Świat

Niemieccy konserwatyści nie pójdą na barykady

Po tym, jak Trybunał Konstytucyjny nakazał zrównać prawa związków partnerskich z małżeństwami, rząd federalny natychmiast uchwalił projekt ustawy.

Działając w podobnym duchu jak parlament we Francji, który w maju uchwalił ustawę o „małżeństwie dla wszystkich”, niemiecki federalny Trybunał Konstytucyjny już w lutym wzmocnił prawo do adopcji dzieci przez pary homoseksualne: partner osoby, która już wcześniej adoptowała dziecko, też będzie mógł je adoptować. Z kolei w odrębnym wyroku wydanym na początku czerwca trybunał nakazał rządowi federalnemu ustawowe zrównanie uprawnień „zarejestrowanych związków partnerskich”, w tym homoseksualnych, z małżeństwami heteroseksualnymi.

Trybunał stwierdził na przykład, że związki homoseksualne muszą być traktowanie w rozliczeniach podatkowych tak samo jak małżeństwa. Rząd federalny, spodziewając się takiego werdyktu, zareagował natychmiast i uchwalił projekt ustawy o równouprawnieniu, który już 27 czerwca został zatwierdzony przez Bundestag. Przeciw było tylko kilkunastu posłów chadecji.

Co ciekawe, cała sprawa przeszła prawie bez medialnego szumu czy jakichkolwiek protestów; znacznie więcej mediów relacjonowało choćby majowe wydarzenia we Francji czy aktualne w USA, gdzie Sąd Najwyższy 26 czerwca uznał, że małżeństwo nie jest tylko związkiem kobiety i mężczyzny.

Według nieoficjalnych informacji w Karlsruhe, gdzie mieści się siedziba Trybunału Konstytucyjnego, już toczą się dwie sprawy dotyczące adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Większość ekspertów wątpi, czy konstytucja uprawnia do dyskryminowania związków homoseksualnych przy adopcjach. Dlatego też przeciwnicy takiego rozwiązania nie pójdą na barykady; nawet większość konserwatystów z prawego skrzydła CDU/CSU wydaje się pogodzona z nadchodzącymi zmianami. „W kwestii prawa adopcji będziemy tylko wtedy działać, jeśli federalny Trybunał Konstytucyjny nam to nakaże”, powiedziała przewodnicząca bawarskiej chadecji (CSU) w Bundestagu, Gerda Hasselfeldt. Volker Bouffier, chadecki premier Hesji i przeciwnik równouprawnienia w kwestii adopcji, stwierdził tylko, że czuje „pewien dyskomfort”, gdy myśli o dwóch ojcach czy dwóch matkach wychowujących dziecko.

Popularna ministra pracy Ursula von der Leyen (CDU), matka siedmiorga dzieci, przez wielu typowana na następczynię Angeli Merkel, prezentuje nowoczesne oblicze chadecji.

„Nie znam żadnego badania, które stwierdza, że dzieciom wychowywanym przez związki tej samej płci jest inaczej niż tym wychowywanym przez małżeństwa różnej płci”, powiedziała na początku czerwca. Także partner koalicyjny chadecji, liberalna FDP, jest za równouprawnieniem w tej kwestii, a liberalna ministra sprawiedliwości Sabine Leutheusser-Schnarrenberger od dawna forsuje odpowiednie zmiany.

Najgorliwsi przeciwnicy adopcji są mimo wszystko na Bawarii. „Nie istnieje żadne badanie, które potwierdza, że dzieci, które wychowują się u par tej samej płci, mają tak samo dobre dzieciństwo jak te, które wychowują się u par różnej płci”, powiedział poseł Norbert Geis (CSU) w ripoście na słowa von der Leyen. Geis argumentuje jak większość przeciwników równouprawnienia: podkreśla prawo każdego dziecka do matki i ojca i zwraca uwagę na Europejską Kartę Społeczną, w której jest ono zapisane także dla sierot.

W uzasadnieniu wspomnianego wyroku z lutego sędziowie Trybunału napisali: „Możemy wyjść z założenia, że bezpieczne warunki, w jakich żyją zarejestrowane związki partnerskie, mogą wspierać rozwój dzieci w taki sam sposób jak małżeństwa”. Rząd do lipca 2014 r. musi wprowadzić odpowiednią ustawę dającą parom homoseksualnym prawo do „sukcesywnej adopcji”. Dotychczas była ona zastrzeżona dla par heteroseksualnych. Natomiast już dziś możliwa jest w związkach homoseksualnych adopcja rodzonych dzieci partnera.

Zmiany w Niemczech zachodziły powoli. Od końca lat 60. w RFN systematycznie dekryminalizowano stosunki homoseksualne, stopniowo obniżano też na przykład tzw. wiek ochronny, od którego dopuszcza się stosunki seksualne. Od 2001 r. pary homoseksualne mogą zawierać związki partnerskie, choć do dziś nie mają tych samych praw co małżeństwa, na przykład w sprawach spadkowych, rozliczeniach podatkowych czy właśnie adopcji. Mimo rosnącej akceptacji społecznej wielu gejów i lesbijek nadal nie ujawnia swojej orientacji publicznie; zdarza się też, że dochodzi do aktów fizycznej przemocy przeciwko osobom homoseksualnym. Rośnie jednak prawna ochrona gejów i lesbijek, choćby dzięki obowiązującej od kilku lat ustawy antydyskryminacyjnej.

Dziś trzy czwarte Niemców popiera równouprawnienie par homoseksualnych z małżeństwami. Także wśród wyborców konserwatywnej chadecji blisko dwie trzecie pytanych opowiada się za równouprawnieniem. Według sondażu z 2010 r., przeprowadzonego przez organizację Mingle, 61 procent Niemców popierało pełne prawo do adopcji przez pary homoseksualne; sondaż z 2013 r. Instytutu Badań nad Klasą Średnią wykazał 63 procent poparcia dla takiego rozwiązania. 

A jakie jest zdanie samej Angeli Merkel? Nieokreślone, jak to często w jej przypadku bywa. Jeśli wiatr odpowiednio zawieje – na przykład wyniki sondaży będą jeszcze bardziej jednoznaczne lub też pojawi się kolejny wyrok Trybunału Konstytucyjnego – wówczas Merkel odpowiednio ustawi żagle. W chadecji od niedawna osoby homoseksualne działają dość aktywnie, tworzą nawet oficjalną organizację w ramach partii, „Lesbijki i geje w Unii” (LSU). Znane postacie homoseksualne to choćby były nadburmistrz Hamburga, Ole von Beust, czy też ekspert CDU ds. systemu zdrowia, Jens Spahn. Ten ostatni pyta retorycznie:

z jakiego powodu dzieci wychowywane przez pary homoseksualne cierpiałyby bardziej: homoseksualności swych rodziców czy nietolerancji otoczenia?

Mimo przeprowadzanych właśnie zmian i wyroków Trybunału temat równouprawnienia par homoseksualnych prawdopodobnie nie będzie odgrywał istotnej roli w ostatnich miesiącach kampanii wyborczej. Niewykluczone, że chadecja utraci część swojego najbardziej konserwatywnego elektoratu – ale nie wiadomo, na czyją rzecz. Nie ma bowiem na razie żadnej poważnej partii, czegoś w rodzaju niemieckiego odpowiednika PiS-u, który przejąłby ten potencjał. Ludzie ci mogą co najwyżej zagłosować na bardzo małe partie – albo nie zagłosować w ogóle. Część z nich według ekspertów właśnie tak zrobi. Straci na tym chadecja – ale zyska jednocześnie młodszych, bardziej progresywnych wyborców, którzy doceniają obyczajowe zmiany na prawicy. Nawet gdy forsowane są one przez sądy, a nie rządy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jan Opielka

| dziennikarz i publicysta
Publicysta piszący dla niemieckojęzycznych i polskich mediów, były stały korespondent z Polski dla dzienników niem. Frankfurter Rundschau i Berliner Zeitung.