Film

Majmurek: Dobra “Chciwość”

Wbrew pozorom "Chciwość" nie jest filmem o słabościach charakteru bankierów z Wall Street. To świetny, etnograficzny portret grupy odpowiedzialnej za kryzys.

W pierwszym Wall Street Gordon Gecko wypowiada słynne słowa „chciwość jest dobra”. Gdy ogląda się plakaty i reklamy filmu „o początku kryzysu finansowego w Stanach”, zatytułowanego (przez polskiego dystrybutora) Chciwość, trudno uniknąć skojarzeń z dziełem Stone’a. Skojarzeń nie najlepszych, bo choć Wall Street to dynamicznie (agresywne travellingi kamery Roberta Richardsona), świetnie zrobione kino z wyrazistymi postaciami i błyskotliwymi dialogami, to jako krytyka kapitalizmu sprawdza się średnio, nie ma bowiem systemowego charakteru.

Całe zło kapitalizmu jest tu tak naprawdę wadą charakteru – źródłem problemów Ameryki lat 80. jest drapieżna, pasożytująca na „prawdziwej gospodarce”, obsceniczna pazerność takich postaci jak Gecko, któremu przeciwstawiony jest ojciec głównego bohatera – prosty, szlachetny robotnik i działacz związkowy – oraz reprezentujący „odpowiedzialny”, liczący się z dobrem całej społeczności biznes sir Larry Wildman. 

Chciwość (w oryginale Margin Call) J. C. Chandora idzie zupełnie inną drogą. Choć debiutującemu w pełnym metrażu reżyserowi udało się zgromadzić na planie wyborową obsadę świetnych, rozpoznawalnych aktorów (Kevin Spacey, Jeremy Irons, Stanley Tucci, Demi Moore), to jego film w niewielkim stopniu opiera się na konfliktach charakterów. To nie chciwość tej lub innej jednostki jest tu problemem, ale system, który promuje agresywną spekulację, rozmontowuje narzędzia jej kontroli i korumpuje wszystkich w niego uwikłanych.

Film przedstawia dobę przed pęknięciem bańki spekulacyjnej na rynku CDO (papierów dłużnych opartych na połączonych w pakiety długach o różnym stopniu ryzyka) w banku inwestycyjnym w Nowym Jorku, od którego zaczyna się światowy kryzys. Większość akcji rozgrywa się w nocy, gdy bankierzy, wpatrzeni w monitory wyświetlające skomplikowane wykresy, radzą nad tym, jak zminimalizować straty, zanim inni zorientują się, że większość ich aktywów jest kompletnie bez wartości.

Kryzys w filmie ma strukturalny charakter, wpisany jest w samą logikę funkcjonowania finansowego kapitalizmu. Bankowcy obsługują potężną maszynę finansowej spekulacji, której nikt nie jest w stanie tak naprawdę kontrolować – już nawet nie po to, by zaspokajała „realne potrzeby”, ale by przynajmniej nie powodowała ciągle powracających spektakularnych katastrof finansowych. Ba, większość bankowców (poza sprowadzonymi specjalnie do tego celu na Wall Street matematykami i fizykami z doktoratami z MIT, którym banki płacą kilkakrotnie więcej niż najlepsze uczelnie i laboratoria) nie rozumie nawet matematycznych modeli, na których opiera się jej codzienna praca.

W filmie Chandora wszyscy bohaterowie w równej mierze są skorumpowani przez system. Wraz z rozwojem fabuły widz poznaje coraz wyższe szczeble w hierarchii banku, coraz wyżej postawionych i coraz bardziej przepłacanych bankierów. Słyszymy bajeczne kwoty rocznych zarobów: od 250 tysięcy dolarów dla początkującego analityka po studiach, przez 2,5 miliona dolarów dla szefa działu, po kilkadziesiąt milionów dolarów zarobków prezesa. Wszystko to w sytuacji, gdy średnia pensja w Stanach wynosi niewiele ponad czterdzieści tysięcy dolarów rocznie. A i tak większość pracowników banku, którym towarzyszymy feralnej nocy, ciągle narzeka na brak pieniędzy. W końcu styl życia bankiera inwestycyjnego – drogi dom, samochód, kluby nocne itd. – kosztuje.

Dlatego ostatecznie każdy z pracowników banku, który ma jakieś opory, zapomina o nich, gdy uświadomi sobie, że kredyty same się nie spłacą. Ostatecznie to pieniądz – wysokie alimenty, fundusz inwestycyjny na studia dzieci, ubezpieczenie zdrowotne – rozstrzyga wszystkie etyczne wybory. Zamknięty świat bankierów, który oglądamy, wydaje się impregnowany na politykę i jakąkolwiek demokratyczną kontrolę. Nic nie wskazuje na to, by zmienił go kryzys. Jak mówi prezes banku John Tuld, patrząc z restauracji na szczycie szklanej wieży swojego biurowca na Wall Street: „Będzie mnóstwo pieniędzy do wyciągnięcia z tego bałaganu”.

Jak na standardy hollywoodzkie Chandor nakręcił film mało dynamiczny i wyciszony: nocny Nowy Jork (wspaniale sfotografowany przez Franka G. DeMarco) jest senny, zmęczony, tak jak ciała godzinami obradujących w swoich biurach bankierów. Ich dialogi rwą się, tną, są niezgrabne – raczej tak wyglądają, a nie jak w Wall Street. A przy tym wszystko jest tu dramaturgicznie bardzo spójne: paradokumentalna rekonstrukcja została ujęta w formułę trójaktowego widowiska z dwoma przepisowymi punktami zwrotnymi w odpowiednich momentach.

Film Chandora to świetny, etnograficzny portret grupy społecznej odpowiedzialnej za kryzys ostatnich lat. Zamiast moralitetu o godnej potępienia chciwości, dostajemy świetne studium systemu, w którym chciwość jest nieustannie nagradzana, gdyż stanowi jego istotę. Nie ma w tym filmie żadnego miejsca, żadnego punktu, z którego mógłby zostać wyartykułowany opór – ale dzięki temu dokładnie widać, czemu należy się opierać.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.