Jego śmierć nie pasowała do legendy, którą przez dekady pisał sam o sobie. Nie było helikopterów, kowbojskich kapeluszy ani blasku fleszy w Pałacu Prezydenckim. 1 lutego 2026 roku serce 63-letniego Mikuláša Varehy poddało się w karetce na wyboistej drodze do szpitala w Kráľovskim Chlmcu.
Dla Bratysławy ta śmierć to domknięcie archiwum osobliwości słowackiego kapitalizmu – finał tragifarsy o człowieku, który wyłudził od skarbu państwa niemal 60 milionów euro, handlując miliardami korników. W narracji centrum Vareha pozostawał groteskowym błędem transformacji: reliktem lat 90., który należało osądzić i zamknąć, by móc symbolicznie odciąć się od „dzikiego wschodu”.
Jednak na samym Dolnym Zemplinie, regionie na styku Słowacji, Węgier i bliskiej Ukrainy, który od dekad funkcjonuje w trybie przetrwania, ta wiadomość wybrzmiała zupełnie inaczej. Tam, gdzie do dziś rdzewieją szkielety jego niedokończonych inwestycji, nie wspominano VAT‑owskich oszustw. Wspominano człowieka, który „dawał robotę”, gdy państwo po 1989 roku spisało te tereny na straty.
Ta dwoistość – między oszustem z telewizji a „naszym Mikim” z sąsiedztwa – to brutalna lekcja z geografii politycznej: Vareha nie wypełnił luki w prawie; on wypełnił lukę po nieobecnym państwie.
Korniki na salonach
W optyce bratysławskich elit Mikuláš Vareha był ucieleśnieniem wszystkiego, od czego Słowacja chciała uciec w drodze do europejskiej nowoczesności. Był „błędem w kodzie” transformacji, reliktem lat 90. ubranym w kowbojski kapelusz. Symbolem przenikania się „dzikiego wschodu” z „oficjalnym centrum” stała się fotografia z 2008 roku: Vareha i prezydent Ivan Gašparovič siedzą przy kawie w Pałacu Prezydenckim. Na zakurzonym oknie opuszczonej stacji benzynowej Varehy w Slovenskim Novym Meste to wyblakłe zdjęcie można dostrzec do dziś.
Historia tego zdjęcia to czysta komedia pomyłek. Rzecznik prezydenta najpierw zaklinał się, że do spotkania nigdy nie doszło. Zmienił zdanie dopiero, gdy dowód podsunięto mu pod nos. Wtedy przyszło tłumaczenie: Vareha przywiózł owoce dla domów dziecka, które miała rozdać fundacja żony prezydenta. Dla kraju przekaz był jasny: król oszustów kupuje sobie legitymację na najwyższych szczeblach władzy.
Stolica z niedowierzaniem śledziła też proces, w którym główną rolę odegrały… korniki. Mechanizm był bezczelny: Vareha stworzył sieć 51 firm handlujących między sobą „powietrzem”. Kluczowym towarem stało się 414 milionów korników, które – według dokumentacji – robotnicy mieli zbierać ręcznie miotełkami do wiader, by posłużyły jako wysokobiałkowa karma dla bażantów. Dla państwowej machiny był to dowód na absolutne szaleństwo. Urzędnicy liczyli miliony euro VAT-u zwróconego za transakcje, które odbywały się tylko na papierze. Była to kompromitacja aparatu państwa – dowód, że system kontroli podatkowej można zamienić w teatr absurdu. Wyrok dziewięciu lat więzienia miał przywrócić instytucjom powagę.
Państwo nie zauważyło tylko jednego: poza rolą kontrolera i egzekutora nigdy nie próbowało być na wschodzie realnym aktorem rozwojowym.
Mesjasz z ludu
Zupełnie inny obraz wyłania się na polnych drogach Dolnego Zemplina. Tutaj Vareha to postać wspominana z nostalgią: „on nam dawał żyć”. W regionie dotkniętym strukturalnym bezrobociem i masową emigracją zarobkową każda praca miała większą wartość niż abstrakcyjne hasła o praworządności.
Po 1989 roku wschodnia Słowacja została w praktyce wypchnięta poza główny nurt modernizacji. Inwestycje zagraniczne i infrastrukturalne koncentrowały się wokół Bratysławy i zachodniej części kraju, podczas gdy w wielu powiatach bezrobocie przez lata utrzymywało się na dwucyfrowym poziomie. Vareha ze swoimi szalonymi wizjami idealnie wpasował się w tę pustkę; lokalni pracownicy pamiętali, że u Varehy „zawsze były pieniądze, wypłata zawsze była na czas”. W takim krajobrazie Vareha – zatrudniający 600–700 osób i oferujący regularne wynagrodzenie – stał się konkretną alternatywą wobec państwa, które istniało głównie w formie urzędowych pism i kontroli.
Jego etyka była feudalna, ale skuteczna. Zakładowe stołówki z darmowymi posiłkami, dyskoteki, mecze bokserskie finansowane z własnej kieszeni – wszystko to budowało kapitał lojalności. Nawet najbardziej absurdalne projekty, jak plany sprowadzenia 32 słoni czy budowy gigantycznej piwnicy winnej, odbierano nie jako ekscentryzm, lecz jako obietnicę: że Zemplin może być czymś więcej niż rezerwuarem taniej siły roboczej.
To nie była naiwność. To był racjonalny wybór w warunkach chronicznego braku alternatyw.
Vareha nie był klasycznym kapitalistą. Był lokalnym kacykiem, który drenował abstrakcyjny budżet państwa, by środki wtłaczać w lokalną gospodarkę w sposób bezpośredni, widowiskowy i politycznie skuteczny. Obietnice „miliona krów dla obywateli” czy darmowego gulaszu nie były programem – były strategią przetrwania.
Ten model populizmu działał, bo państwo na peryferiach pojawiało się niemal wyłącznie jako aparat represji: kontrola, mandat, komornik. Usługi publiczne, długofalowa polityka rozwojowa czy realna obecność instytucji były tam luksusem. Vareha wypełnił tę pustkę, oferując coś znacznie prostszego: obecność i gest.
Kiedy urzędnicy próbowali zatrzymać jego nielegalne inwestycje, odpowiadał językiem absurdu – twierdząc, że budynki stojące na palach nie są budynkami, lecz „czymś, czego nie ma”. Ta logika zawieszenia między prawem a rzeczywistością dobrze oddaje czasy jego dominacji.
Ruiny jako bilans transformacji
Dziś krajobraz Zemplina straszy ruinami tego imperium. Niedokończona piwnica winna, to co pozostało po ośrodku wypoczynkowym Vareha Beach, ziejąca pustką stacja benzynowa. Państwo, które wygrało walkę o VAT, wróciło po latach z planami „porządkowania terenu” – burzenia samowoli i egzekwowania zaległych podatków. Dla mieszkańców bilans jest gorzki: zniknął człowiek, który dawał pracę, zniknęły miejsca pracy, a pojawiło się państwo, które potrafi głównie rozliczać.
Powrót Varehy z więzienia w 2019 roku nie był triumfem. Świat stał się bardziej sformalizowany, mniej podatny na podatkową partyzantkę. Osiadł w Boršy, złożył wniosek o emeryturę.
Mimo to do końca grał rolę ludowego trybuna. W 2023 roku, startując z listy partii Princíp, proponował program, który w stolicy wywoływał śmiech, a na Zemplinie brzmiał jak echo dawnej świetności: rozdać obywatelom milion państwowych krów. Nawet w obliczu bankructwa żądał od państwa miliardowego odszkodowania, które obiecał „rozdać ludziom”.
Upadłość konsumencka ogłoszona w 2024 roku była ostatecznym końcem jego mitu. Z imperium zostały długi sięgające 38 milionów euro i rozlatujący się dom sprzedany za ułamek tej kwoty. Rachunek zapłacili podatnicy.
Symptom, a nie przyczyna
Mikuláš Vareha nie był przyczyną problemów Zemplina. Był ich najbardziej jaskrawym objawem. Gdyby wschodnia Słowacja nie została systemowo zepchnięta na peryferie rozwoju, „Sir” Miki nigdy nie stałby się lokalnym królem. Jego sukces obnaża porażkę państwa.
W rzeczywistości był lustrem, w którym odbijają się zaniechania kolejnych rządów. Dopóki różnice między lśniącymi biurowcami nad Dunajem a rozpadającymi się wioskami Dolnego Zemplina będą tak głębokie, postacie takie jak on będą wracać.
Ludzie z Zemplina nie byli naiwni; dokonali racjonalnego wyboru. Woleli „króla oszustów”, który ich karmił, niż „uczciwe państwo”, które znają głównie jako aparat represji: kontrola, mandat, komornik.
**
Aleksandra Pyka – absolwentka słowacystyki Uniwersytetu Śląskiego. Tłumaczka języka słowackiego, autorka bloga slowacystka.pl.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.