Film

„Baczyński”: szkoły pójdą

Dystrybutor opisuje ten film jako „poetycko-biograficzny”, ale to po prostu szkolne streszczenie biografii poety. Do tego wizja historii rodem z Muzeum Powstania Warszawskiego.

Z dobrą opowieścią – ciekawą biografią, ważną książką – jest tak, że jak się ją sfilmuje, to na długi czas zamyka się innym szansę na jej opowiedzenie. I nieważne, czy film będzie udany czy nie. Choć ten nieudany zmarnuje historię, bo nikt się nie pozna, że jest dobra. Trochę jak z dowcipem. Jak się go opowie w towarzystwie raz, to nie ma sensu go powtarzać. Jak się go opowie dobrze, to się ludzie uśmieją. Jak się go spali, to już nie będą chcieli go słuchać. Baczyński Kordiana Piwowarskiego to właśnie taki spalony dowcip.

Co wiemy o Baczyńskim, my wszyscy, dobrze wychowani przez patriotyczną polską szkołę? Wiemy, że był poetą i żołnierzem. Bycie poetą szło mu lepiej. Do wojaczki nie miał talentu, był chorowity. Zginął w powstaniu warszawskim. Z filmu Piwowarskiego nie dowiemy się wiele więcej. Zobaczymy, że Krzysztof pisze wiersze, czyta je, że jest wrażliwy na piękno natury, że działa w konspiracji, ma żonę Basię i ginie w powstaniu. Zobaczymy też, że wojna była okrutna, że żołnierze w konspiracji chowali pistolety w skrytkach (w tym czasie ich ukochane żony podawały im herbatę), Warszawa została zniszczona. Z napisów końcowych dowiemy się, że w powstaniu zginęło 18 tysięcy żołnierzy i 180 tysięcy cywilów.

Są takie filmy, które oglądamy z cisnącym się na usta pytaniem „po co?”. Opisy dystrybutora określają Baczyńskiego jako film „poetycko-biograficzny”, co ma oznaczać, że jego formuła jest na tyle odkrywcza, że nie mieści się w klasyfikacjach. W filmie mamy fragmenty dokumentalne i fabularne: archiwalne nagrania wojennej Warszawy, współczesne wypowiedzi powstańców i sceny zarejestrowane podczas slamu upamiętniającego 90. urodziny Baczyńskiego (w sumie nie wiem, czemu twórcy nazywają to slamem, bo zawsze myślałam, że na slamie poeci mówią swoje wiersze, a tu mówią wiersze Baczyńskiego i nawet jeden z nich śpiewa – bardziej to przypomina konkurs recytatorski niż slam. Muszę poprosić Jasia Kapelę, żeby mi to wyjaśnił). Ilustracją do wierszy recytowanych przez slamerów czy do przytaczanych z offu opowieści o Baczyńskim są fabularyzowane sceny, w których w Baczyńskiego wciela się Mateusz Kościukiewicz. Reżyser wyznaczył aktorowi chyba jedno tylko zadanie: być. Kościukiewicz nawet nie miał co zagrać. A szkoda.

Twórcy filmu starają się zapewne przekonać widza, że oto ma do czynienia z nowatorskim połączeniem dokumentu i fabuły. Niestety to ściema. Albo że w filmie zestawiono przeszłość z współczesnością – że oto młodzi slamerzy mówią Baczyńskim, a my na ekranie widzimy czasy, kiedy wiersze powstawały. To też ściema. Nic w tym nie ma nowatorskiego. Ilustrowanie wierszy obrazkami wynaleziono dawno temu. Poetyckość filmu objawia się nie tylko w recytacjach (jest ich dużo), ale też np. w obrazach gór. Widzimy więc malownicze Tatry, nad którymi galopują obłoki narysowane chyba w komputerze.

Baczyński-Kościukiewicz poetycko patrzy przez zielone szkiełko, niczym Karolcia. Poetyckość dla pensjonarek.

Bardziej niż „poetycko-biograficzny” do filmu pasuje klasyfikacja gatunkowa znana w polskim kinie od lat – czyli „szkoły pójdą”. Baczyński idealnie się w nią wpisuje. Film jest szkolnym streszczeniem biografii poety. To, co ciężko przyswaja się czytając, szczególnie w czasach, kiedy czytanie nie jest w modzie, można przyswoić obrazem. Widzowie przyswoją więc te kilka przytoczonych wyżej podstawowych faktów z życia poety. Zobaczą też świat idealnie zgodny z tym, jaki prezentują szkolne podręczniki – świat wojennego heroizmu, bohaterstwa. Nawet czas trwania filmu – godzina – jest szkolny: jak zaczniemy na przerwie, to da się go obejrzeć na jednej lekcji polskiego. Ideał.

Im bardziej widziałam, że w Baczyńskim schemat pogania schemat, tym bardziej myślałam, jak genialna jest biografia tego poety. Szczególnie dla filmowca. Historia o Baczyńskim mogłaby być pretekstem do opowiedzenia o tragedii powstania warszawskiego. Wyobraźmy sobie chłopaka wychowanego na martyrologicznym micie („Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć”), który chciałby być poetą, ale presja społeczna zmusza go do bycia żołnierzem. Idzie do powstania, a my, widzowie, widzimy, że idzie na stracenie. I wiemy to nie dlatego, że znamy historię Baczyńskiego, ale dlatego, że ktoś filmowymi środkami opowiedział nam o wrażliwym chłopaku, który ma talent do pisania wierszy, ale nie do wojny. Widzowie mogliby w duchu podpowiadać poecie: „nie idź”, mogliby zobaczyć, że to wszystko jest źle przygotowane, że skończy się klęską. Mogliby czuć, że oto rozgrywa się tragedia. Nie tylko Baczyńskiego, ale całego pokolenia. Mogliby zadawać sobie pytania o sens walki. Jej przyczyny i konsekwencje.

Baczyński Piwowarskiego nie mierzy się z żadnym z tych tematów. Obraz powstania jest rodem z Muzeum Powstania Warszawskiego.

Jeszcze kilka lat reprodukowania takiej opowieści o sierpniu 44, a ludzie serio uwierzą, że wygraliśmy.

Młodzieńcza miłość Krzysztofa i Basi opowiedziana jest jak dość staroświecko: całują się, do pokoju wchodzi matka, cięcie, ślub. Wszystko szkolne i bez niuansów. Film kończą krótkie biogramy kilku postaci pojawiających się na ekranie, m.in. Gajcego, Andrzejewskiego, Iwaszkiewicza. Zupełnie nieświadomie chyba przy okazji Iwaszkiewicza pada fraza, że „Baczyński wyrwał mu się z ramion”. A przy Andrzejewskim, że Baczyński był jego miłością. Oczywiście z filmu nie dowiemy się, że Iwaszkiewicz czy Andrzejewski kochali się w poecie. To się w formule filmu szkolnego nie mieści.

Wyobraźmy sobie jednak film, w którym dwaj uznani pisarze kochają się w młodym, zdolnym, pięknym poecie i chcą go za wszelką cenę ocalić przed żołnierską śmiercią. Takiej historii jeszcze przez wiele lat nie zobaczymy.

Piszę o wszystkich tych wariantach filmu o Baczyńskim nie dlatego, że koniecznie chcę je zobaczyć, ale dlatego, że szkolny, bezkrytyczny film Piwowarskiego na wiele lat spalił ten temat. Nikt nie nakręci teraz innej opowieści o poecie. Po tym, jak Baczyńskiego obejrzą klasy, można go będzie dodać do któregoś z dzienników. Nawet gorzej – efektem tego filmu będzie tylko reprodukcja mitów, które nic dobrego nie przynoszą.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".