący 15 proc. niemieckiego PKB, jest nadmiernie obciążana migracją, i domagała się referendum w tej sprawie.
W kampanii zaistniały tematy Rosji czy sprzeciwu wobec zielonej transformacji?
Polityka zagraniczna nie była głównym tematem. Choć Frohmaier jest bardzo prorosyjską figurą – jeździł jako obserwator na wybory do Rosji, a nawet pojawił się w wewnętrznym dokumencie administracji Putina jako postać, którą można łatwo kontrolować. W kampanii mówił trochę o tym, że kluczem do utrzymania zamożności Badenii-Wirtembergii jest przywrócenie dostaw tanich surowców z Rosji.
Ogólnie AfD odwoływała się do pragnień ludzi, by „było jak dawnej”: żeby płynęły tanie surowce z Rosji, a region bogacił się na produkcji aut spalinowych, bo jak zerwiemy z „ideologią”, to ludzie znów będą je chętnie kupować.
Trump pomaga AfD?
Nie do końca, bo partia i jej wyborcy są głęboko przywiązani do suwerenności i niezależności Niemiec. Politycy AfD, którzy obwieszają się gadżetami MAGA i ciągle latają do Stanów, bywają wręcz oskarżani o zdradę narodową.
AfD nie podoba się też wojna w Iranie – partia przekonywała latami, że wszystkie konflikty należy rozwiązywać na drodze dyplomatycznej, a wcześniej zachwalała Trumpa jako „prezydenta pokoju”. Sprawdzałam nawet, czy przed wyborami w Badenii AfD znów poparł Elon Musk, ale nic nie znalazłam – może faktycznie doszło do ochłodzenia stosunków.
Mamy w tym roku jeszcze wybory krajowe w Nadrenii-Palatynacie, Saksonii-Anhalt, Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Czego się po nich spodziewać?
Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidywalnego, np. kolejny atak terrorystyczny, to będą przebiegać wokół tematów związanych z gospodarką i kosztami życia.
Możliwe, że w którymś z nich dojdzie do sytuacji, w której nie będzie się dało stworzyć rządu krajowego bez AfD?
Myślę, że w Saksonii-Anhalt to jak najbardziej realny scenariusz, AfD ma tam dziś 40 proc. poparcia. Po wyborach może dojść do tego, że nie da się zbudować żadnej większości bez AfD, a nawet że Alternatywa zdobędzie samodzielną większość – co byłoby trzęsieniem ziemi dla całego niemieckiego systemu politycznego. Także w Meklemburgii AfD ma poparcie pod 40 proc., ale tam pewnie uda się zmontować jakąś blokującą ich koalicję.
CDU nie będzie zastanawiać się, czy nie warto przerwać kordonu sanitarnego wokół AfD?
Myślę, że on się utrzyma jeszcze przez jakiś czas. Gdyby pękł, byłaby to wielka plama na honorze Friedricha Merza, bo obiecywał, że tak długo, jak będzie szefem CDU, żadnych koalicji z AfD nie będzie. Choć nie wszyscy w partii się z tym zgadzają, np. szef frakcji CDU/CSU w Bundestagu Jens Spahn sugerował, że trzeba przemyśleć strategię wobec AfD. Podobne głosy płyną ze wschodu, gdzie lokalni politycy muszą sobie radzić z silną Alternatywą.
Być może dojdzie do stopniowej zmiany definicji kordonu. Więc na pewno nie koalicja, w której AfD współtworzy rząd krajowy, ale np. rząd mniejszościowy popierany przez nich w wybranych głosowaniach. Bo dziś w sytuacji, gdy projekt może przejść tylko z poparciem AfD, chadecy szukają innej większości albo go wycofują. To będzie prowadzić do normalizacji AfD i w końcu być może wspólnych rządów w którymś z krajów związkowych na wschodzie.
Inna sprawa, że udział w rządach mógłby „odczarować” AfD – pokazać, że ostatecznie nie jest ona w stanie prowadzić innej polityki niż partie głównego nurtu.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.