Gęste kłębowisko chaotycznych linii. Nie widać końca ani początku. Żadnego zarysu postaci czy przywództwa. Nad tym wszystkim jedna flaga – krzyżacka. Stanisław Wyspiański, 1900 rok, Karykatura Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki. Oraz Jemen, rok 2026. Tylko że tu flag jest więcej. Rozłamowcy z Południa właśnie wezwali do secesji. Złożony, wielowarstwowy konflikt w Jemenie w ciągu ostatnich tygodni stał się jeszcze bardziej skomplikowany.
Do pierwszych dni grudnia w Jemenie było trzech głównych graczy, przynajmniej w teorii. Rebelianci Huti, kontrolujący mniej więcej jedną trzecią terytorium, zamieszkałą przez dwie trzecie populacji czterdziestomilionowego kraju. Ośmioosobowa Rada Prezydenckiego Przywództwa (PLC), która oficjalnie rządzi krajem. Sporadycznie pojawia się w Adenie, zazwyczaj przebywa w Rijadzie. Południowa Rada Przejściowa (STC), koalicja sił separatystycznych. Separatyści wchodzą w skład PLC – ich przywódca był tam wiceprezydentem (w nocy z 6 na 7 stycznia został odsunięty i oskarżony o zdradę stanu). PLC jest wspierane przez Arabię Saudyjską, a STC przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Obie siły walczą z rebeliantami Huti, ale mają zupełnie inne cele i wizje przyszłości kraju. STC chce powrotu do stanu sprzed 1990 roku, gdy istniały dwa państwa: Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu oraz Jemeńska Republika Arabska.
Ofensywa STC w Hadramaut i Mahrze. Strategiczne prowincje i zasoby
Przeprowadzona przez STC grudniowa ofensywa była błyskawiczna. Rozłamowcy zajęli dwie prowincje: Hadramaut i Mahra, stanowiące razem ponad połowę terytorium Jemenu. Jednak najważniejsze jest strategiczne położenie i zasoby. Znaczne złoża ropy w Hadramaut, ważny port morski Mukalla – stolica prowincji, lotnisko Sajun, szlaki handlowe i przemytnicze. Sam port to niebagatelne dochody z ceł i opłat.
W marcu 2015 roku koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej uderzyła w rebeliantów Huti i rozpoczęła regularne bombardowania. Wojna i chaos zaczęły się rozprzestrzeniać. W połowie kwietnia Al-Ka’ida Półwyspu Arabskiego zajęła Mukallę i okolice. Nie było jednak czarnych flag, znanych z innych miejsc. Bojownicy nazwali się Synami Hadramaut. Fakt, mieli w swoich szeregach synów prominentnych rodzin z zajętej prowincji. Występując pod takim szyldem nie tylko starali się zdobyć poparcie miejscowej ludności, ale też unikać saudyjskich nalotów. Dość szybko byli w stanie zapewnić mieszkańcom wodę, paliwo, elementarne bezpieczeństwo – ochronę banków czy szkół. Wówczas ich dochody z opłat i ceł pobieranych w porcie wynosiły nawet 2 miliony dolarów dziennie. Przejęli depozyty bankowe. Po roku ofensywa koalicji pod wodzą Saudyjczyków zdołała Al-Ka’idę wyprzeć.
Przez kolejne lata obie prowincje cieszyły się względnym spokojem, z dala od licznych linii frontu. Zaczęli napływać wewnętrzni uchodźcy. W skali całego kraju może ich być nawet ponad 5 milionów. Przed wojną Mahra liczyła 150 tysięcy mieszkańców – teraz około 650 tysięcy. Ma swój odrębny język, mahri. W Hadramaut, który też kiedyś miał własny język, teraz przeważa dialekt hadrami. Tak też identyfikuje się większość ludności – jako Mahri czy Hadrami. Mahra i należąca dziś do Jemenu wyspa Sukutra od XV wieku do 1967 roku były jednym sułtanatem, który wydawał własne paszporty. Obydwie prowincje mają wyraziste tożsamości, ugrupowania niepodległościowe i nie marzą o przejściu pod panowanie STC. Jednak tempo ofensywy z pierwszych dni grudnia może oznaczać, że w obu prowincjach znalazły się też siły gotowe do współpracy z separatystami.
Reakcja Arabii Saudyjskiej i dyplomacja regionalna wobec Południa
Granica Hadramaut z Arabią Saudyjską ma 700 kilometrów, granica Mahry z Omanem – 300. Żadne z tych państw nie chce mieć tuż obok bytu politycznego kontrolowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Oman od lat zaangażowany jest w mediacje, ale nie uczestniczy zbrojnie w jemeńskim konflikcie. Reakcja Arabii Saudyjskiej była więc tylko kwestią czasu.
Najpierw, 25 grudnia, pojawiło się stanowisko Rijadu potępiające działania STC przy wsparciu ZEA, a pięć dni później wezwanie „braterskich” Emiratów do opuszczenia zajętych prowincji (w tym siedmiu kluczowych lokalizacji – m.in. wyspy Sukutra, Mukalli, lotniska w Sajun) w ciągu 24 godzin. W języku regionalnej dyplomacji słowa „braterski” czy „siostrzany” pojawiają się często. Sułtan Omanu wysyła depesze gratulacyjne do „braterskich” i „siostrzanych” emiratów bądź królestw. One odpowiadają tak samo. We wspomnianym wezwaniu słowo „braterski” pojawiło się jednak aż pięć razy. Przekaz był jasny: jeśli „braterskie” upomnienie nie zadziała, sprawę zakończą saudyjskie naloty. Takie, jak tego samego dnia rano w porcie Mukalla, gdy zbombardowane zostały pojazdy opancerzone rozłamowców, właśnie rozładowane z emirackich statków.
W ciągu 36 godzin było po wszystkim. Rozłamowcy zostali zaproszeni na spotkanie w Rijadzie 7 stycznia. Aidarus Al-Zubaidi, lider STC (a zarazem wiceprzewodniczący PLC) najpierw dwukrotnie odmówił, ale w końcu przyjął zaproszenie. W ostatniej chwili, tuż przed północą, zrezygnował z podróży i zniknął. Z Zatoki Adeńskiej przedostał się do Berbery, a tam podjął go emiracki samolot. Gdy kilka tygodni temu w sieci pojawiły się zdjęcia jego emirackich dokumentów, wielu komentatorów zalecało ostrożność. W swoich rodzinnych, górskich stronach zdeponował potężny arsenał, który teraz Saudyjczycy starają się zneutralizować.
Pozostają tysiące jego doskonale wyszkolonych bojowników. To elitarne jednostki. On sam jest przeszkolony m.in. przez Hezbollah. Jeden z jego najbliższych współtowarzyszy, Hani Bin Breik, przez AQAP. Kiedy nocą został wykluczony z PLC i oskarżony o zdradę stanu, na spotkanie od razu pospieszył jego zastępca w STC. Rejsowym samolotem, bez czerwonych dywanów. Takie gesty mają znaczenie. Pokazują miejsce w szeregu.
STC zostało przywołane do porządku, ale nie rezygnuje ze swoich ambicji. Pozostaną siły militarne i paramilitarne, uzbrojeni zwolennicy i bardzo pokaźny arsenał, od kilkudziesięciu godzin bombardowany przez Arabię Saudyjską. Niewykluczone, że STC było tylko narzędziem w rękach Emiratów, którym marzył się nowy twór polityczny w strategicznej lokalizacji, całkowicie im podporządkowany.
Rozłamowcy nie byli przygotowani na saudyjskie naloty. To nie Huti, których ponad 25 tysięcy nalotów saudyjskiej koalicji w latach 2015-2022 nie zmusiło do ustępstw. Ubiegłoroczne naloty amerykańskie i izraelskie – te ostatnie były szczególnie dotkliwe – też nie zmieniły postawy rebeliantów. Podpisanie porozumień z Amerykanami 6 maja potraktowali jako swój sukces.
To też nie siła jemeńskiego rządu, który pozostaje słaby i bezobjawowy. Ale teraz, po spektakularnej porażce separatystów z Południa, będzie mieć swoje pięć minut, choćby tylko medialnie i propagandowo.
Z obiektów kontrolowanych przez STC znikają ich charakterystyczne flagi z niebieskimi elementami. Z Sukutry zniknęły flagi ZEA. Utknęło tam kilkuset zagranicznych turystów, w tym prawie setka Polaków, którzy zignorowali ostrzeżenia MSZ. Do końca grudnia loty na wyspę były organizowane przez Emiraty. Od 7 stycznia Yemenia uruchamia regularne (co środę) połączenia Sukutry z saudyjską Dżuddą. Tak też wydostało się pierwszych 180 osób, w tym pierwsza grupa Polaków. Dziś, 8 stycznia, Yemenia ma dwa loty z Sukutry, do Adenu i Dżuddy. Na Sukutrze było i jest bezpiecznie, ale – jak pokazały ostatnie tygodnie – sytuacja w kraju ogarniętym wojną może nagle przybrać niespodziewany obrót. W Adenie – w związku z ofensywą separatystów, a potem saudyjską interwencją – najpierw zamknięto przestrzeń powietrzną, a 7 stycznia wprowadzono godzinę policyjną.
W cieniu zapomnianej wojny. Propaganda, chaos i niepewność w Jemenie
Przez cały czas trwania grudniowej ofensywy na Południu działa propagandowa machina Hutich – chociaż nieobecność głównego jej elementu, Abdula Malika Al-Huthiego, staje się coraz bardziej zagadkowa. Na terenach kontrolowanych przez rebeliantów ludzie przywykli do regularnych nagrań wystąpień lidera ruchu. Przerwy zdarzały się wcześniej. Teraz jednak cisza trwała 7 tygodni – aż do 26 grudnia, gdy ukazało się nowe wideo. Zero odniesienia do bieżących wydarzeń – ani krajowych, ani zagranicznych. Tylko treści religijne: o konieczności wiary, ofiary i tak dalej, które można wyemitować w dowolnym momencie. Od dziennikarzy z Sany słyszę, że lider ponoć szykuje się do dłuższego wystąpienia, a nieobecność jest raczej elementem strategii, a nie skutkiem choroby czy rekonwalescencji.
Sana jest jedyną stolicą bez regularnie funkcjonującego lotniska. Najpierw kilkuletnia blokada (2017-2022), potem wielokrotne bombardowania, teraz znów stan zawieszenia. Podczas grudniowej ofensywy separatystów na Południu zamknięte zostało również lotnisko w Adenie. Nie działało cywilne lotnisko w Sajun w Hadramaut. Niczego nie można zaplanować. Nawet jeśli rodzina z zagranicy chce pomóc i na przykład zapewnić leczenie, z kraju bardzo trudno się wydostać się.
Dla zwykłych mieszkańców oznacza to życie w ciągłej niepewności, bez nadziei i bez perspektyw. To niszczy nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Khat wszystkiego nie załatwi. W całym czterdziestomilionowym kraju jest nieco ponad czterdziestu psychiatrów. Lokalne społeczności, które przez wieki rozwijały własne języki, zwyczaje i struktury władzy, znów muszą balansować między lojalnością wobec lokalnych liderów a przetrwaniem w politycznej grze mocarstw.
Huti pozostają głównym punktem odniesienia. Są cierpliwi i strategiczni. Nie reagują chaotycznie na lokalne porażki innych graczy. Czekają, budują narrację i utrzymują kontrolę nad informacją. Dla obserwatorów z zewnątrz, którzy kiedykolwiek liczyli na szybkie rozstrzygnięcie konfliktu, jest to kolejny dowód, że w zapomnianej przez świat wojnie w Jemenie, która pod koniec marca wejdzie w dwunasty rok, nie ma prostych scenariuszy ani oczywistych zwycięzców. I że jest to konflikt, który wykracza daleko poza Jemen, a głównym graczom wcale o Jemen nie chodzi. Prawdopodobnie nigdy nie chodziło.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.