Mężczyzna z klasy średniej, w wieku też już zdecydowanie średnim, traci dobrą pracę. Nie może znaleźć nowej, a gdy jego rodzina ma problem z utrzymaniem dawnego stylu życia i stopniowo obcina konsumpcję, sytuacja robi się coraz bardziej napięta.
Wielokrotnie widzieliśmy podobne historie w kinie. W nowym filmie Koreańczyka Parka Chan-wooka – autora Old Boya (2003), przed Parasite największego międzynarodowego sukcesu kina koreańskiego – ten motyw zyskuje jednak dodatkowy twist. Bohater Bez wyjścia, Man-su, uznaje bowiem, że jedynym sposobem na zdobycie dobrej pracy umożliwiającej mu powrót do dawnego życia jest zamordowanie nie tylko osoby, która obecnie ją wykonuje, ale także potencjalnych najlepszych kandydatów, którzy najpewniej zdecydują się zgłosić na powstały w wyniku morderstwa wakat.
Co zabiera nam pracę?
Park pokazuje to wszystko w konwencji czarnej komedii, umiejętnie łącząc satyrę i surrealistyczny humor z egzystencjalnym lękiem, z jakim mierzy się Man-su. Mężczyzna całą swoją tożsamość i sens życia zbudował bowiem na pracy – na tym, że jest w stanie zapewnić niepracującej żonie i dwójce dzieci stabilność i odpowiedni poziom życia. Nieustannie prześladuje go pamięć ojca, farmera, który stracił wszystko za sprawą epidemii trzody chlewnej. Nic go tak nie przeraża jak ewentualność, że i on w podobny sposób zawiedzie swoich bliskich. Reżyser bardzo sprawnie i przewrotnie sprawia, że silnie empatyzujemy z bohaterem i kibicujemy mu w jego kolejnych morderczych przedsięwzięciach.
Film jest adaptacją amerykańskiej powieści Davida E. Westlake’a The Ax z 1997 roku, którą na ekran przeniósł w 2005 roku w filmie Ostre cięcia Costa Gavras, osadzając ją we francuskich realiach. Bez wyjścia nie sprawia jednak wrażenia filmu z recyklingu; wygląda bardzo współcześnie, odwołując się sprawnie do lęków globalnej widowni w 2025 roku.
W Ostrych cięciach bohater tracił pracę dlatego, że jego firma przeniosła produkcję z Francji do Rumunii, by zaoszczędzić na kosztach zatrudnienia i wypłacić akcjonariuszom większą dywidendę. Film miał premierę chwilę po pierwszym rozszerzeniu Unii Europejskiej na kraje dawnego Bloku Wschodniego – sama Rumunia dołączyła dopiero w 2007 roku – i wyrażał lęk klasy średniej zamożnej, zachodniej Europy przed konkurencją i dumpingiem socjalnym tej nowej.
20 lat temu znajdowaliśmy się po przeciwnej stronie niż bohater Ostrych cięć. Jego strata była naszym zyskiem. Przeniesienie produkcji z Francji czy Belgii do takich miejsc jak Polska, Słowacja albo Rumunia oznaczało, że ileś rodzin z naszego regionu po latach transformacyjnej biedy i chaosu w końcu załapie się na stabilne, przyzwoicie płatne miejsca pracy. Niespecjalnie przejmowaliśmy się tym, jaką cenę płacą za to obywatele starej Unii.
Dziś jednak możemy się w pełni utożsamić z problemami Man-su. Tym bardziej że nie tylko globalizacja i relokacja produkcji są siłami zagrażającymi jego ekonomicznej pozycji. Owszem, bohater traci pracę, bo jego firmę kupują Amerykanie, nieszanujący koreańskiej umowy społecznej, opartej na długotrwałych więzach pracownika z firmą. Równie istotną rolę odgrywają jednak przemiany technologiczne. Man-su pracuje w branży papierniczej – a papier jest niestety materiałem coraz mniej potrzebnym w coraz bardziej cyfrowym świecie. Pojawia się też wątek AI, automatyzacji i robotyki. Sugerowana w finale Bez wyjścia przyszłość, w której resztki klasy średniej zabijają się – choć pewnie bardziej metaforycznie niż dosłownie – o ostatnie dobre miejsca pracy, które ostały się przed sztuczną inteligencją, idealnie wpisze się w lęki wielu widzów.
Utrzymać się na powierzchni
Bez wyjścia budzi skojarzenia z jeszcze jednym filmem, brytyjską czarną komedią Roberta Hamera z 1949 roku Szlachectwo zobowiązuje (Kind Hearts and Coronets). Opowiada ona historię młodego człowieka, syna kobiety wydziedziczonej przez swoją arystokratyczną rodzinę, który decyduje się zamordować ośmiu swoich krewnych dzielących go od rodzinnej fortuny i tytułu książęcego – który za sprawą specjalnego królewskiego przywileju może wyjątkowo w jego rodzinie być dziedziczony także w linii żeńskiej. W tym roku do kin ma wejść przeniesiony we współczesne amerykańskie realia remake pod tytułem Przepis na morderstwo.
Szlachectwo zobowiązuje pokazywało dość fantastyczny scenariusz, zwłaszcza w realiach powojennych rządów Partii Pracy, gdy brytyjskie społeczeństwo doświadczało wyjątkowego w swojej historii spłaszczenia hierarchii społecznych. Siła Bez wyjścia polega na tym, że wielokrotne morderstwo nie jest tu środkiem umożliwiającym wspięcie się na szczyt społecznej hierarchii, ale czymś, co umożliwia tylko utrzymanie się na powierzchni, na poziomie klasy średniej. Man-su nie pragnie przecież tytułu, zamku i służby. Jego marzenia są dość rozsądne: stabilna praca, dom odpowiedni dla małżeństwa z dwójką dzieci, czas na ogrodnicze hobby, dwa psy, lekcje wiolonczeli dla utalentowanej muzycznie córki – i tylko niepracująca żona jest tu oczekiwaniem mało rozsądnym.
Dwudziestowieczne społeczeństwo przemysłowe, przynajmniej w krajach rozwiniętych – jeszcze niedawno nawet takich jak Korea czy Polska – obiecywało przecież, że taki dobrobyt będzie dostępny dla każdego, kto ciężko pracuje, wypełnia swoje obowiązki, ewentualnie wykaże jakieś minimum inicjatywy, by np. zdobyć odpowiednie kwalifikacje. Man-su z pewnością robił wszystko, co ktoś marzący o takim życiu powinien: wcześnie zaczął pracę, skończył zaocznie studia, wykonywał swoje obowiązki na 110 procent – na darmo.
Frustracja płynąca z tego, że coraz trudniej osiągnąć taki poziom życia i utrzymać się na powierzchni, pcha wielu ludzi może nie od razu do mordu, ale ku skrajnej prawicy, manosferze, coachom biznesu obiecującym wzbogacenie się na podejrzanych kryptowalutach i w inne toksyczne przestrzenie.
Stracimy więcej niż zarobek
Jednocześnie, jak widzimy w filmie, rozwiązaniem tego problemu niekoniecznie jest dystrybucja zysków płynących z wdrożenia AI, jakiś rodzaj dochodu podstawowego. Problemem Man-su nie jest tylko to, jak sfinansować styl życia, do którego przywykła jego rodzina. Mężczyzna całą swoją tożsamość zbudował na pracy, którą naprawdę kocha. Potrafi godzinami opowiadać o produkcji papieru, jest dumny z jakości swojej pracy, z jej materialnych efektów w postaci lekkiej kartki o zachwycającej estetycznie teksturze, perfekcyjnym odcieniu bieli, przyjemnej taktylności. Być może mógłby się przekwalifikować – ma też niewątpliwy talent do ogrodnictwa – to jednak oznaczałoby porzucenie czegoś, co naprawdę kocha robić.
Podobnie zdruzgotani utratą pracy w branży papierniczej są potencjalni konkurenci, których Man-su musi wyeliminować. Jeden z nich zapija się cały dniami w domu, pełnym branżowych nagród i drogiego, bardzo analogowego – jak na kogoś pracującego w papierze przystało – sprzętu muzycznego.
Nawet gdybyśmy wprowadzili kiedyś dochód podstawowy pozwalający żyć wszystkim na poziomie klasy średniej – co się oczywiście nie stanie – i tak nie rozwiąże to problemu braku sensu w świecie bez pracy.
Koreański film nie ma pomysłu, co z tym zrobić, za to doskonale pokazuje świat, w którym zabijamy się o to, kto ostatni zgasi światło w kolejnym miejscu zdolnym generować akcjonariuszom zyski bez udziału ludzkiej pracy.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.