Potrzebujemy docenienia pracy emocjonalnej, ale docelowo chcemy przecież docenienia ludzi, którzy ją wykonują. Może zabrzmię abstrakcyjnie, ale zmiana polega na walce o nowy zestaw wartości i nowy sposób wynagradzania nie tylko pracy ludzi, ale w ogóle ich istnienia – mówi Rose Hackman.
Paulina Januszewska: Cedowanie pracy emocjonalnej na kobiety jest w oczywisty sposób krzywdzące dla nich samych, ale negatywne konsekwencje tego nierównego podziału ponoszą wszyscy, także mężczyźni. Jakie to są koszty?
Rose Hackman: Jeśli większość obowiązków w zakresie identyfikacji, wyrażania i regulowania emocji ląduje na barkach kobiet i jest uważana za esencję kobiecości oraz zaprzeczenie męskości, wówczas mężczyźni już na bardzo wczesnym etapie swojego życia zostają pozbawieni świadomości i zdolności do zajmowania się tym obszarem w odniesieniu do odczuwania, opisywania i obsługi emocji – własnych i cudzych. Chłopców, którzy stają się potem mężczyznami, trenuje się raczej do ekstremalnego stoicyzmu, który może emocjonalnie eksplodować jedynie w gniew.
Dlaczego tylko w gniew?
W stereotypowo pojmowanej męskości to jedyna w pełni akceptowalna emocja, która nawet gdy przybiera bardzo negatywne formy, jest postrzegana jako siła. W praktyce ma to fatalne skutki, bo nie chcemy przebywać w towarzystwie kogoś, kto dysponuje tak ubogim wachlarzem emocji i kompetencji interpersonalnych, że nie potrafi zapanować nad gniewem. A już na pewno z kimś takim nie chciałabym tworzyć relacji przyjacielskiej, związku czy rodziny.
I coraz więcej kobiet faktycznie tego nie chce.
Skoro patriarchat sprawia, że mężczyźni nie są zbyt przyjemnymi osobami, bo nie dostają narzędzi do połączenia się ze sobą oraz innymi ludźmi w pozytywny sposób i nie potrafią w zdrowy sposób przeżywać emocji, to trudno się dziwić doniesieniom o epidemii męskiej samotności, kryzysie związanym z nieproporcjonalnie częstszymi niż u kobiet samobójstwami, przedwczesnymi zgonami i przedawkowaniami alkoholu na tle depresji, rozpaczy. Swoją książkę traktuję więc nie tylko jako misję ubiegania się o sprawiedliwość dla kobiet, ale także jako apel o ochronę człowieczeństwa mężczyzn. Wymagając od nich okazywania wąskiej gamy emocji związanych z dominacją, agresją, rywalizacją i ryzykiem, okrada się ich też z możliwości prowadzenia w pełni zdrowego, wspólnotowego życia.
Jak wytłumaczyłabyś tym, którzy jeszcze nie czytali twojej książki, znaczenie pojęcia pracy emocjonalnej i w jaki sposób odróżnia się ona od innych, dobrze opisanych przez feministyczne teoretyczki – np. pracy opiekuńczej, domowej, reprodukcyjnej?
Praca emocjonalna jest osobną formą pracy, choć w niektórych punktach może łączyć się z pozostałymi. Czasem bywa uważana za synonim opieki i troski, ale nie jest z nimi w pełni tożsama. Moja definicja brzmi następująco: praca emocjonalna to edytowanie własnych emocji w celu pozytywnego wpływania na emocje innych. To przykładowo uśmiech, który kobieta bez przerwy podarowuje innym po to, by ci poczuli się dobrze niezależnie od jej faktycznego samopoczucia. W naszym społeczeństwie praca emocjonalna jest bardzo silnie sfeminizowaną, nierzadko urasowioną, marginalizowaną, niewidoczną, mocno zdewaluowaną lub w ogóle niedocenianą formą pracy, mimo że należy do fundamentów tworzących związki, rodziny, wspólnoty, gospodarki i całe społeczeństwa.
czytaj także
Czy praca emocjonalna występuje tylko w sferze prywatnej?
Nie, termin ten w odniesieniu do pracy zawodowej został ukuty przez Arlie Hochschild ponad 40 lat temu. Ta wybitna socjolożka wskazywała, że widoczną eksplozję pracy emocjonalnej mogliśmy obserwować w momencie zastępowania sektora produkcji sektorem usług – tzw. usług z uśmiechem. Hochschild przyjrzała się pracy stewardes, których praca nie polega tylko na udzielaniu pasażerom instrukcji, co robić w nagłych wypadkach…
…tylko na czym?
Na zapewnieniu poczucia bezpieczeństwa, bycia zaopiekowanymi. Sprawianie wrażenia troskliwych, zawsze życzliwych, ultrauprzejmych i zadowolonych służy obniżaniu poziomu niepokoju, łagodzeniu trudnych nastrojów wśród pasażerów, jest podyktowane koniecznością odpowiedzi na potrzeby podróżujących. W czasach kiedy latanie było czymś bardzo ekskluzywnym, zwracano na to uwagę szczególnie, a dodatkowo kobiety (to zawód nie bez powodu wyjątkowo sfeminizowany) z pokładowej obsługi miały być miłe dla oka i seksowne. Swoją emocjonalną pracą budowały markę linii lotniczych. To samo dzieje się w restauracjach, barach czy szpitalach.
Skoro praca emocjonalna i zawody opiekuńcze będą trudno zastępowalne, choćby przez sztuczną inteligencję, to może wzrośnie ich wartość?
Chciałabym, żeby systemowo faktycznie lepiej wynagradzano pielęgniarki, nauczycielki czy opiekunki seniorów, bo to niezwykle ważne społecznie zawody. Nie możemy jednak zapominać o zmianach kulturowych, które będą rzutować na równie ważny, ale na razie nierówny podział prywatnej pracy emocjonalnej, bez której wszystko inne zwyczajnie nie działa. Odpowiedzialność za dobre samopoczucie społeczności, rodziny, tradycyjnie heteroseksualnego najbliższego otoczenia spoczywa przede wszystkim na matkach i żonach, od których wciąż oczekuje się, że będą optymistycznie nastawione do życia i w zawsze dobrym nastroju w stosunku do swoich dzieci i partnerów. Kobieta reguluje emocje zarówno ogarniętego napadem złości pięciolatka, jak i jego rozgniewanego, a przez to na przykład nieobecnego albo niebezpiecznego ojca. Pod tym względem zajęcia domowe, jak sprzątanie czy gotowanie, które same w sobie nie są emocjonalne, wchodzą w składową utrzymania harmonii i pozytywnych uczuć wszystkich członków rodziny.
Na tym polegają przecież relacje.
Tak, ale to działa zwykle tylko w jednym kierunku. O ile w przypadku dzieci pod żadnym pozorem nie możemy oczekiwać, że będą odpowiedzialne za emocje rodziców, o tyle w związku czy innych relacjach dorosłych powinniśmy dążyć do równowagi polegającej na obsłudze własnych uczuć, ale też empatii. Tymczasem kobiety, z którymi rozmawiałam, mówiły, że ich obowiązkiem jest dbanie o samopoczucie, w tym zdrowie psychiczne i fizyczne, wszystkich członków swojej rodziny.
Czyli co robią?
W efekcie wiedzą, że jeśli współmałżonek wróci w złym humorze z pracy do domu, to nie może zastać bałaganu czy zimnego obiadu, bo to pogorszy jego nastrój, „sprowokuje” awanturę albo wycofanie. Jeśli mąż cierpi na depresję albo ma problemy z sercem, żona przygotowuje mu taki posiłek, który jest zdrowy i smaczny. Nikt jej o to nie prosi, ale niewykonanie podobnych czynności powoduje mniejsze lub większe katastrofy – i nie mogą liczyć na wzajemność. Często natomiast stają się dyskredytowanymi zrzędami, ponieważ – zgodnie z powszechnym oczekiwaniem – czują, że muszą sprawdzać, czy ich mężowie, rodzice albo na przykład teściowie są zdrowi. Sama, gdy mój mąż skręcił kostkę, złapałam się na upewnianiu się, czy na pewno włożył ortezę, żeby noga dobrze się zagoiła. Na szczęście zrobiłam to tylko raz, ale weszłam w tę dynamikę jak w masło tylko po to, by móc usłyszeć: „nie zachowuj się jak moja matka”.
Co się dzieje, gdy kobieta odmawia wykonywania pracy emocjonalnej?
W niektórych przypadkach kończy się to kobietobójstwem, w innych tylko nieproszonym komentarzem: „rozchmurz się, kochanie”. Tak się składa, że nawet na ulicy jesteśmy winne pracę emocjonalną mężczyznom, których nie znamy. Zawsze lepiej biernie się uśmiechać, bo w przeciwnym razie ktoś zwróci na nas uwagę, a to może skończyć się źle. Wymuszona praca emocjonalna się nie kończy, a społeczeństwo usilnie odmawia uznania tego faktu. Traktowanie dobrego samopoczucia jako stanu podstawowego i domyślnego jest formą systemowego gaslightingu. Wmawia się nam, że wymyślamy sobie problemy, jak w ogóle śmiemy mówić, że wykonujemy pracę emocjonalną. Wystarczy jednak przestać to robić, by usłyszeć pretensje i nakaz powrotu do kieratu.
czytaj także
Ale zaraz ktoś nam powie, że bez przesady, że są większe problemy niż uśmiech.
Posługuję się tym powierzchownym przykładem, a nawet mówię, że napisałam książkę o sposobie, w jaki kobiety są zmuszane do uśmiechania się, aby wszyscy inni czuli się dobrze, bo od tej mikropowinności zaczyna się opresja w wersji makro. Wiesz, ile dostałam wiadomości o treści: „dlaczego nie uśmiechnęłaś się na zdjęciu do swojej książki”?
Zgaduję, że sporo.
Tymczasem żadna z tych osób nie rozumiała głębokiej ironii swojego pytania, bo tak silnie zakorzenione jest w nas wszystkich przekonanie o obowiązku dostarczania usług emocjonalnych innym. To widać już na poziomie intymnych związków heteroseksualnych, gdzie w dużej mierze okazuje się, że kobieta powinna dopasować swoją energię do partnera. Tak utrwalamy hierarchię, która stawia mężczyznę w centrum, czyniąc go jedyną liczącą się w związku i cieszącą się w pełni życiem osobą. Dlatego zawsze polecam sprawdzać, co się dzieje, gdy przestajemy wykonywać pracę emocjonalną i stawiać partnera na pierwszym miejscu. W pozytywnych relacjach może to być okazja do renegocjacji patriarchalnych skryptów, co wydaje mi się jak najbardziej osiągalne. Ale tam, gdzie hierarchia jest egzystencjalnie ważna dla mężczyzny, rodzi się poważne niebezpieczeństwo.
Poświęciłaś rozdział ciemnej stronie hierarchii płci, której efektem jest mordowanie kobiet. Dlaczego powinniśmy wyróżniać zabójstwo ze względu na płeć?
W wielu przypadkach, gdy czytasz o mężczyznach, którzy zabijają swoje obecne lub byłe intymne partnerki, słyszysz nie tylko o tym, że kobieta jest własnością partnera, ale i że dla niego istnieje. Jeśli jednak przestanie istnieć dla mężczyzny, przestaje też zasługiwać na życie, więc to jest jak najbardziej ekstremalny systemowy wyraz nierówności w pracy emocjonalnej. Niestety, wcale nie rzadki, więc nie mówimy o głupotach i o tym, że uprzywilejowane kobiety narzekają na mężczyzn, którzy nie gotują, nie sprzątają swoich skarpetek i ciągle żądają uśmiechu. Mówimy o realnym niebezpieczeństwie, choć wiem, że prawicowi mężczyźni widzą je gdzie indziej.
Gdzie?
Na zewnątrz. Moja kolejna książka będzie dotyczyć przekonań prawicowych i ultraprawicowych mężczyzn na temat kobiet. Ci, z którymi przeprowadziłam wywiady, przekonywali mnie, że najważniejsze dla nich i w ogóle dla wszystkich mężczyzn powinno być bronienie swoich kobiet przez nadciągającymi ze świata zagrożeniami, czyli na przykład przed migrantami. Tymczasem zgromadzone statystyki i badania mówią, że najbardziej niebezpieczną osobą dla kobiety nie jest obcy mężczyzna, abstrakcyjny obcokrajowiec, metaforyczny inny. To mężczyzna leżący tuż obok niej. Każda kobieta wie zatem, że najważniejszą decyzją z perspektywy życia i śmierci, jaką podejmie, jest to, kto zostanie jej partnerem.
Dlaczego to atrakcyjna formuła dla mężczyzn? Chodzi tylko o władzę?
Zgodnie z prawicową narracją o męskości partner mówi: „muszę być patriarchą i otrzymywać przywileje od kobiet, ponieważ ponoszę ciężar ich ochrony”. Nic zatem dziwnego, że prawica, która jest tak głęboko przesiąknięta hipermęskimi ideałami i rasizmem, zdobywa w chwili trwających kryzysów, niestabilności i w obliczu niedziałającej polityki migracyjnej i integracyjnej wielu popleczników. Obiecuje zgodnie z patriarchalną logiką pozornie jasny, sprawiedliwy i atrakcyjny podział ról.
Dlaczego to pozory?
Bo panowanie wiąże się z bardzo sztywno określoną dominacją, która ma ukryte i destrukcyjne koszty, jak alienacja, presja czy ograniczenie ekspresji skutkujące wykluczeniem i przemocą. Odstępstwo od narzuconej, niedopuszczającej słabości męskiej normy bywa wręcz zabójcze, ale wpisywanie się w nią także nie jest gwarancją sukcesu. Patriarchat zakłada oczywiście, że u władzy są mężczyźni, ale nie wszyscy, a na pewno nie wszyscy w nim wygrają. Nie wygrają na przykład ci wykorzystani jako mięso armatnie w budowaniu dominacji dyktatorów.
Piszesz, że z pracą emocjonalną niezbyt dobrze radzi jednak także biały, liberalny feminizm. Dlaczego?
Czy Sheryl Sandberg dotarła do Polski?
„Dojrzewanie” nie daje łatwych odpowiedzi? Przeciwnie – podsuwa je niemal na tacy
czytaj także
Tak, przede wszystkim w kontekście figury girlboss.
Gdy myślę o problemach uprzywilejowanego, białego, neoliberalnego feminizmu, to myślę właśnie o zapoczątkowanym przez nią ruchu Lean In, który pewność siebie uznaje za remedium na przełamywanie męskiej dominacji i przepis na zrobienie kariery na wysokich stanowiskach. Mnie, białej kobiecie pracującej na przykład w korporacji, bardzo łatwo jest mówić o dbaniu o siebie, stawianiu granic, walce o sukces i owym „włączaniu się do gry”. Taka strategia w rzeczywistości okazuje się jednak nieprzydatna.
Dlaczego? Jakie są największe ograniczenia wizji świata roztaczanej przez liberalny feminizm?
Przede wszystkim obok przeszkód wynikających z płci są jeszcze liczne inne, takie jak rasizm, homofobia czy klasizm. Brak tych perspektyw, indywidualna emancypacja bez dostrzeżenia systemowych wykluczeń poza płcią poskutkowała m.in. przemilczeniem przerzucenia pracy emocjonalnej przez białe wyemancypowane kobiety na te o innym kolorze skóry. Problemy feminizmu drugiej czy trzeciej fali o robieniu kariery i pójściu do pracy były całkowicie niezrozumiałe choćby dla czarnych osób z klasy pracującej, które musiały harować od zawsze.
Piszesz, że brak dowartościowania pracy emocjonalnej ma negatywne konsekwencje ekonomiczne dla całych społeczeństw. Czy sposobem na zmianę są po prostu pieniądze i być może wzięcie przykładu z pracownic seksualnych, które wyceniają swoje de facto emocjonalne, a nie tylko seksualne usługi?
Oczywiście potrzebujemy docenienia pracy emocjonalnej, ale docelowo chcemy przecież docenienia ludzi, którzy ją wykonują. Może zabrzmię nieco abstrakcyjnie, ale zmiana polega na walce o nowy zestaw wartości i nowy sposób wynagradzania nie tylko pracy ludzi, ale w ogóle ich istnienia. Potrzebujemy przełamać fundamentalną prawdę kapitalizmu, który głosi, że jedynym sposobem na określenie wartości człowieka są pieniądze, a rzeczywistość to jeden wielki rynek.
Słuchaj podcastu „Wychowanie płci żeńskiej”:
Co mogłoby być podstawą albo chociaż kierunkiem, w którym podążamy, szukając nowego zestawu wartości?
Jeśli nie ma pewności, że każdy będzie miał jakieś opłacane wedle dzisiejszych standardów zajęcie, a praca reprodukcyjna, opiekuńcza czy emocjonalna nie znikną i nie zostaną łatwo zastąpione, to warto pomyśleć o uniwersalnym dochodzie podstawowym jako sposobie wspierania ludzi, w tym także pracy, która dzieje się za zamkniętymi drzwiami i od której społeczeństwa i gospodarki są tak zależne.
**
Rose Hackman – dziennikarka i pisarka, której teksty o płci, rasie, pracy, policji, mieszkalnictwie i środowisku – publikowane w „Guardianie” – nagłaśniają problemy polityk publicznych, historycznie zakorzenionej niesprawiedliwości i zawiłości obyczajowych. Autorka książki Praca emocjonalna, która ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.