Wychowywałem się w kulcie międzywojnia. Kapłanami w kościele II RP byli moi dziadkowie, ich rodzeństwo i znajomi – ci wszyscy wiekowi, eleganccy obywatele, którzy w połowie lat 80. zjawiali się regularnie w naszym domu, żeby przy herbacie i sernikach wspominać razem tamten utracony na zawsze raj. Raj ów był miejscem i momentem w czasie. Była to Polska – prawdziwa, odzyskana i wspaniała – na którą w 45 kacapska barbaria gwałtem nałożyła kufajkę i gumofilce, zniszczyła interesy i pałace, obaliła przyrodzone hierarchie, odebrała własności, zbrukała wszystko. A wszystko, bądź też omal wszystko, było wcześniej idealne. Wcześniej, czyli „przed wojną”.
„Przed wojną” to idylla pomiędzy „za cara” a „okupacją” i „komuną” – dwie dekady bezpieczeństwa, spokoju i dumy pośród dziesięcioleci zagrożeń i chaosu. „Przed wojną” – dramatyczna cezura i zarazem wezwanie do mediumicznego seansu. „Przed wojną” – refren ich nostalgicznych, zbiorowych pieśni intonowanych w mieszkaniu na I piętrze kamienicy przy Piasecznej w Łodzi.
Rzeczywistość powszechna sprzyjała takim uniesieniom. PRL nie tyle gorzał lub gnił, co się rozpadł; epoka, w której żyliśmy, okazała się zbiorem dekoracji. Część leżała na płask, część stała dalej, ale można było za nie zajrzeć i przekonać się, że nic tam nie ma – ani myśli i emocji, ani ludzi, tylko dykta, hasła i plastyka użytkowa. Dlatego w obliczu niedoborów, zauważalnego alkoholizmu społeczeństwa, wszechobecnego marazmu i mechanicznych deklamacji partyjnych bonzów w telewizorach tym milej wspominało się, jak było „przed wojną”.
Pracowitych stróżów, bramy zamykane wieczorem na klucz, punktualność kolei, wzajemną uprzejmość, municypalne piękno, szarm i dorobek gwiazd ówczesnego kina, Gdynię, Wilno, Lwów, Piłsudskiego i że nie pluto jawnie na chodnik. Niezgoda na uczestnictwo w powojennej Polsce była u moich dziadków, cioć i wujków tak zajadła, że w rozmowach między sobą posługiwali się wyłącznie – albo: wciąż – nazwami przedwojennych łódzkich ulic, ostentacyjnie nie chadzali tymi, których patronami zostali komunistyczni bojownicy, czerwoni poeci, radzieckie miasta-bohaterowie, tamtejsi herosi kosmosu i ogromnych hut.
Kiedy dzisiaj na fejsbukowych grupkach nostalgików oglądam zachwyty nad LuxTorpedą, Eugeniuszem Bodo pozującym z dogiem arlekinem o imieniu Sambo czy kurortem w Zaleszczykach, przypominają mi się niedziele i święta sprzed 40 lat i oni, moi bliscy, niepogodzeni, rozgoryczeni, uwięzieni w przeszłości. No i w kłamstwie.
Niesamowita jest moc wyparcia i siła fantazji post factum. Mieli oni bowiem w młodości i dojrzałości swojej dosłownie pod nosem liczne dowody na to, że II RP nie była wcale żadnym rajem, a jeśli była – to wyłącznie dla garstki szczęśliwców i wybrańców. Jedna połowa moich przodków wywodziła się z Bałut, druga – osiadła w roku 1921 na Chojnach. Każdego więc bez mała dnia oglądali łódzką biedę, wyzysk, bezrobocie, klitki, w których gnieździło się niekiedy i kilkanaście osób, zasyfione wielkie miasto przemysłowe – bez szkoły wyższej i sprawnej, rozbudowanej kanalizacji. Słyszeli i czytali o strajkach, tumultach, wystąpieniach przeciwko kolejnym rządom, bojach z policją.
Na dodatek sami przecież nie należeli do socjety, inteligencji, zamożnych cwaniaków. Niewielki warsztat tapicerski, praca w drukarni lub fabryce, „przy mężu”, bycie córką podupadłego kamienicznika, do którego już w kilka lat po zakupie należała tylko połowa dwupiętrowej kamienicy na dalekich łódzkich przedmieściach – oto CV tych, którzy lali omal realne łzy za dworkami na Kresach, Domem Towarowym Braci Jabłkowskich, okolicznymi nieruchomościami fabrykanckimi, w których nowa władza zainstalowała przedszkola, domy kultury, urzędy.
Książka Kamila Piskały Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu, którą właśnie wydało Muzeum Historii Polski, to jedno z remediów na lukrowanie naszej wspólnej przeszłości – wzdychanie do nieistniejącej ojczyzny premium. „Zredukowani” są prędzej przystępnym i zwięzłym opisem zjawiska niż obszerną, wywrotową pracą historyczną, ale dzieło Piskały można i tak wykorzystać z pożytkiem ku uświadamianiu i odkłamywaniu. Albowiem, jak we wstępie zauważa sam autor:„W Wielkiej trwodze, studium psychospołecznych skutków hitlerowskiej okupacji i lęków lat tużpowojennych, znakomity historyk Marcin Zaremba zauważył, że gdyby nie kataklizm II wojny światowej, by może najbardziej traumatycznym, najgłębiej zapisanym w pamięci polskiego społeczeństwa doświadczeniem XX wieku byłby właśnie Wielki Kryzys”. Tymczasem Wielki Kryzys w powszechnej świadomości Polaków nie istnieje. Jeśli już, to jako echo dobiegające zza oceanu – „czarny wtorek”, „czarny czwartek”, bankruci giełdowi popełniający samobójstwa.
Polski Wielki Kryzys był długi, brutalny i dolegliwy. „Polska znalazła się wśród państw, które skutki Wielkiego Kryzysu odczuły najsilniej. Co więcej, o ile w większości krajów po przesileniu lat 1932–1933 dało się zauważyć wyraźne ożywienie koniunktury, o tyle w Polsce przejście od tzw. dna kryzysu (1932 rok) do fazy depresji pokryzysowej (1933–1935) uchwytne było w formie poprawy wskaźników makroekonomicznych – bardzo nieznacznej! – natomiast w odczuciu społecznym sytuacja pozostała bardzo trudna”.
Rządzący, jak twierdzi Piskała, najpierw zbyt optymistycznie patrzyli w przyszłość, przez co zlekceważyli omeny zapowiadające kryzys, później zaś nie dość skwapliwie i z wystarczającym rozmachem walczyli z tegoż przejawami, bo na przykład priorytet dla nich wciąż stanowiły kolosalne wydatki na armię. Prócz tego Piskała wymienia przeludnienie wsi i „słabość rynku wewnętrznego, która stanowiła pochodną niskiej stopy życiowej zdecydowanej większości społeczeństwa”.
Rezultatem było masowe bezrobocie – tytułowi „zredukowani” – skokowy wzrost przestępczości (zwłaszcza drobnych kradzieży, w tym żywności), wyniszczenie fizyczne i psychiczne osób bez pracy i ich rodzin, głód, frustracja, imanie się niebezpiecznych zajęć w rodzaju eksploatacji biedaszybów, degradacja zawodowa, tułaczka od miasta do miasta w poszukiwaniu jakiegokolwiek zatrudnienia, radykalne oszczędzanie na takich produktach jak nafta, cukier, tytoń, węgiel, ubrania, pauperyzacja wsi i tak zwane niepokoje. „Bilans niepokojów, do jakich doszło w czerwcu 1933 roku na Rzeszowszczyźnie, wynosi co najmniej kilkunastu zabitych, wielu rannych oraz kilkuset aresztowanych. Były to najkrwawsze zamieszki, jakie wstrząsnęły polską wsią w latach kryzysu”.
Moi dziadkowie krytykę II RP odrzucali jako komunistyczną propagandę – nie chcieli dać sobie zbrukać wyidealizowanego obrazka wreszcie niepodległej ojczyzny, a PRL ich mierziła. Nas – i naszych potomków – stać już na coraz bardziej obiektywne spojrzenie na ten fragment historii Polski. Oczywiście Polska nie była wówczas piekłem na ziemi, a rajem nie mogła być z tego powodu, iż 20 lat to za krótko, żeby po wieku z okładem zaborów i przetoczeniu się Wielkiej Wojny – oraz wojny z bolszewikami – zbudować sprawiedliwy, dostatni i nowoczesny kraj. Niemniej czas na szlochy za symulakrami i nostalgię wbrew prawdzie definitywnie minął wraz z końcem „komuny” i trudno je dziś traktować poważnie.
„Zredukowani” są potrzebnym głosem w debacie o mniemanej sanacyjnej belle epoque. Książka Piskały ma i ten walor, że przypomina – a jest to ważne zarówno w kontekście bezrobocia początku lat 90. i kolejnej dekady, jak i tego, z którym być może przyjdzie nam się zmierzyć już niedługo w następstwie automatyzacji i ekspansji AI – że brak pracy przekłada się na zdrowie i kondycje psychiczną osoby zredukowanej, a konsekwencje takiego stanu będą dla jednostki i dla społeczeństwa długotrwałe i dojmujące.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Ktoś przepuścił „eopque”. Czyżbyśmy mieli do czynienia z naśladowaniem „Gazety Wyborczej”?
Nie, mieliśmy do czynienia z literówką w tekście, która może się zdarzyć w każdym medium:)
Pozdrowienia od redakcji.
Belle Epoque jako termin dotyczyło końca XIX wieku. Coś się autorowi artykułu pomyliło. Oczywiście w opisie międzywojnia ma rację.
Przenośnie tak, dosłownie nie, Autor poprawnie zwrotu użył.
Mitologizacja II RP to proces niezwykle ciekawy. Jak to się stało, że kraj powszechnej biedy, ucisku stał się w powszechnym odczuciu Arkadią? Tak – zgadza się – rzeczywistość PRLu skrzeczała ale…było o całe niebo lepiej niż w II RP. Mój dziadek wspominał, że i ,,za Niemca” jak i za tzw. komuny było bez porównania lepiej niż przed wojną (Mowa o zachodniej Wielkopolsce).
Dlaczego tak się stało? Myślę, że za sprawą inteligencji. Klasa ta miała umocowanie w ziemiańatwie i jako taka przechowywała owe ziemiańskocentryczne imaginarium. Nawet jeżeli jakiś plebej w wszrobował do inteligencji częstokroć tym gorliwiej musiał podkreślać swą nieplebejskość przejmując etos grupy.
Stąd już niedaleka droga do owej nostalgii.
Świetnym przykładem tego jest kult marszałka Piłsudskiego po 1989r. Przed wojną wcale nie tak powszechny i bezkrytyczny, choć wciskany na siłę przez aparat sanacyjny. Piłsudski był jednak ,,swojakiem” warstw ziemiańskich. Rządy sprawował z pełnym poszanowaniem jej interesów. Temu służyła np.deflacyjna polityka rządów sanacji, która po przez to chroniła wartość kapitałów a jednocześnie czyniła co raz trudniejszą sytuację pracowników i drobnych wytwórców (rzemieślników i rolników). Dlatego dla inteligencji jawił się jako mąż opatrznościowy – pogonił bolszewię, nie dopuścił do socjalizmu w kraju a gdy trzeba to i w zęby chamom dać potrafił.
“Za Niemca” kiedy byliśmy niewolnikami i chłopi nie mogli dysponować produktami jakie wytwarzają a za niewystarczające dostawy żywności trafiało się do obozu? Kiedy były łapanki i można było trafić na roboty do Niemiec. Serio twój dziadek tak mówił? Kim. Ul za okupacji? Podpisał volkslistę?