Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Cztery lata później: czy dziennikarstwo nadal zmienia świat?

Teksty dziennikarzy z Ukrainy będą jeszcze latami analizowane jako przykład bezkompromisowości, oporu oraz „przywracania wiary w media”.

ObserwujObserwujesz
Płacz

1

24 lutego, rocznicę „pełnoskalowego” ataku Rosji na Ukrainę, obchodzę z osobliwym sentymentem, ponieważ to również rocznica mojego dołączenia do Krytyki Politycznej. To uczucie towarzyszyło mi też przy lekturze opublikowanego w piątek w „Guardianie” tekstu Shauna Walkera Zapowiedziana wojna: jak CIA i MI6 zdobyły plany Putina dotyczące Ukrainy i dlaczego nikt im nie uwierzył.

Czytaj także „Gównodziennikarstwo”: Władza patrzy na ręce dziennikarzom Paulina Januszewska

Nie chcę podważać rzetelności i warsztatu Walkera – doświadczonego korespondenta, w Polsce znanego z dobrych książek Na ciężkim kacu. Nowa Rosja Putina i duchy przeszłości oraz Nielegałowie. Jak szpieguje nas Rosja – oraz jego współpracowników. To kawał świetnego, nienagannie napisanego i efektownie oprawionego dziennikarstwa, którego jednak, w przeciwieństwie do Daniela Szeligowskiego z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, nie uznałbym za „prawdziwe dziennikarstwo, które przywraca wiarę w media”. Z kilku powodów. 

Twoja skrzynka odbiorcza jest pełna

Na początku tekstu Walker pisze, że „historia działań wywiadowczych poprzedzających wybuch wojny nie została nigdy w pełni opowiedziana”. To nie do końca prawda – wie to każdy, kto czytał choćby Wojnę Boba Woodwarda, Śpiew syren Tomasa Forro czy Polskę na wojnie Zbigniewa Parafianowicza.

Ale to nie jedyny „zarzut”, jaki mam do tekstu, który ma przywracać wiarę w media – drugim jest właśnie miejsce, jakie zarezerwowano w nim dla dziennikarzy. Walker rozmawia z politykami i dyplomatami z różnych krajów, wspomina o tym, że w roku poprzedzającym wojnę dla Rosji liczyło się przeciągnięcie na swoją stronę nawet kierowców i funkcjonariuszy niższego szczebla, ale dziennikarze pojawiają się w tekście właściwie tylko dwa razy. Raz, gdy mający pewność co do inwazji Amerykanie i Brytyjczycy próbują bezskutecznie przekazać swoją wiedzę Europie i władzom Ukrainy, a dziennikarze „New York Timesa” dostają dokładnie te informacje, których wyciek kontroluje administracja prezydenta Bidena i CIA, i drugi, gdy 23 lutego 2022 r. późnym wieczorem pracownicy mediów zaczynają w popłochu opuszczać Kijów dzięki swoim informacjom ze źródeł w wywiadzie.

Czytaj także Bez ukraińskiego nacjonalizmu Polska nie byłaby bezpieczna Łeś Bełej

W tym drugim przypadku dziennikarze pojawiają się jako dowód na odklejenie od rzeczywistości Bruno Kahla, szefa niemieckiego wywiadu, który właśnie 23 lutego wieczorem ląduje w ukraińskiej stolicy, by kilka godzin później uciekać przy wsparciu polskich służb. „Nawet” dziennikarze już wiedzą! Co najmniej od początku wojny mam silne przekonanie, że politycy redukują dziennikarzy do roli rządowej/partyjnej skrzynki na listy.

Walker pokazuje, że w praktyce dziennikarze często pełnią rolę pośredników. W kontaktach z politykami i wywiadem ich zadanie sprowadza się do przekazywania już wyselekcjonowanych informacji, czasem w formie, którą ktoś z góry uznał za „bezpieczną” do ujawnienia. W tej perspektywie „czwarta władza” staje się raczej skrzynką na listy niż niezależnym czynnikiem wpływającym na decyzje polityczne – żaden dziennikarz nie wykorzystał danych wywiadowczych, przecieków, ogólnodostępnych map czy informacji, by ostrzec przed nadchodzącą wojną.

Zresztą, czy to w ogóle możliwe? Czy wobec obaw, że ujawnienie jakiejś informacji może być zagrożeniem dla odmienianego przez wszystkie przypadki bezpieczeństwa państwa, powinniśmy liczyć na śledztwa, które mogłyby skończyć się przed doraźnym trybunałem polowym?

Gdy Piotr Czaban i inni dziennikarze na granicy regularnie narażają się władzy, nagłaśniając przypadki nieludzkiego traktowania uchodźców, chętnie atakują ich nawet koledzy po piórze – oczywiście w imię wyższych racji moralnych, państwowej powagi i odpowiedzialności za słowo. Sytuacja z Usnarza Górnego do dziś pozostaje argumentem w sprawie, np. gdy krytyka spada na reportaż Marii Wiernikowskiej dla Kanału Zero – obrazek posła Sterczewskiego z pizzą jako symbolu działalności antypaństwowej wrócił niedawno w wypowiedziach dziennikarzy Zera, Krzysztofa Stanowskiego czy Jacka Prusinowskiego. Tymczasem dziennikarze innych mediów „docierają” do poufnych informacji, które dziwnym zbiegiem okoliczności pasują do narracji pograniczników, wojska i MON.

Nie odrzucajmy nieracjonalnego i niemożliwego

„Niebezpieczne jest odrzucanie scenariusza tylko dlatego, że wydaje się on wykraczać poza sferę tego, co racjonalne i możliwe” – pisze Walker, sugerując, że to cenna i ponadczasowa nauczka, ale z perspektywy drugiej połowy lat 20. brzmi jak bohater South Parku Captain Hindsight, czyli Mądry Po Szkodzie.

Weźmy na przykład katastrofę klimatyczną, ponad wszelką wątpliwość realną. Podczas sobotniej konwencji PiS Mariusz Błaszczak przestrzegał przed groźną „religią klimatyczną”, którą na nasze szczęście odrzucił Donald Trump. Kilka miesięcy temu powołujący się na papieża Franciszka Tomasz Stawiszyński przestrzegał przed popadaniem w „doomizm” i nazywał klimatyczny katastrofizm „nową formą religii”. Tak oto religijni fanatycy różnej maści sugerują, że świetnie już opisana przez naukowców, choć nieustannie zderzająca się z lękiem o całkowitą zmianę dotychczasowych przyzwyczajeń degradacja środowiska naturalnego urasta do rangi wiary.

Czytaj także Pierwsza wojna światowa i „czerwona panika”: jak USA dławiły demokrację Michał Sutowski rozmawia z Adamem Hochschildem

Mimo że wiemy, katastrofa klimatyczna nie będzie przypominała niczego znanego z dotychczasowej historii, dziennikarze bardziej niż alarmowaniem o zagrożeniach zainteresowani byli uczeniem Ostatniego Pokolenia savoir vivre’u batalii ulicznych. Bogdan Rymanowski, Krzysztof Ziemiec i tym podobne gadające głowy, nawet jeśli nie są słupami na partyjną propagandę do wynajęcia, gadają sobie z antyszczepionkowcami, fanatyczkami margaryny i ekspertami ds. leczenia jajem, bo to im się opłaca i daje mityczne „zasięgi” – a nie dlatego, że interesuje ich prawda, a co dopiero „prawda wykraczająca poza sferę tego, co racjonalne i możliwe”.

Tylko nieprawda jest ciekawa?

„Ile kul przeszło przez ciało Prezydenta/ i ilu było strzelców? To dziś bez znaczenia/ Prawda po latach choćby odsłonięta/ W rzeczywistości już niewiele zmienia”  – to fragment wiersza Bohdana Zadury, który przypominał mi się, gdy czytałem tekst „Guardiana”. W ciągu ostatnich czterech lat miałem przyjemność redagowania tekstów, które stały się podstawą do sformułowania kilku hipotez równie mocnych, jak „spodziewajcie się niespodziewanego” Walkera czy „na dwoje babka wróżyła” (mądrość ludowa). Prawda jest skomplikowana, niejednoznaczna, a z perspektywy gospodarki wojennej i mgły wojny we współczesnym wydaniu jest jednym z najmniej pożądanych towarów na rynku medialnym.

Czytaj także Panie, kto to panu tak spolaryzował? Tomasz S. Markiewka

Opowieść o przenikliwości CIA i MI6 z tekstu Walkera warto zestawić z niepokojącymi zachowaniami prezydenta Bidena opisanymi przed Woodwarda, wyparciową reakcję Zełenskiego – z jego obawami o panikę Ukraińców i Ukrainek, besztanie dyrektora rosyjskiego wywiadu Siergieja Naryszkina na posiedzeniu „rady wojennej” Putina – z jego brakiem wiedzy o planowanej agresji, która miała wystartować dzień później, a wiedzę o wojnie jednego kraju europejskiego – z jej przyswojeniem przez europejskich sojuszników. I jednocześnie mieć świadomość, że każda pogłębiona analiza będzie raczej oddalać nas od efektownych puent i konkluzji niż do nich przybliżać.

Trudno tak naprawdę zrozumieć, dlaczego w kwestii ambicji i możliwości Putina mylili się wszyscy.  Dlaczego Europa, chwilę po globalnej pandemii innej niż wszystko, z czym do tej pory mieliśmy do czynienia, nie pozwoliła sobie na uwierzenie w niemożliwe? I skąd amerykańska i brytyjska pewność co do rosyjskiej potęgi, która okazała się całkowitą wydmuszką? Tego tak naprawdę z tekstu Walkera się nie dowiadujemy, choć doświadczenia kłamstw amerykańskiej administracji z czasów, gdy USA zaatakowało Irak, są bez wątpienia interesującym tropem.

Nawet najgłośniejsze śledztwa i artykuły prasowe XXI wieku – począwszy od skandali Cambridge Analytica, Panama Papers czy Harveya Weinsteina – nie przywracają wiary w siłę dziennikarstwa, tylko pewien fetysz – przekonanie o tym, że w obliczu ekspansji AI i rosnącej niechęci do angażujących się w polityczny spór dziennikarzy, sam dziennikarski fach pozostaje sercem demokracji, czymś, czego nie da się zastąpić technologicznymi nowinkami. Ale jak w 2024 roku mówił Adam Curtis, o którego filmach dokumentalnych wielokrotnie pisaliśmy na łamach Krytyki Politycznej:

„Stary model dziennikarstwa śledczego, w którym znajdowało się informatora lub dokumenty, aby ujawnić korupcję nam – czytelnikom, widzom – byśmy mogli poczuć złość i naciskać na ustawodawców, już nie działa. Kiedy czytam, że bogaci trzymają pieniądze w rajach podatkowych, myślę: Tak, wiem o tym, ale wiem też, że nic z tym nie zostanie zrobione. W pewnym sensie dziennikarstwo śledcze jest teraz banałem, ponieważ mówi nam tylko, że świat jest skorumpowany. Chcę dziennikarstwa, które wyjaśni mi, dlaczego nic się z tym nie robi”.

Czytaj także Porozmawiajmy o korupcji w Ukrainie Olena Babakova

Parafrazując Karola Marksa, dziennikarze rozmaicie interpretują świat, wygląda jednak na to, że mają coraz mniej możliwości, aby go zmieniać. Co nie znaczy, że ich robota jest pozbawiona znaczenia, a wiedzę powinniśmy czerpać z halucynujących narzędzi LLM czy programów Rymanowskiego. Teksty dziennikarzy i dziennikarek z Ukrainy, którzy nie ulegli bogoojczyźnianemu patosowi i nie bali się krytykować władz swojego kraju za błędy, wypaczenia czy przestępstwa, będą jeszcze latami analizowane jako przykład bezkompromisowości, oporu oraz „przywracania wiary w media”, nawet w starciu z propagandowym Goliatem.

Nie mogę też nie wspomnieć o tekstach moich redakcyjnych kolegów i koleżanek, które w ostatnich latach, choć nie ratowały mnie przed dziennikarskim agnostycyzmem, to jednak pokazywały, że w swoim spojrzeniu na wojnę Rosji przeciwko Ukrainie oraz możliwości dziennikarstwa w opowiadaniu o niej nie jestem odosobniony. Dobre i to.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie