Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

Zemsta tłumaczy i słoń w salonie

Jennifer Croft jest amerykańską tłumaczką, która przetłumaczyła dwie monumentalne książki Olgi Tokarczuk. W jej trzeciej powieści grupa tłumaczy przyjeżdża do Białowieży na tradycyjny zjazd do wielkiej Autorki, a od rozwiązania zagadki kryminalnej ważniejsza jest refleksja o relacji między twórcami a autorami przekładu.

Jennifer Croft, Wymieranie Ireny Rey, przeł. Kaja Gucio, Wyd. Pauza 2026

Wielbiliśmy Naszą Autorkę, a kiedy wysłała nam maila z informacją, że jej dzieło jest gotowe, odwołaliśmy nasze plany, spakowaliśmy walizki i polecieliśmy z naszych miast do Warszawy, gdzie brudni, przemoczeni i wniebowzięci pojechaliśmy pociągiem do Hajnówki, a potem wsiedliśmy do autobusu kursującego do Białowieży.

Jest rok 2017, w puszczy trwa wycinka drzew, a w domu Wielkiej Pisarki – największej w Europie, a może na całym świecie, przyszłej noblistki, ale to nastąpi dopiero w 2026 roku – odbywa się tradycyjne plenum jej tłumaczy. Ilekroć Irena Rey kończy kolejne dzieło, zaprasza do siebie tłumaczy jej książek, żeby zaczęli tłumaczyć. I dopiero potem wysyła książkę wydawcy.

Czytaj także Tokarczuk: Wszystko boli [rozmowa] Kinga Dunin

Całe to zgromadzenie przypomina sektę, z uwielbianą mistrzynią, guru, której każdy kaprys staje się rozkazem. Poza tym obowiązują ich różne zasady – nie wolno tłumaczyć im innych autorów, a tylko Autorkę; nie wolno używać imion, zastępują je nazwy języków: Szwedzki, Hiszpańska, Czeski, Słoweńska itd.; nie wolno pić alkoholu ani jeść mięsa; nie wolno rozmawiać o pogodzie. Jest też mąż Autorki – dużo młodszy, nie odzywa się, obsługuje, gościom łóżka ściele. Podobno zanim ją poznał, był tłumaczem albo studentem translatoryki. No i powoduje u niej seksualne napięcie, które, jak wiadomo, sprzyja twórczości.

Kiedy tłumacze przybywają do Białowieży, zauważają dziwne i nietypowe zachowania Autorki, ale podążają za nią do lasu, gdzie pokazuje im coś, co przypomina amputowane kopyto i mówi coś niezrozumiałego. A następnego dnia znikają i Autorka, i jej mąż. Tłumacze są zdezorientowani, reguły zakonu zaczynają się sypać, a między uczestnikami spotkania iskrzy. Stawiają sobie za zadanie odszukanie Autorki. I tak zawiązuje się akcja tego zwariowanego kryminału, thrillera. Bardziej parodia gatunku niż poważna książka sensacyjna. Szukając wskazówek, które mogą pomóc w poszukiwaniach, tłumacze odkrywają liczne sekrety, kłamstwa, a nawet przestępstwa Autorki.

Drugim zadaniem tłumaczy – może tego oczekuje Autorka, żeby powrócić – jest powstrzymanie wycinki drzew i złego ministra Szyszki. Otrzymujemy zatem, przy okazji, reklamę Puszczy Białowieskiej, wydaje się, że Croft naprawdę tam była. Opisy fauny i flory – mnóstwo nazw, których w życiu nie słyszeliście i bardzo dużo o grzybach. I ogólnie niepokojów eko – szóste wymieranie. A dla cudzoziemców jeszcze garść informacji o historii Polski.

Ale to wszystko są błyskotki, bo autorka rozgrywa tu jakąś poważniejszą grę. Czy całkiem czystą?

Nie da się pominąć tłumaczy

Jennifer Croft jest amerykańską tłumaczką, która przetłumaczyła dwie monumentalne książki Olgi Tokarczuk – Biegunów (za ten przekład obie dostały nagrodę Bookera) i Księgi Jakubowe. Jako autorka nie jest oczywiście tożsama z narratorką (wiadomo, autor umarł tralala), ale nie jest to bez znaczenia.

Narratorką jest pochodząca z Argentyny Hiszpańska, Emilia, czyli jedna z tłumaczek obecnych podczas opisywanych wydarzeń. Swoją książkę napisała jednak nie po hiszpańsku, ale po polsku, choć podobno widać w niej było naleciałości hiszpańskich struktur językowych. Książkę tę na angielski tłumaczy Alexis, tłumaczka z angielskiego, również jedna z uczestniczek spotkania w Białowieży – panie za sobą nie przepadały, doszło nawet między nimi do pojedynku. Może to mieć wpływ na tłumaczenie, poza tym Alexis zmienia jej tytuł, dodaje od siebie przypisy – czasem korygując opowieść koleżanki, a czasem rzucając jakieś uszczypliwości, które podważają jej wiarygodność.

Do tej gry włącza się też polska tłumaczka, Kaja Gucio. We wstępie – gdzie pojawiają się rozważania nad sztuką przekładu i zwykle tego spodziewamy się po tłumaczu – wplata też historię z przyszłości. Oto w XXI wieku uznaliśmy papier za przeżytek, całe piśmiennictwo istniało już tylko w formie cyfrowej, aż w roku 2055 nastąpił Kataklizm, który zniszczył wszystkie cyfrowe treści. Do rąk polskiej tłumaczki trafia cudem zachowana stara papierowa książka – po angielsku, w tłumaczeniu Alexis. Oryginał polski, choć może wymyślony po hiszpańsku, napisany przez Emilię, zaginął. Czyli tłumaczenie tłumaczenia, które do pewnego stopnia też mogło być tłumaczeniem.

Są też liczne inne miejsca w powieści, które problematyzują relację między oryginałem i jego odwzorowaniem w przekładzie i dowartościowują rolę tłumaczy: tych, którzy piszą cudze książki w swoich językach. Tak o pracy tłumacza mówi chociażby Jerzy Koch przy okazji swojego przekładu Buddenbrooków. I dziś jest to chyba dość powszechna świadomość – nie da się pominąć znaczenia tłumaczy. Czy mimo tego, pozostając w cieniu prawdziwych pisarzy, czują się wciąż niedowartościowani i sfrustrowani?

Skąd to hassliebe?  

Przyjrzyjmy się teraz postaci tytułowej, Irenie Rey. Genialna, uwielbiana, jest obiektem wręcz bałwochwalczego kultu, nie tylko wśród sekty swoich tłumaczy. Martwi się o życie na Ziemi, mieszka na prowincji, blisko natury i ma o niej dużą wiedzę. Dostanie nagrodę Nobla. Czy jest to zatem powieść z kluczem, gdzie pod fikcyjną postacią kryje się jakaś realna? Oczywiście to, czy posiadamy ten klucz, zależy od kontekstu i naszej wiedzy. W Polsce oczywiście postać Ireny będzie przywodziła na myśl Olgę Tokarczuk. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że również tłumacze mają zwoje pierwowzory w realu, ale nie ma w tym dla nas żadnych smaczków, ponieważ ich nie znamy.

I to jest właśnie słoń w salonie tej powieści, którego istnienia taktownie będziemy starali się nie zauważać, bo przy całej swojej wyjątkowości i charyzmie nie jest to postać sympatyczna. Hołdy oddawane Irenie, czy też słoniowi, są karykaturalne, od razu budzą wątpliwości. I poznamy jej drugą, ukrytą stronę – kłamstwa na temat biografii, manipulacje, apodyktyczne sprawowanie pieczy nad swoją trzódką, traktowanie dużo młodszego męża jak służącego, zdradzanie go, dziwactwa, skrywany alkoholizm, a nawet kradzież egipskich mumii. Oczywiście to też jest przerysowane i mamy to wszystko potraktować jako zabawę, ale jest to jednak zabawa czyimś kosztem.

Popsychologizujmy pamiętając, że Tokarczuk i Croft to osoby żyjące, które były w jakiejś relacji. Skąd to hassliebe charakterystyczne dla stosunku do osób, które się podziwia i jednocześnie z nimi konkuruje? O uwagę – tłumacz z pisarzem, a w tym przypadku mniej znana autorka z pisarską sławą.

Tu muszę niestety uciec się do spoilerów.

Ostatecznie Irena umiera, a tłumacze palą jej ciało i nie pozostaje po nim żaden ślad. To dość symboliczne, czyż nie? I wszystko to dzieje się w 2017 roku, a Irena dostaje od dawna spodziewanego Nobla w roku 2026. Czyli kto go dostał? Wcześniej, jeszcze w 2017, tłumacze podszywają się pod nią, pisząc wspólnie podpisany niby przez nią tekst, i mistyfikacja nie zostaje wykryta. Wygląda więc na to, że tym razem to jest ich sukces, skoro Irena nie żyje, a oni potrafią ją zastąpić.

Czytaj także Rosja pewnym krokiem wchodzi w fazę upadku Paulina Siegień

Szkopuł w tym, że chyba jednak nie są. Jeśli spróbujemy wybrać z powieści Croft wszystko, czego dowiadujemy się o poprzednich książkach Ireny, plus pierwszy akapit nowego dzieła, to trudno nam będzie uwierzyć, że to twórczość zasługująca na jakiekolwiek nagrody. Po prostu Croft nie potrafi stworzyć dla swojej wymyślonej pisarki naprawdę interesującej twórczości.

Może zatem tłumacze nie zawsze mogą być równie dobrymi pisarzami, jak ci, których tłumaczą. Nie odbierając im niczego, nie byłoby wielkich tłumaczy bez wielkich pisarzy. I to chyba boli Jennifer Croft.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie