Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Nie było żadnej „belle eopque”. Byli zredukowani i poniżeni ludzie

Kamil Piskała, „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu”

Wielki Kryzys sprzed stulecia to nie tylko amerykańscy bankierzy skaczący z okien. To również długa i brutalna bieda w międzywojennej Polsce: głód, tułaczka i niepokoje społeczne.

ObserwujObserwujesz
Wyeksmitowana rodzina bezrobotnych w Warszawie, 1930 rok Recenzja
Walka

Wychowywałem się w kulcie międzywojnia. Kapłanami w kościele II RP byli moi dziadkowie, ich rodzeństwo i znajomi – ci wszyscy wiekowi, eleganccy obywatele, którzy w połowie lat 80. zjawiali się regularnie w naszym domu, żeby przy herbacie i sernikach wspominać razem tamten utracony na zawsze raj. Raj ów był miejscem i momentem w czasie. Była to Polska – prawdziwa, odzyskana i wspaniała – na którą w 45 kacapska barbaria gwałtem nałożyła kufajkę i gumofilce, zniszczyła interesy i pałace, obaliła przyrodzone hierarchie, odebrała własności, zbrukała wszystko. A wszystko, bądź też omal wszystko, było wcześniej idealne. Wcześniej, czyli „przed wojną”.

„Przed wojną” to idylla pomiędzy „za cara” a „okupacją” i „komuną” – dwie dekady bezpieczeństwa, spokoju i dumy pośród dziesięcioleci zagrożeń i chaosu. „Przed wojną” – dramatyczna cezura i zarazem wezwanie do mediumicznego seansu. „Przed wojną” – refren ich nostalgicznych, zbiorowych pieśni intonowanych w mieszkaniu na I piętrze kamienicy przy Piasecznej w Łodzi.

Czytaj także Nostalgia umiera ostatnia. Jak nacjonalizm karmi się mitem o świetlanej przeszłości Edoardo Campanella

Rzeczywistość powszechna sprzyjała takim uniesieniom. PRL nie tyle gorzał lub gnił, co się rozpadł; epoka, w której żyliśmy, okazała się zbiorem dekoracji. Część leżała na płask, część stała dalej, ale można było za nie zajrzeć i przekonać się, że nic tam nie ma – ani myśli i emocji, ani ludzi, tylko dykta, hasła i plastyka użytkowa. Dlatego w obliczu niedoborów, zauważalnego alkoholizmu społeczeństwa, wszechobecnego marazmu i mechanicznych deklamacji partyjnych bonzów w telewizorach tym milej wspominało się, jak było „przed wojną”.

Pracowitych stróżów, bramy zamykane wieczorem na klucz, punktualność kolei, wzajemną uprzejmość, municypalne piękno, szarm i dorobek gwiazd ówczesnego kina, Gdynię, Wilno, Lwów, Piłsudskiego i że nie pluto jawnie na chodnik. Niezgoda na uczestnictwo w powojennej Polsce była u moich dziadków, cioć i wujków tak zajadła, że w rozmowach między sobą posługiwali się wyłącznie – albo: wciąż – nazwami przedwojennych łódzkich ulic, ostentacyjnie nie chadzali tymi, których patronami zostali komunistyczni bojownicy, czerwoni poeci, radzieckie miasta-bohaterowie, tamtejsi herosi kosmosu i ogromnych hut.

Kiedy dzisiaj na fejsbukowych grupkach nostalgików oglądam zachwyty nad LuxTorpedą, Eugeniuszem Bodo pozującym z dogiem arlekinem o imieniu Sambo czy kurortem w Zaleszczykach, przypominają mi się niedziele i święta sprzed 40 lat i oni, moi bliscy, niepogodzeni, rozgoryczeni, uwięzieni w przeszłości. No i w kłamstwie.

Niesamowita jest moc wyparcia i siła fantazji post factum. Mieli oni bowiem w młodości i dojrzałości swojej dosłownie pod nosem liczne dowody na to, że II RP nie była wcale żadnym rajem, a jeśli była – to wyłącznie dla garstki szczęśliwców i wybrańców. Jedna połowa moich przodków wywodziła się z Bałut, druga – osiadła w roku 1921 na Chojnach. Każdego więc bez mała dnia oglądali łódzką biedę, wyzysk, bezrobocie, klitki, w których gnieździło się niekiedy i kilkanaście osób, zasyfione wielkie miasto przemysłowe – bez szkoły wyższej i sprawnej, rozbudowanej kanalizacji. Słyszeli i czytali o strajkach, tumultach, wystąpieniach przeciwko kolejnym rządom, bojach z policją.

Na dodatek sami przecież nie należeli do socjety, inteligencji, zamożnych cwaniaków. Niewielki warsztat tapicerski, praca w drukarni lub fabryce, „przy mężu”, bycie córką podupadłego kamienicznika, do którego już w kilka lat po zakupie należała tylko połowa dwupiętrowej kamienicy na dalekich łódzkich przedmieściach – oto cv tych, którzy lali omal realne łzy za dworkami na Kresach, Domem Towarowym Braci Jabłkowskich, okolicznymi nieruchomościami fabrykanckimi, w których nowa władza zainstalowała przedszkola, domy kultury, urzędy.

Książka Kamila Piskały Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu, którą właśnie wydało Muzeum Historii Polski, to jedno z remediów na lukrowanie naszej wspólnej przeszłości – wzdychanie do nieistniejącej ojczyzny premium. „Zredukowani” są prędzej przystępnym i zwięzłym opisem zjawiska niż obszerną, wywrotową pracą historyczną, ale dzieło Piskały można i tak wykorzystać z pożytkiem ku uświadamianiu i odkłamywaniu. Albowiem, jak we wstępie zauważa sam autor:„W Wielkiej trwodze, studium psychospołecznych skutków hitlerowskiej okupacji i lęków lat tużpowojennych, znakomity historyk Marcin Zaremba zauważył, że gdyby nie kataklizm II wojny światowej, by może najbardziej traumatycznym, najgłębiej zapisanym w pamięci polskiego społeczeństwa doświadczeniem XX wieku byłby właśnie Wielki Kryzys”. Tymczasem Wielki Kryzys w powszechnej świadomości Polaków nie istnieje. Jeśli już, to jako echo dobiegające zza oceanu – „czarny wtorek”, „czarny czwartek”, bankruci giełdowi popełniający samobójstwa.

Czytaj także Hańba ludzkości i szlacheckie fanaberie: kolonialne ambicje II RP w oczach socjalistów Przemysław Kmieciak

Polski Wielki Kryzys był długi, brutalny i dolegliwy. „Polska znalazła się wśród państw, które skutki Wielkiego Kryzysu odczuły najsilniej. Co więcej, o ile w większości krajów po przesileniu lat 1932–1933 dało się zauważyć wyraźne ożywienie koniunktury, o tyle w Polsce przejście od tzw. dna kryzysu (1932 rok) do fazy depresji pokryzysowej (1933–1935) uchwytne było w formie poprawy wskaźników makroekonomicznych – bardzo nieznacznej! – natomiast w odczuciu społecznym sytuacja pozostała bardzo trudna”.

Rządzący, jak twierdzi Piskała, najpierw zbyt optymistycznie patrzyli w przyszłość, przez co zlekceważyli omeny zapowiadające kryzys, później zaś nie dość skwapliwie i z wystarczającym rozmachem walczyli z tegoż przejawami, bo na przykład priorytet dla nich wciąż stanowiły kolosalne wydatki na armię. Prócz tego Piskała wymienia przeludnienie wsi i „słabość rynku wewnętrznego, która stanowiła pochodną niskiej stopy życiowej zdecydowanej większości społeczeństwa”.

Rezultatem było masowe bezrobocie – tytułowi „zredukowani” – skokowy wzrost przestępczości (zwłaszcza drobnych kradzieży, w tym żywności), wyniszczenie fizyczne i psychiczne osób bez pracy i ich rodzin, głód, frustracja, imanie się niebezpiecznych zajęć w rodzaju eksploatacji biedaszybów, degradacja zawodowa, tułaczka od miasta do miasta w poszukiwaniu jakiegokolwiek zatrudnienia, radykalne oszczędzanie na takich produktach jak nafta, cukier, tytoń, węgiel, ubrania, pauperyzacja wsi i tak zwane niepokoje. „Bilans niepokojów, do jakich doszło w czerwcu 1933 roku na Rzeszowszczyźnie, wynosi co najmniej kilkunastu zabitych, wielu rannych oraz kilkuset aresztowanych. Były to najkrwawsze zamieszki, jakie wstrząsnęły polską wsią w latach kryzysu”.

Moi dziadkowie krytykę II RP odrzucali jako komunistyczną propagandę – nie chcieli dać sobie zbrukać wyidealizowanego obrazka wreszcie niepodległej ojczyzny, a PRL ich mierziła. Nas – i naszych potomków – stać już na coraz bardziej obiektywne spojrzenie na ten fragment historii Polski. Oczywiście Polska nie była wówczas piekłem na ziemi, a rajem nie mogła być z tego powodu, iż 20 lat to za krótko, żeby po wieku z okładem zaborów i przetoczeniu się Wielkiej Wojny – oraz wojny z bolszewikami – zbudować sprawiedliwy, dostatni i nowoczesny kraj. Niemniej czas na szlochy za symulakrami i nostalgię wbrew prawdzie definitywnie minął wraz z końcem „komuny” i trudno je dziś traktować poważnie.

„Zredukowani” są potrzebnym głosem w debacie o mniemanej sanacyjnej belle epoque. Książka Piskały ma i ten walor, że przypomina – a jest to ważne zarówno w kontekście bezrobocia początku lat 90. i kolejnej dekady, jak i tego, z którym być może przyjdzie nam się zmierzyć już niedługo w następstwie automatyzacji i ekspansji AI – że brak pracy przekłada się na zdrowie i kondycje psychiczną osoby zredukowanej, a konsekwencje takiego stanu będą dla jednostki i dla społeczeństwa długotrwałe i dojmujące.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie