Film

Sadowska: Rewolucja kobiet

Myślisz: jestem artystą i w ogóle nie mieszam się do polityki. A potem zaczynają cię różne rzeczy wkurzać – mówi reżyserka Maria Sadowska.

Agnieszka Wiśniewska: Twój Dzień kobiet zasadniczo odbiega od tego, co można zobaczyć w polskim kinie ostatnich lat. Z dwóch powodów: to film zaangażowany i o kobietach.

Maria Sadowska: Świadomość społeczna budzi się w nas z wiekiem. Myślisz: jestem artystą i w ogóle nie mieszam się do polityki – a potem zaczynają cię różne rzeczy wkurzać. Przestajesz być neutralny. Ale moje zainteresowanie sprawami społecznymi nie zaczęło się od tego filmu. Już wcześniej śpiewałam: „Gdzie jest moja rewolucja?”. Zrobiłam film Non-stop kolor, który opowiadał o innym środowisku niż Dzień kobiet, ale w jakimś sensie był do niego wstępem. Non-stop kolor zamyka scena, w której bohaterka wchodzi do miasteczka pielęgniarek. Ona przez nie przeszła, a ja zostałam.

Spora w tym zasługa Darka Gajewskiego ze Studia Munka, bo to on zaprosił mnie na rozmowę i dał mi do przeczytania pierwszą wersję scenariusza Dnia kobiet. Tłumaczył, że nie powinnam robić filmu muzycznego, jakiego się po mnie wszyscy spodziewają, tylko zmierzyć się z czymś, co się ze mną w jakiś oczywisty sposób nie kojarzy, a jest moją historią. Jej trzon to archetypiczna bajka o walce dobra ze złem.

Dlaczego Gajewski uznał, że to twoja historia?

Studio Munka proponowało tę historię kilku osobom i sprawdzało, komu będzie najbardziej leżeć. Ja świetnie pamiętałam sprawę Bożeny Łopackiej. Kiedy wybuchła, miałam dwadzieścia kilka lat i już wtedy myślałam, że to świetny materiał na film. Mam takie pudło, w którym zbieram wycinki z gazet – uważam, że tematy na filmy po prostu leżą na ulicy – i sporo w nim było o walce pracownic z supermarketami. Po latach ta historia wrócił do mnie bumerangiem.

Ważne było dla mnie też to, że mogę nakręcić historię o kobietach. Mówiąc wprost: „girl power”. Bardzo brakuje mi w kinie opowieści o kobietach. No i ten film się dobrze kończy.

A jakie to ma znaczenie?

Mam wrażenie, że pielęgnujemy w Polsce fatalizm, nic się nikomu nie udaje. A bohaterka Dnia kobiet zwycięża. I to nie jest komedia romantyczna, gdzie szczęśliwe zakończenie jest oczywistością. Pociągało mnie w tym scenariuszu to, że jednostka może dokonać jakiejś zmiany w świecie. Piotrek Marecki zwrócił mi uwagę, że polskie kino społeczne jest strasznie mroczne. Nie umiemy pokazywać zwykłych historii zwykłych ludzi jako opowieści o zwycięzcach. Na dodatek estetyzujemy te historie tak, że tworzymy dystans. Jakbym dała jazzową muzykę w tle historii dziejącej się w supermarkecie na kasie, byłaby w tym jakaś nieprawda. Na kasie nie leci taka muzyka.

To dlatego nie poszłaś w konwencję czarno-białego, smętnego kina społecznego.

Chciałam mieć konwencję paradokumentalną, ale jednocześnie starałam się odrobić lekcję dobrze pojętego kina amerykańskiego, które ma klasyczny schemat, przebieg fabularny. Tego nie było w moim poprzednim filmie. Dzień kobiet można było zrobić na trzy sposoby. Pierwszy byłby zupełnie komercyjny, drugi – artystowski: długie ujęcia pani siedzącej na kasie, niepopowa muzyka, szarości. Wybrałam trzecią drogę, pośrodku. Lubię kino, w którym podążamy za bohaterem, mamy dla niego empatię. I takie chciałam zrobić. Zależało mi, żeby Dzień kobiet obejrzały kasjerki i miały poczucie, że to jest dla nich, a nie opowieść zrobiona z jakieś odległej artystowskiej Warszawy. Nie chciałam filmu, w którym pani z wielkiego świata pochyla się z politowaniem nad słabszymi. To mnie kompletnie nie interesowało.

Dzień kobiet


Ma wrażenie, że w Polsce kino społeczne nie jest popularne dlatego, że oznacza dla wielu osób publicystykę. Publicystyka to socrealizm, a za socrealizm to my bardzo dziękujemy.

Jest dokładnie tak, jak mówisz. Zaraz mówią, że robisz film z tezą. A Dzień kobiet to uniwersalna historia o dziewczynie, o jej dylematach moralnych, o tym, że sprzedaje duszę, a potem musi ją odzyskać przy pomocy innych ludzi. Mam wrażenie, że krytyka filmowa jest źle nastawiona do kina zaangażowanego.

Jeśli zrobisz film bardziej „wewnętrzny”, nastawiony na „ja”, to masz od razu wielkie, poważne kino artystyczne i uznanie. A jak opowiadasz o paniach ze sklepu, to jest reportaż. Kompletnie się nie zgadzam z takim podziałem.

Ta niby publicystyka niesie ze sobą wspaniałe ludzkie historie. Cała sztuka polega na tym, żeby znaleźć w nich indywidualnego człowieka i opowiedzieć tę historię tak, że widz przeżywa ją razem z bohaterem. Słyszę sporo zarzutów, że Dzień kobiet to film publicystyczny. Kompletnie się nimi nie przejmuje, bo wiedziałam, że się tak będzie mówić. Podjęłam ryzyko zmierzenia się z tym (śmiech). Dla mnie to jest uniwersalna historia o człowieku.

Ja mam już uczulenie, jak słyszę, że jakiś film to „uniwersalna historia o człowieku”.

Punktem wyjścia do tego, żeby film się oglądał, jest bohater. To dlatego tak się trzymam tego człowieka. Ale to, jaki świat stworzysz wokół niego, zależy już od ciebie. Może to być świat mniej lub bardziej otwarty, osadzony w realiach społecznych i opowiadający coś o nich, a może być zamknięty w czterech ścianach.

Ilustrujący życie wewnętrzne bohatera.

W każdym razie jak nie masz bohatera, to nie masz filmu.

Ty masz bohaterkę. Czy to miało znaczenie?

Tak, ogromne. Nie tylko to, że główna bohaterka jest kobietą, ale że w ogóle jest tam tyle kobiet.

Polskie kino jest zmaskulinizowane?

Jest. Mniej kobiet robi filmy. I kobiety robią filmy o mężczyznach, odwrotnie jakoś się to rzadziej zdarza. Kobiet jest mniej w kinie, ale też w ogóle w sztuce. Byłyśmy odsunięte od wielu dziedzin życia przez tysiące lat. Teraz to nadrabiamy. Przez ostatnich sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Jak studiowałam w filmówce pięć lat temu, na moim roku były dwie dziewczyny na dwanaście osób. Teraz jak byłam w Łodzi, widziałam, że jest ich więcej. Mamy w Polsce oczywiście tradycję kobiet reżyserek, jest Agnieszka Holland.

Wymieniaj dalej.

Jest Małgorzata Szumowska, Magdalena Łazarkiewicz. Jest sporo świetnych dokumentalistek – Maria Zmarz-Koczanowicz, Ewa Borzęcka.

Krzysztof Tomasik opowiadał na swoich seminariach o kinie, że w Polsce są trzy drogi, którymi najczęściej kroczą reżyserki. Pierwsza to robienie filmów z mężem – przykład Petelskich czy Joanny Kos-Krauze. Druga to robienie filmów dla dzieci i młodzieży czy  mniej popularnych, a co za tym idzie, mniej cenionych – wymieniłaś dokumentalistki. Trzecia droga to wejście w rolę mężczyzny. Agnieszka Holland jest takim przykładem. Krążą już legendy, jak na planie musiała rzucić talerzem o ścianę i przekląć parę razy, żeby ekipa przekonała się, kto tu rządzi i kto ma jaja.

Bardzo trafne. Szumowska też jest mężczyzną.

To prawda.

Na początku rzeczywiście czułam presję, że na plan trzeba przyjść w spodniach, przekląć, że muszę być męska, choćby w zachowaniu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że właściwie to jest okropne. Nie chcę rezygnować ze swojej kobiecości, chcę być blondynką na obcasach, w sukience – choć to niewygodne.

Nie chodzi mi o strój, ale o zachowanie.

To prawda, że na planie przejmujesz męski język, że czasem musisz wypić setkę z technicznymi. Ale mnie to nie przeszkadza w byciu kobietą. Nie uważam, że reżyseria jest męskim zawodem. Nie chcę udawać faceta. Tylko że dojrzałam do tego teraz. Przez lata wiązałam włosy i udawałam twardą.

Maria Sadowska, materiały prasowe

Na szczęście reżyserek jest coraz więcej.

Pierwsza reżyserka dostała Oscara. Dostrzega się też, że za wielkimi mężczyznami stały kobiety. O tym opowiada chociażby film Hitchcock czy książka Danuty Wałęsy. Coś się zmienia. Ale nadal jest mało historii kobiet w kinie, nadal kobiety w filmach są głównie matkami, żonami, kochankami.

Dałaś Kasi Kwiatkowskiej szansę zagrania jednej z najciekawszych ról ostatnich lat.

To też jest dramat, że zdolne aktorki nie mają co grać. Jeśli już są kobiety w filmach, to są często przedstawianie w okropnym świetle. Grają głupawe bohaterki gadające tylko o ciuchach, plotkujące, chichrające się jak idiotki, paplające, buzia im się nie zamyka. Koszmar. Powielanie najgorszych stereotypów. Na dodatek te kobiety w filmach muszą być uzależnione od facetów, zawsze muszą być czyimiś żonami. Nie są podmiotowe. Trzeba odczarować wizerunek kobiet w kinie.

Czy właśnie z tej potrzeby odczarowywania wzięła się też płyta Dzień kobiet?

Z pracy nad filmem zostało mi sporo muzyki, której nie wykorzystałam. Z tego powstała cała płyta. Bardzo pomogła mi Kasia Bratkowska.

Czyli współautorka tekstów. Jak się spotkałyście?

Przez Kazimierę Szczukę, do której z kolei zabrała mnie Kasia Kwiatkowska. Bratkowska przysłała mi cytaty z rozwinięciem – m.in. z Susan Sontag, Barbary Kruger, Simone de Beauvoir.

Każdy z nich pojawia się na płycie z informacją, że był inspiracją dla piosenki.

Część tekstów wzięłam prosto od Kasi, jak Nikt nie rodzi się kobietą, tam tylko refren zmieniłam. Inne bardziej przerabiałam. Te podesłane przez nią słowa bardzo mnie otworzyły. Nagle to wszystko, co się we mnie kumulowało, znalazło jakieś kanały ujścia. Nagrałam tę płytę w trzy tygodnie. To był szał. Nie spałam, nie jadłam. Nagle wszystko zrozumiałam (śmiech). Tylko Ryba jest trochę inna. Kaśka napisała tekst wokół cytatu „Kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru” z Glorii Steinem. I tu włączył się mój facet. Razem napisaliśmy tekst na przekór słowom Steinem, bo nie chcę jednak wyłączać mężczyzn z tej naszej walki. Feminizm to nie jest walka płci – co często słyszę.

Nagrałaś płytę, która jest manifestem feministycznym.

Bardzo się z tego cieszę. Sama to wszystko przepracowałam: jest piosenka o macierzyństwie, aborcji, przemocy wobec kobiet, walce ze stereotypami. Ta płyta jest dla mnie rodzajem rozmowy o tym, czym jest gender, feminizm. Byłam ciekawa, jak działają hasła. Dlatego na początku nie sprawdzałam, skąd dokładnie są cytaty, nie czytałam całych tekstów. Dopiero później. Tak się z Kaśką umówiłyśmy. W dzisiejszym świecie, w zalewie informacji, posługujemy się hasłami i chciałam sprawdzić, co można wyciągnąć z samego hasła.

Piosenki też posługują się hasłami, powtarzanymi refrenami – jak na demonstracji.

Na tej płycie musiałam też inaczej śpiewać. Z brzucha, z bebechów. W takich piosenkach nie ma miejsca na ozdobniki. Muzycznie był to powrót do tego, czego słuchałam, jak miałam dwadzieścia lat: Massive Attack, Portishead. Żeby te teksty wybrzmiały, musiałam się odrzeć ze wszystkiego i wrócić do źródeł.

Chyba oba Dnie kobiet, i film, i płyta, były dla ciebie krokiem w stronę czegoś nowego.

Tak. I będę szła w tę stronę. Kolejne moje filmy też będą opowiadały o silnych kobietach.

Nie boisz się łatki „reżyserka feministka”?

Nie. Choć zdumiały mnie bzdury, których się nasłuchałam o feminizmie przy promocji tego filmu. Że feministki to są laski, które chcą być facetami, nie wierzą w Boga, nie kochają swojego kraju i chcą walczyć o coś, co już dawno zostało wywalczone. Powiem ci, że o ile wcześniej nie byłam zwolenniczką zmiany języka, to teraz zaczęłam na to zwracać uwagę.

Więc mówisz o sobie „reżyserka”, nie „reżyser”?

Tak. I wiem, że to jest ważne. Wkurza mnie, jak słyszę, że kobiety są niesolidarne. Są bardzo solidarne, ale o tym się mówi z pogardą. Męska przyjaźń to wspaniała rzecz, archetyp dobrej przyjaźni, a kobieca to jakieś plotkowanie…

…solidarność jajników.

Podobnie kobieca rywalizacja to podgryzanie, za to męska rywalizacja to walka i coś wielkiego. Kiedyś o tym wszystkim nie myślałam. Teraz jestem wyczulona na każdą z tych kwestii. I myślę, że trzeba o tym mówić i że to powoduje zmiany. Rewolucja juz sie dzieje na naszych oczach – rewolucja kobiet.

Maria Sadowska – reżyserka, scenarzystka, piosenkarka

 

Czytaj także:

Katarzyna Kwiatkowska: Gdy trzeba, jestem siłaczką

Agnieszka Wiśniewska: Kobieta z megafonem

Klub Krytyki Politycznej w Berlinie zaprasza na pokaz filmu Dzień kobiet oraz debatę: Dzień Kobiet dawniej i dziś
Goście spotkania: Katarzyna
Kwiatkowska, Maria Sadowska, Roman Kurkiewicz.

7 maja, wtorek, godz. 19.00 Galeria SUPERMARKT, Brunnenstr. 64, Berlin


Projekt dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco