Świat

Dymek: Jak guma zmienia się w ołów

Stan wyjątkowy nie kurczy się, lecz pochłania kolejne sfery życia. Nie tylko na peryferiach Zachodu, w Donbasie i w Syrii, ale w centrum.

Since way back they tried to silence us
They even tried silencers… rubber bullets
Okmalumkoolkat, Sebenza

 

Gaz łzawiący, bomby dymne, granaty ogłuszające, pałki, snajperzy, automatyczne karabiny, opancerzone samochody, wojskowy sprzęt. Aresztowania dziennikarzy, służby specjalne, wewnętrzne tajne śledztwo. Groźby śmierci wysyłane policjantom, kamienie, petardy. Taki mały stan wojenny. Nie w Egipcie, nie w Syrii, nie w Gazie, nie w Donbasie, ale w miejscu tak nudnym, że nikogo to tak naprawdę nie interesuje. W Ferguson, przedmieściu St. Louis w stanie Missouri. Wszystko zaczęło się – zawsze się tak zaczyna – od incydentu.

 

Osiemnastoletni Michel Brown szedł ze znajomym chodnikiem. Tyle przynajmniej wiadomo na pewno, bo wersje, które powtarza od tygodnia policja i społeczność Ferguson, różnią się w każdym szczególe. Według policyjnej Brown uderzył w drzwi parkującego obok policyjnego samochodu. Auto zostało wezwane w okolicę z powodu zgłoszenia napadu i właśnie podjeżdżało do Browna, który wydał się patrolującym podejrzany. Policjant siedzący w samochodzie zaczął się z Brownem szamotać, nastolatek próbował wedrzeć się do środka, wyrwać funkcjonariuszowi służbowy pistolet i wystrzelić. W efekcie sam został śmiertelnie raniony. Co innego mówią świadkowie i rodzina: Brown uderzył (osunął się? potknął? wpadł przypadkiem?) w drzwi radiowozu, policjant złapał go za kark i próbował zepchnąć z chodnika, Brown zaczął uciekać, ale gdy usłyszał strzał ostrzegawczy, podniósł ręce i odwrócił się, wiedząc, że zostanie aresztowany. Wtedy padły kolejne cztery strzały (matka ofiary mówi, że doniesiono jej o ośmiu). Kolejne, niechętnie i powoli udostępniane przez policję informacje potwierdziły, że Brown nie miał żadnej broni, nie był podejrzany o napad, nie był wcześniej karany i że kule, które go raniły, zostały wystrzelone z broni policyjnej, najprawdopodobniej nie przez samego i nie w trakcie szamotaniny.

 

Oburzenie z powodu śmierci Browna przeniosło się na ulice. Zgromadzenia uliczne pod budynkami administracji, kościołów i lokalnych organizacji broniących praw człowieka były na początku mieszanką mszy żałobnej, milczącego wiecu i pokojowego protestu przeciwko brutalności policji. Równolegle jednak, wskutek brutalnej reakcji służb porządkowych – zebranym kazano się rozejść, użyto nadzwyczajnych środków, aresztując przynajmniej dziesięć osób, w tym dziennikarzy, konfiskując aparaty i smartfony, na ulice wjechały uzbrojone półciężarówki i wojskowe dżipy, jakie w cywilnym kontekście ostatnio widziano chyba jedynie po zamachu bombowym w Bostonie – powstał chaos, w tle zamieszek tłuczono witryny i rabowano sklepy. Protesty jednak nie ustały, mimo obecności snajperów i ciężkiego sprzętu – takiego samego jak ten, który służy w Iraku i Afganistanie – prowokując sytuacje z pogranicza grozy i absurdu. Jak wtedy, gdy kolumna ciężko uzbrojonych funkcjonariuszy, z laserowymi celownikami na lufach, otoczyła ludzi słuchających gospel i śpiewających protest songi.

 

Oficjalnie policja przyznaje, że do szpitala trafiły dwie osoby, jedna z powodu wstrząsu, druga z wybitym barkiem. Protestujący wrzucają na Twittera zdjęcia krwawych śladów po gumowych kulach. Ekipa telewizyjna Al-Jazeera English donosi, że została ostrzelana z nieostrej amunicji i użyto wobec nich gazu łzawiącego, mimo że mieli na wierzchu kamery i sprzęt. W relacjach uparcie wraca jedna scena: młody mężczyzna stoi z podniesionymi rękoma, pada oślepiony gazem łzawiącym, kilku funkcjonariuszy rzuca się na niego, choć ten nie jest w stanie im zagrozić. Gest podniesionych rąk stał się symbolem wydarzeń w Ferguson.

 

Organizacje broniące praw obywatelskich mówią, że w ciągu tych kilku dni złamano kilkadziesiąt różnych paragrafów: aresztując dziennikarzy naruszono wolność słowa, zabraniając ludziom stać i krzyczeć na terenie ich własnych posesji (This is my block! This is my house! – słychać w tle wielu nagrań z protestów w Ferguson), złamano prawo własności i wolność zgromadzeń, odmawiając wiedzy o zajściu, złamano prawo do informacji, nadużywając siły, złamano prawo do nietykalności cielesnej i prawo do pokojowego protestu. W chaosie zamieszek nie było żadnej koordynacji między różnymi rodzajami służb (trwa już w tej sprawie kolejne postępowanie), co doprowadziło do dalszych administracyjnych i prawnych wpadek. A co dotyka ludzi być może jeszcze mocniej: zakpiono z cierpienia i tragedii – mowa o przynajmniej dwóch sytuacjach, w których policjanci nabijali się z poszkodowanych protestujących, parodiując gest uniesionych rąk i składając „przeprosiny” tym, którzy ucierpieli. A to przecież nie koniec zamieszek, ale ich doraźny bilans po niecałym tygodniu.

 

Dlaczego to wszystko przyjmujemy po tej stronie Atlantyku milcząco i mało kogo to oburza?

 

Może dlatego, że ślepa plamka, która nie pozwalała nam przez lata widzieć naruszeń wolności obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, zmieniła się w kataraktę, zupełnie odbierając zdolność widzenia gwałtów na demokracji.

 

To znaczy tych, których dopuszcza się najpotężniejsza demokracja świata, bo gdzie indziej, na peryferiach, widzimy je i zazwyczaj potrafimy trafnie nazwać, czasem nawet słusznie się przy tym oburzając. Ale też dlatego, że za dzisiejszą przemocą w Ferguson stoi inna przemoc – taka, która wydaje nam się całkowicie obca, nie nasza, nieoswojona, bo pozornie od polskich problemów bardzo odległa. Przemoc na tle koloru skóry, rasistowski i klasowy charakter aparatu bezpieczeństwa i systemu sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. Nie chcemy się tym zajmować, nie obchodzi nas to, nie ekscytuje nawet w połowie tak bardzo jak ostatni wyskok biskupów, żałosna konferencja prasowa jednej z partii, skonsumowane przez Sikorskiego wino, mokre wąsy Artura Zawiszy i świeżo ogolone wąsy Ryszarda Grobelnego. A powinno.

 

Nie tylko dlatego, że nasz wymiar sprawiedliwości również nie jest święty, ani nawet nie tylko dlatego, że sami mamy problem z rasistowską przemocą. Powinno nas to obchodzić przede wszystkim dlatego, że raz uchylone wolności obywatelskie cierpią na zawsze, rozpuszczone prawo nigdy nie wraca do poprzedniego kształtu, dodatkowo uzbrojona policja nie oddaje karabinów. Stan wyjątkowy nie kurczy się, lecz pochłania kolejne sfery życia. Nie tylko na peryferiach Zachodu, w Donbasie i w Syrii, ale w centrum. Tam, gdzie wykuwa się wzorzec demokracji, jaką znamy.

 

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.