Cztery osoby przy stole. Dwie godziny partii, plansza, sterty elementów, starannie budowane strategie. Jeden z graczy już wie, że nie wygra; matematyka jest nieubłagana. Jednak to on w ostatnim ruchu zdecyduje, kto odbierze puchar. Może wesprzeć lidera, może pomóc słabszemu, może też świadomie wprowadzić chaos, który przewróci cały porządek rozgrywki.
W teorii gier planszowych nazywamy to kingmakingiem. Dla purystów to błąd systemu, skaza na merytokratycznym ideale. Gdy jednak odejdziemy od tekturowej planszy, okaże się, że kingmaking to nie błąd, ale symptom. Pojawia się wszędzie tam, gdzie system wytwarza graczy pozbawionych szans na wygraną i gdzie ci gracze mimo wszystko odmawiają zniknięcia. Nie jest to zjawisko neutralne klasowo.
Merytokracja z ustawionymi zasadami
Dominująca narracja kapitalizmu jest prosta: wygrywają najlepsi. Jeśli ciężko pracujesz, system cię wynagrodzi. Awans, uznanie, godna płaca to zasługa kompetencji, nie przywileju. To obietnica merytokracji, w której każdy startuje z tego samego miejsca, a jedyną zmienną jest własny wysiłek.
Gry planszowe demaskują to kłamstwo precyzyjniej niż niejeden podręcznik socjologii i robią to na żywo, przy świadkach. Projektanci gier od dekad opisują mechanizmy, które w życiu społecznym są starannie ukryte. Efekt kuli śnieżnej: gracz prowadzący jest w najlepszej pozycji, aby powiększać przewagę, jego dystans do reszty stawki rośnie wykładniczo. Błąd startowy: pomyłka na początku rozgrywki, której nie da się już naprawić; zasób przyznany przez los, nie przez kompetencje. Efekt pozycji przy stole: kolejność ruchów strukturalnie faworyzuje jednych kosztem drugich i żadna indywidualna sprawność tego nie zmieni.
Pierre Bourdieu w Dystynkcji opisywał dokładnie ten sam mechanizm: kapitał ekonomiczny, kulturowy i społeczny jest dziedziczony, a nie zdobywany w uczciwej rywalizacji. Plansza, przy której siadamy czy to w biurze, systemie edukacji, czy na rynku pracy jest już ułożona przez tych, którzy siedzą przy niej najdłużej.
Kingmaking pojawia się właśnie w tym miejscu, w którym fikcja merytokracji zderza się z rzeczywistością strukturalnej nierówności. Gdy gracz zrozumie, że zasady gry są skonstruowane tak, by nie mógł wygrać, zaczyna grać inaczej. Nie o zwycięstwo – o sprawczość.
Biuro jako pole walki
Polska klasa pracownicza zna ten moment doskonale. Nauczyciel na kolejnym zastępstwie, który od czterech lat czeka na etat. Kurierka zatrudniona przez aplikację na umowie B2B bez urlopu, bez zwolnienia lekarskiego, bez prawa do negocjowania stawki. Pracownik magazynu, którego czas pracy mierzy algorytm z dokładnością do sekundy. Wszyscy oni grają w grę, której zasady napisał ktoś inny, i wszyscy wiedzą, że nie wygrają na z góry ustanowionych warunkach.
Dopóki gra się toczy, system ich nie widzi; dopóki ci pracownicy pracują, są przezroczyści. Problem pojawia się w momencie wypalenia lub odejścia. Wtedy mechanizm, który wcześniej ignorował ich istnienie, nagle rzuca oślepiające światło z diagnozą: „nic nie robisz”, „nie pasujesz do kultury organizacyjnej”, „nie wykazujesz inicjatywy”. To język przenoszący odpowiedzialność za strukturalne defekty systemu na sumienie jednostki. Indywidualizacja porażki jest jedną z najskuteczniejszych broni ideologicznych neoliberalizmu.
Właśnie wtedy rodzi się biurowy kingmaker. Odchodzący pracownik dysponuje czymś, czego nie da się wpisać w żadne KPI: nieformalną wiedzą, relacjami z klientami, znajomością realnych procedur. W teorii offboarding to procedura przekazania laptopa – w praktyce to akt polityczny. Gramsci w Listach z więzienia pisał, że hegemonię podważa się nie w jednej wielkiej bitwie, ale w tysiącach małych, codziennych aktów oporu. Kingmaking w miejscu pracy to jedna z tych bitew. Drobna, niewidoczna, ale realna.
Sam wielokrotnie byłem w tej sytuacji. Odchodziłem z firm, w których dawałem z siebie maksimum i znałem swój wkład. Wiedziałem też, że zakres informacji, jakie przekażę na odchodnym, nie zależy od procedury HR ani od paragrafu w umowie. Zależy od tego, jak zostałem potraktowany. Jeśli byłem traktowany podmiotowo, przekazywałem wszystko, z naddatkiem. A jeśli przez miesiące byłem niewidzialny, a moją pracę traktowano jako należną pańszczyznę, nie wartościowy zasób, zostawiałem tyle, ile wymagało sumienie, nic więcej. Nie był to sabotaż. To był sygnał: twój system ma dziurę i masz teraz szansę ją dostrzec.
Małe partie, wielka władza
Polityka parlamentarna to zinstytucjonalizowany kingmaking. W systemach koalicyjnych partia z pięcioprocentowym poparciem może okazać się silniejsza od giganta z czterdziestoma procentami, bo to od jej głosu zależy, kto będzie rządził krajem. Mały gracz, wiedząc, że nie wygra, zaczyna licytować cenę swojego poparcia: jednego postulatu, jednego ministerstwa, jednej ustawy. Może namaścić lidera albo go zablokować, skazując kraj na paraliż lub kolejne wybory.
Kluczowe pytanie brzmi jednak: kto w ogóle jest dopuszczony do stołu, przy którym odbywa się ta licytacja? Polska polityka ostatnich dekad dostarcza tu bolesnej odpowiedzi. Interesy prekarnych pracowników, lokatorów walczących z reprywatyzacją, kobiet domagających się praw reprodukcyjnych przez lata nie miały swojego kingmakera. Ich sprawczość była systematycznie eliminowana przez ordynację wyborczą, przez media głównego nurtu, przez logikę „użytecznego głosu”. W polityce kingmaking to przywilej; należy do tych, którzy zdołali zorganizować swoją niemożność wygranej w instytucjonalną siłę. To nie jest dane wszystkim po równo.
Geopolityka słabych
Na mapie świata kingmaking przyjmuje formy najbardziej dosłowne. Państwa zbyt małe, by militarnie rywalizować z mocarstwami, okazują się w krytycznych momentach ich arbitrami – bo kontrolują granicę, szlak tranzytowy, głos w Radzie Bezpieczeństwa. Historia wojen to nie tylko historia wielkich strategów. To historia „tych trzecich”, którzy zdecydowali, komu pozwolić wygrać.
Ta sprawczość rzadko jest bezinteresowna, ale jest jedyną formą podmiotowości, jaką mały gracz może wykazać w grze, do której nie został zaproszony jako równorzędny uczestnik. Tak samo jak w kingmakingu pracowniczym, jest odpowiedzią na wykluczenie ze sfery, w której definiuje się reguły gry.
Gra jako laboratorium
Gry planszowe są bezpiecznym, skondensowanym laboratorium tych wszystkich dynamik i właśnie dlatego stają się coraz częściej narzędziem diagnozy w pracy z zespołami i organizacjami. Przy planszy procesy, które w codzienności są rozciągnięte w czasie i zatarte przez hierarchię, stają się widoczne w ciągu 15 minut. Efekt kuli śnieżnej ujawnia, kto w grupie akumuluje zasoby i władzę. Błąd startowy pokazuje, kto był strukturalnie poszkodowany, zanim jeszcze zdążył wykonać pierwszy ruch. Pozycja przy stole demaskuje, czyje decyzje są z góry ograniczone przez miejsce w kolejce.
Widać też kingmaking w czystej postaci: wypalony uczestnik wycofuje się z rozgrywki. Pominięty w sojuszu zaczyna celowo utrudniać liderowi dojście do celu. Gracz „bez szans” zamiast walczyć o własne zwycięstwo zaczyna wspierać najsłabszego. Kiedy pytamy o powód tego ostatniego ruchu, odpowiedź rzadko dotyczy mechaniki gry. Zazwyczaj gracz mówi o poczuciu sprawiedliwości, solidarności albo chęci ukarania kogoś, kto grał nieczysto. To są decyzje etyczne, nie optymalizacyjne.
W tym miejscu gra demaskuje coś, czego nie widać w arkuszach oceny pracowniczej: systemy oparte wyłącznie na racjonalnej kalkulacji ignorują fakt, że ludzie działają w oparciu o wartości, urazy i lojalności. Zarządzanie przez algorytmy, platforma gig economy wyceniająca pracę w czasie rzeczywistym, system premiowy oparty na indywidualnych KPI – wszystkie te mechanizmy traktują pracowników jak figury na planszy pozbawione podmiotowości. Kingmaking jest odpowiedzią na tę redukującą logikę. Jest grą w grze, której żaden regulamin nie przewidział.
Sygnał alarmowy
Można udawać, że kingmaking nie istnieje; że światem rządzą wyłącznie matematycznie wyliczone wskaźniki, żelazne dyscypliny partyjne i racjonalne interesy państw. Ale dopóki w tych strukturach działają ludzie, a nie pozbawione emocji algorytmy, wynik zawsze będzie zależał od poczucia krzywdy, nagłego odruchu solidarności i desperackiej chęci odzyskania godności.
Kingmaking nie jest błędem w projekcie systemu. Jest jego sygnałem alarmowym. Pojawia się wszędzie tam, gdzie brakuje podmiotowości, gdzie merytokracja stała się fasadą maskującą dziedziczenie przywilejów, gdzie „zasoby ludzkie” są zarządzane jak elementy wymienne, gdzie strukturalna niemożność wygranej jest serwowana jako indywidualna porażka. Zamiast walczyć z kingmakingiem, dyscyplinować pracowników klauzulami lojalności, dobijać małe partie zmianami ordynacji i marginalizować słabsze państwa polityką sankcji powinniśmy zapytać, dlaczego tylu graczy w ogóle nie ma szans wygrać na obecnych zasadach. I kto ma interes w tym, żeby te zasady pozostały niezmienione.
Gra kończy się wraz z odłożeniem pudełka na półkę. Skutki naszych decyzji, tych przy stole, tych przy biurku, tych na ulicy i na sali sejmowej zostają z nami długo po opadnięciu kurzu. Kingmaking to ostatni ruch. Pytanie, czy wiemy, jak go rozegrać i dla kogo.
Na koniec pytanie do ciebie, czytelniku: kiedy ostatnio byłeś kingmakerem? Bo byłeś. Na pewno. Może nie wiedziałeś, że tak się to nazywa.
**
Franciszek Gralak – ekspert i praktyk gier planszowych, przez które bada ludzkie zachowania, dynamikę grupową i procesy społeczne w kulturze i organizacjach. Twórca Projektu BoardGame Heaven – warsztatów rozwijających kompetencje XXI wieku.


![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)





Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.