Zima daje w tym roku w kość. Noce z kilkunastostopniowymi mrozami i dni z temperaturą bliższą minus 10 niż zeru trwają od końca grudnia, a mrozy utrzymać mogą się nawet do połowy lutego. Choć Rosja realizuje strategię energetycznego terroru nieprzerwanie od ponad trzech lat, dopiero tej zimy spełniły się czarne proroctwa o pękających rurach, soplach na klatkach schodowych i ogniskach rozpalanych w mieszkalnych dzielnicach.
Kreml skutecznie „programuje” ten kryzys, uderzając w energetykę właśnie wtedy, gdy konsekwencje są największe.
Rosyjskie drony i rakiety z precyzją atakują ukraińskie miasta, aż uda im się trafić w węzły systemu energetycznego: elektrownie, podstacje, stacje przesyłowe oraz elementy sieci zasilającej ogrzewanie i wodę. Wywołuje to kaskadowe wyłączenia prądu, ciepła i wody w niemal całym kraju. W rezultacie w większości mieszkań temperatura nie przekracza 15 stopni, w wielu jest niższa, a część w ogóle nie nadaje się do trwałego przebywania.
Temperatura spadła do poziomów, przy których każda przerwa w zasilaniu przestaje być „awarią”, a staje się wydarzeniem społecznym.
Względne ciepło
Na krawędzi znalazł się Kijów, na którym Rosjanie skupili swoje wysiłki. Zazwyczaj szare i posępne zimą miasto jest w tym roku zupełnie białe. Dniepr zamarł, drzewa skute są lodem, pod nogami skrzypi śnieg, na ulicach słychać burczenie generatorów. Pomimo szaleńczych napraw tysiące budynków nie mają ogrzewania. Większość ma prąd tylko kilka godzin na dobę. Czasem nie ma wody. Komfortowe warunki stały się wyjątkiem.
W mieszkaniu wybiera się jeden pokój, w którym da się utrzymać względne ciepło. Zasłania się okna, ogranicza ruch powietrza, oszczędza baterie. Najbardziej zdesperowani kijowianie śpią w rękawiczkach, kurtkach i czapkach, rozstawiają namioty wewnątrz mieszkań i podgrzewają cegły na kuchenkach gazowych, by się ogrzać.
Ciało znajdujące się wiele godzin w niskiej temperaturze usztywnia się i niekiedy dopiero po jakimś czasie przychodzi świadomość wychłodzenia. Rozdrażnienie i depresyjny stan, w oczywisty sposób będące wynikiem niskiej temperatury, zwodzą myśli na manowce. I wtedy właśnie potrzebny jest ruch, bo bezczynność pogłębia tylko poczucie beznadziei. Świadomy opór i solidarność pozwalają wyjść z pozycji ofiary.
Kto mógł, przez ostatnie trzy lata wyposażył się w powerbanki, ogrzewacze, śpiwory, grzałki, lampki – życie zmieniło się w nieustanny rytuał zarządzania deficytem. Ta „mikroekonomia energii” jest może najmniej widowiskowym, a najbardziej prawdziwym obrazem zimy w Kijowie.
Solidarność w postradzieckim neoliberalizmie
Mer ukraińskiej stolicy Witalij Kłyczko stwierdził, że miastu grozi katastrofa humanitarna. Tylko w styczniu ze względu na sytuację zmuszonych zostało do wyjazdu 600 tys. mieszkańców – z około 3–3,5 mln osób mieszkających w kijowskiej aglomeracji. Kryzys dotyka wszystkich, ale najmocniej uderza w najwrażliwsze grupy społeczne: ludzi starszych, samotnych, rodziny z dziećmi. Jego długofalowe skutki dla zdrowia i życia nie są od razu widoczne.
Walerij Antonowycz, 56-letni weteran poruszający się na wózku inwalidzkim, został niemal uwięziony we własnym mieszkaniu w bloku na kijowskim Charkowskim Masywie. Budynek w całości zależny od energii elektrycznej – temperatura w mieszkaniu spadła do minus pięciu stopni. Bez ogrzewania, z niesprawną windą i bez infrastruktury dla osób z niepełnosprawnościami mężczyzna trafił do szpitala w ciężkim stanie.
Obserwując przechodniów z trudem utrzymujących równowagę na oblodzonych, pozastawianych SUV-ami chodnikach, zastanawia dziwne współistnienie postradzieckiego neoliberalizmu – nierówności, znieczulicy – z duchem solidarności i aktywną postawą części społeczeństwa.
Choć Ukraińcy powtarzają, że połowa zimy za nami, najgorszy punkt może dopiero nadejść: władze ostrzegają przed kolejnymi masowymi atakami, w tym na zasilanie elektrowni atomowych. Elektrownia w Czarnobylu już została odcięta od zasilania, Rosjanie chcą prawdopodobnie doprowadzić do takiej samej sytuacji w Równem.
Wszystko to w połączeniu z presją na froncie, negocjacjami odbywającymi się pod kuratelą ludzi Trumpa oraz rozgoryczeniem z powodu niedawnego skandalu korupcyjnego w energetyce i innych wewnętrznych problemów składa się na obraz „Ukrainy na krawędzi”.
Przesuwanie granic
Rosjanie wierzą w niemal mitologiczną siłę zimy – to „rosyjski mróz” zatrzymał przecież armię Napoleona i Hitlera. Wykorzystanie zimna jako instrumentu politycznego szantażu jest dla nich oczywistym krokiem. I choć uderzają w najsłabszych, nie mają z tym problemu. W świecie silnych i słabych silni muszą bezustannie demonstrować swój cynizm, tak by nie pozostawić wątpliwości co do tego, do czego są zdolni.
W sytuacji erozji międzynarodowego prawa i rozpadu liberalnego ładu (przynajmniej deklaratywnie opartego na prawach człowieka) na rzecz nowego koncertu mocarstw, „rosyjska zima” zaprojektowana przez Kreml jest też wiadomością do Europy: co zrobicie z humanitarną katastrofą, którą przeprowadzamy na waszych oczach?
Choć gesty solidarności, takie jak polska zbiórka na generatory dla Ukrainy, mogą wydawać się czymś nieznaczącym wobec skali problemów, są dostrzegane. „Polaki molodcy” – podsumował zbiórkę, o której przeczytał w mediach, Wusul, Azer handlujący mandarynkami i owocami granatu w minus piętnastu stopniach.
Obecny kryzys przypomina o tym, że rosyjska strategia w Ukrainie jest strategią wojny totalnej, w której Rosja nie odróżnia wojskowych i cywili. Energetyczny szantaż wymierzony jest przecież w tych drugich. Choć rosyjska armia posuwa się do przodu w żółwim tempie i ponosi wielkie straty dla zdobycia niewielkiej ilości terytorium, presja, którą wywiera na ukraińskie społeczeństwo, tworzy darwinistyczne warunki, w których przetrwać mogą jedynie silni.
W ten sposób Rosja zmienia granice siłą. Zajęcie Pokrowska, miasta z przedwojenną populacją około 60 tysięcy, zajęło rosyjskiej armii półtora roku. Równolegle jednak przesuwają się granice społeczne. Wystarczy pojechać do Charkowa, Kijowa i Lwowa, by zrozumieć, że ukraińskie społeczeństwo zostało przesunięte na zachód. Choć charkowianie bez wątpienia są niezłomni, ich miasto stało się cieniem tego, czym było, podczas gdy Lwów ma dziś większą populację i potencjał ekonomiczny niż przed inwazją na pełną skalę.
„Słabym pizda” – głosi hasło od dawna popularne na Donbasie. Zima skończy się, nie skończy się polityka brutalnej presji. Każdy kolejny miesiąc wojny wymusza indywidualne wybory, które determinują przyszłość kraju. Dla wielu – coraz trudniejsze.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.