Serwis klimatyczny, Świat

Monbiot: Klimat na ostrzu noża

Plany obniżenia emisji dwutlenku węgla do zera w ciągu 30 lat osiągają tylko tyle, że spychają odpowiedzialność na przyszłe rządy. To tak, jakby powiedzieć: możemy dalej palić papierosy, bo ktoś kiedyś wynajdzie lek na raka płuc.

O rozstroju klimatu z całą pewnością możemy powiedzieć tyle, że nie będzie on procesem linearnym, gładkim i stopniowym. Tak jak jedna płyta tektoniczna może wsuwać się pod drugą nagłymi zrywami, powodując sporadyczne trzęsienia ziemi i tsunami, systemy naszej atmosfery będą przez pewien czas amortyzować stres, a potem nagle się załamią. A jednak wszystkie opracowane na świecie programy, które mają zatrzymać zmianę klimatu, zakładają jej linearność, gładkość i stopniowość.

Przyjęte na dziś plany zapobieżenia katastrofie zadziałałyby dla systemu prostego, takiego jak umywalka, w której można zakręcić kurek albo wyjąć korek i zaczekać, aż odpływ zrównoważy wpływ. Jednak w systemach złożonych, takich jak atmosfera, oceany czy biosfera, tego typu podejście raczej się nie sprawdzi.

Systemy złożone dążą do równowagi. Jeśli zbyt mocno wytrąci się je z jednej, mogą nagle wejść w inną. Powszechną właściwością systemów złożonych jest też to, że znacznie łatwiej doprowadzić je do przekroczenia punktu krytycznego niż przywrócić pierwotny stan. Realistycznie rzecz biorąc, odwrócenie takiej przemiany nie jest możliwe.

Raport klimatyczny IPCC: Stawką jest nasze przetrwanie

Dawne przeświadczenie, że Ziemi jeszcze daleko do przekroczenia punktów krytycznych jej systemów, zaczyna wyglądać niewiarygodnie. W niedawno opublikowanym artykule naukowcy ostrzegają, że południkowa cyrkulacja wymienna Atlantyku – system, który rozprowadza ciepło po świecie i napędza Prąd Zatokowy – prawdopodobnie „zbliżyła się właśnie do krytycznego przełomu”. Ta cyrkulacja kilkukrotnie ustawała i ruszała w okresie prehistorycznym, pogrążając Europę Północną i wschodnią część Ameryki Północnej w nieznośnym zimnie, podgrzewając tropiki i zakłócając monsuny.

Do progów wytrzymałości zapewne dążą też inne systemy: lądolody Antarktydy Wschodniej i Zachodniej, amazoński las deszczowy oraz arktyczna tundra i tajga, które gwałtownie uwalniają przechowywane związki węgla, napędzając spiralę dalszego ogrzewania.

Systemy Ziemi nie leżą w oddzielnych szufladkach. Kiedy jeden z nich zmienia swój stan, niczym kostka domina może spowodować to samo u innych. Do takich nagłych zmian może prowadzić globalny wzrost temperatur zaledwie o 1,5 czy 2 stopnie Celsjusza.

Oznaką zbliżania się systemu złożonego do punktu krytycznego często jest wzmożenie jego niestabilności: swoim zachowaniem zaczyna przypominać migocące światło bądź chwiejący się budynek. Skrajności pogodowe 2021 roku – kopuły ciepła, susze, pożary, powodzie i cyklony – mówiąc otwarcie, są przerażające. Jeśli w rezultacie globalnego wzrostu temperatur systemy Ziemi przełączą się na inny tryb, w zasadzie nie będzie różnicy między podjęciem działań nieadekwatnych a nierobieniem zupełnie niczego.

Cel działań zapobiegawczych, który wyznaczyła sobie większość świata – czyli zredukowanie emisji netto do zera do 2050 roku – przestaje wyglądać racjonalnie czy bezpiecznie. To prawda, że naszą jedyną nadzieją na zapobieżenie katastrofalnemu rozstrojowi klimatu jest jakaś wersja zera netto. Chodzi o zmniejszenie stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze przez połączenie wycofania związków węgla z gospodarki z redukcją objętości dwutlenku węgla, który już trafił do atmosfery. Zrobiło się za późno, by osiągnąć temperaturowe cele porozumienia paryskiego, nie spełniając obu tych wymagań. Mamy jednak dwa problemy: szybkości i rzetelności. Niektóre obietnice wydają się stworzone do tego, żeby je złamać.

W swoim najgorszym wydaniu obietnica zera netto do 2050 roku jest narzędziem do spychania odpowiedzialności w czasie i przestrzeni, ponieważ obecnym władzom pozwala zrzucić obciążenia na barki władz jutrzejszych. Każdy przemysł patrzy, jak przekazać pałeczkę innemu. Kim jest ten tajemniczy ktoś inny, kto wyciągnie wszystkie gazy cieplarniane z atmosfery?

Ich plany opierają się na tym, że albo technika, albo przyroda pochłonie dwutlenek węgla, który oni wciąż chcą wytwarzać. Mowa o technologiach takich jak wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla (czyli odprowadzanie emisji z elektrowni czy cementowni i grzebanie ich w warstwach geologicznych) albo bezpośrednie wychwytywanie CO2 z powietrza („odsysanie” go z atmosfery i znów grzebanie).

Piekło przenosi się na Ziemię

Jednak Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu wskazuje, że tego rodzaju rozwiązania są „podatne na liczne ograniczenia związane z ich wykonalnością i możliwością utrzymania” na wielką skalę. Nie jest prawdopodobne, by można je było wdrożyć na odpowiednią skalę w przyszłości – z podobnych powodów, dla których nie osiągnęliśmy tej skali do dziś mimo 20 lat dyskusji, a mianowicie z powodu barier technicznych i logistycznych. Władze tymczasem mówią: nic nie szkodzi, możemy dalej palić papierosy, bo ktoś kiedyś wynajdzie lek na raka płuc.

Pozostaje więc przyroda, czyli zdolność żywych systemów Ziemi do wchłaniania wytwarzanych przez nas gazów. Jak wskazuje raport organizacji ActionAid, nie ma na świecie tyle ziemi, by spełnić obietnice zrównoważenia emisji gazów cieplarnianych złożone już przez firmy i rządy.

Nawet ci, którzy posiadają ziemię, chcą, by ktoś inny zajął się ich emisjami: w Wielkiej Brytanii związek zawodowy rolników National Farmers Union celuje w zero emisji netto. Jednak takie zobowiązania składane przez inne sektory mogą zadziałać tylko pod warunkiem, że emisje netto z gruntów rolnych spadną daleko poniżej zera. To zaś oznacza koniec masowej hodowli zwierząt, ponowne zalesienie znacznych terenów oraz odnowę torfowisk i innych naturalnych składowisk związków węgla. Ale takich planów nie ma. Z emisjami dwutlenku węgla z rolnictwa będzie musiał sobie radzić ktoś inny; może to będą właściciele gruntów na Wenus albo Marsie.

Polityczny realizm wiedzie do katastrofy

czytaj także

Nawet jeśli wliczy się składowiska i wszystkie obiecywane nowinki techniczne, obecnie prowadzona polityka skazuje nas na wzrost temperatur wprost horrendalny, aż o 2,9°C. Podjąć ryzyko nieodwracalnej zmiany przez działanie w tak niespiesznym tempie, polegać na nieuruchomionych technologiach i nieistniejących pojemnościach – to przepis na katastrofę.

Jeśli systemy Ziemi przekroczą swoje progi krytyczne, wszystko, co robiliśmy i kim byliśmy – ta wiedza, mądrość, opowieści, sztuka, polityka, cały gniew i cała nadzieja – legną pośród warstw geologicznych. Płynna, linearna transformacja już nie wystarczy, to wiemy. Został nam tylko skok na głęboką wodę.

**
George Monbiot jest dziennikarzem i działaczem ekologicznym. Publikuje w „Guardianie”. Jego najnowsza książka nosi tytuł Out of the Wreckage.

Artykuł ukazał się na blogu autora. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij