Czytaj dalej

„Czekam na jakiś skandal i już jest. Oczywiście Żuławski” [fragment „Dziennika 2005” Andy Rottenberg]

anda rottenberg

„W kapiącej od złota i purpury molierowskiej Comédie-Française tęgie umysły Europy rzucają przed nami perły swych poprawnych politycznie, oczywistych myśli. Fragment książki Andy Rottenberg „Lista. Dziennik 2005”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Warszawa, Wawer, Kraków i Paryż. Bliska emerytura i kolejne angaże. Wir pracy i chwila na refleksję. Błyskotliwe obserwacje dnia codziennego słynna polska kuratorka przeplata z ostrymi komentarzami na tematy towarzyskie i społeczne. Publikujemy fragment książki Andy Rottenberg Lista. Dziennik 2005, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

**

Warszawa, Wawer, piątek, 29 kwietnia 2005

Dwadzieścia cztery lata rzucania grochem o ścianę, naiwnego apelowania do wyższych uczuć i potrzeb, patriotyzmu, racji stanu, dobra polskiej kultury, strategii politycznej, snobizmu i tak dalej. Fajerwerki. Piruety. Kontredanse. Rozmowy, listy, bankiety, dusery. Zniechęcenia. Upadki. Powstania. Tracenie energii. Zbieranie sił. Pani już dziękujemy.

Rezygnuję. Doradzam z drugiego rzędu. Na kawce. Na kolacyjce. Przez telefon. Przez komputer. Anonimowo. Z poczucia obowiązku. Z przywiązania do dobrego smaku.

No i proszę. Jest muzeum! Waldi podpisał zarządzenie. Szampan. Całuski. I do roboty.

Paryż, poniedziałek, 2 maja 2005

Jedziemy na raut do Chiraca. Masz identyfikator? Błyskotliwe przemówienie prezydenta Francji. Lata doświadczeń. Kwieciste porównania. Wojna jako l’orage d’acier, burza stali! A może stalowa burza?

Pałac Elizejski w dekoracjach napędzanych przez horror vacui Napoleona III. Waldiemu się podoba. Przykład mocarstwowej potęgi.

Roman Opałka, jak zwykle i wszędzie, choć bez Marie Madeleine. Chwilowo, jak zapewnia. Jesteśmy zaproszeni ad personam. Roman obiecuje prezenty dla nowego muzeum. Ambasador RP mówi, że inni też są gotowi coś sprezentować. Na przykład Christian Boltanski – skąd on to wie? Mnie Christian o tym nie wspominał. Znaczy, że można zacząć zabiegać o prawdziwe dzieła i tworzyć kolekcję. Ciekawe tylko, kto będzie pisał te proszalne listy i prowadził rozmowy.

Potencjał stworzony przed zbudowaniem muzeum może nie być mile przyjęty przed wyłonieniem dyrektora z konkursu. Swoją drogą, to ciekawe móc patrzeć na wszystko od wewnątrz i z zewnątrz jednocześnie. Nie jesteśmy podmiotem działań oficjalnych, wiemy, jak to zrobić, ale możemy też popatrzeć, jak się inni do tego zabierają.

Mały bufecik w Pałacu Elizejskim jako rekompensata za dwie godziny na stojąco. Zaraz potem regularny lunch na dziedzińcu Palais-Royale, czyli w ogrodach Ministerstwa Kultury Francji. Na sąsiednim dziedzińcu podwójna kolumnada, którą Leon chciał ozdobić pasami w dialogu z Burenem, przykryta od góry i z boków plastikiem mającym nas chronić od deszczu, teraz potęgującym nieznośny upał i duchotę. Biesiadnicy, którzy nie znaleźli miejsca w cieniu (czyli tylko w jednym z wielu rzędów), piekli się jak w izraelskiej cieplarni.

Wino, pularda, woda, desery, rozmowy.

Typowo arogancki Francuz zajął miejsce obok mnie bez pytania, nawet bez pytającego gestu. Nie przedstawia się z nazwiska, tylko ze specjalności. Uczy w Aix-en-Provence. Jest specjalistą od języka kreolskiego. Kreolskiego! Był zaproszony z wynikiem swoich badań przez Okwuiego Enwezora na documenta. Może zna kreolski, ale nie zna angielskiego. A my żartujemy między sobą w jakimś obcym języku, tak nie wypada, naprawdę to pochodzę z Lyonu. Macie tam kuchnię podobną do polskiej – mówię litościwie po francusku – opartą na wieprzowinie, są jednak zasadnicze różnice, owszem, jemy nóżki, ale uszek to już nie, oreilles de cochon, świńskie uszy, u nas potrawa nieznana. Ale za to Polacy używają dużo soli – odparowuje uczony – wiem, bo spotkałem jednego Polaka i bardzo dużo solił. Logika jego jest nieodparta.

Towarzystwo przy stole żartuje w sposób niezrozumiały, ani jednego francuskiego słowa, przecież jednak jesteśmy w Paryżu, choć skądinąd także w Unii.

Powrót centrali, państwowcy wyklęci i kasa

czytaj także

Powrót centrali, państwowcy wyklęci i kasa

Instytut Studiów Zaawansowanych

Profesor się poci i skarży się na to wszystko do komórki, w której chyba siedzi żona, wychylając się w sposób dla nas niewidoczny zza Góry Świętej Wiktorii. Dzielimy się zgadywaniem gatunku mięsa, które nam podano. Pularda. Tłumaczę Helenie Kontovej i Kaśce Kozyrze, że pularda to taka kura bez jaj.

W kapiącej od złota i purpury molierowskiej Comédie-Française tęgie umysły Europy rzucają przed nami perły swych poprawnych politycznie, oczywistych myśli. Nikt nikogo nie obraża, nikt nie woła o wykluczenie jakiegoś narodu albo religii. Panuje konsensus w ramach spokojnej, eleganckiej rozbieżności poglądów w obrębie ogólnej uczoności i kontekstu dobrego wychowania. Wspomina się mimochodem o rzeziach dokonywanych tu i ówdzie, ale nie dotyczy to przecież nas, Europejczyków. Chirac zapomniał, co mówił półtora roku temu o regułach panujących w poczekalni. Złote zgłoski. Nawiązanie do mitu o porwaniu Europy, o brzemiennym w skutki rozdziale kontynentów.

Ostatni taki prezydent

Potem w jakiejś mowie pojawia się Tales z Miletu, nie ma postępu bez nauki. Notuję w ciemnościach, macam klawisze komputera, zawierzając pamięci zapisanej w końcach palców. Na ekranie roi się od błędów. Tłumaczki zaskoczone przebiegiem rozumowania milkną na długą chwilę, która już nie daje się nadrobić. My, Polacy, nie nadążamy za biegiem wyrażanych po francusku myśli prelegenta, nie zaznajemy przywileju śledzenia w pełni dowodu o wyższości czegoś nad czymś. I nie bardzo wiadomo, co jest przedmiotem dyskursu. Poza tym, że chodzi o Europę jako tygiel wartości w przededniu nowego renesansu.

Czekam na jakiś skandal i już jest. Oczywiście Żuławski. Opowiada o swym humanistycznym wychowaniu i prosi o to, żeby przestali tu pieprzyć głodne kawałki. Nie może skończyć, bo nie jest przewidziany w tym punkcie programu. (…)

Berlińska depresja [fragment książki Andy Rottenberg]

Warszawa, środa, 11 maja 2005

No dobrze. Kongresik gotowy. Popychałam ten wózeczek, turlałam, manewrowałam na zakrętach. Tonęłam w duperelach. Pogrążałam się w minutach spotkań, sesji, wizyt tu i tam, odjazdu pociągów i mikrobusów, detalach jadłospisu na lanczyk, na głowę uczestnika, pilnowałam czcionki na zaproszeniach. Panie ministrze – patronat honorowy i dotacja, i bankiecik; czy pan prezydent królewskiego miasta Krakowa wyda przyjęcie? Jak wyda, to przemówi do światowego grona. Wyda. I doda koncercik gratis. Druczki. Pamiątkowe gadżety. Opakowanie gościnności. Pomożecie? Pomożemy.

Światowy kongres międzynarodowego stowarzyszenia kuratorów IKT. Jedna z wielu rzeczy, którymi się zajmuję w Instytucie Adama Mickiewicza, gdzie zarabiam na chleb, zanim przejdę na emeryturę. A zaczęłam od przygotowań do Polskiego Sezonu we Francji, którą objeżdżałam z rozmaitymi pomysłami wystaw, koncertów, przedstawień teatralnych i wysłuchiwałam sakramentalnego: Ce n’est pas possible, wypowiadanego przez dyrektorów teatrów i sal koncertowych, galerii i muzeów.

Nie było możliwe, ponieważ akurat wówczas J. Chirac wypowiedział na temat Polski znamienne zdanie, że jak się siedzi w poczekalni, to się nie stawia warunków. Nie pomagało odwoływanie się do podskórnego szantażu (czy właśnie to mam napisać polskiemu ministrowi w sprawozdaniu z naszej rozmowy?), wytykania gospodarzom ich ignorancji (a szkoda, że pan nie słyszał o tym artyście, bo stworzył awangardowe dzieła znacznie wcześniej niż ten, którego teraz macie na wystawie) i stosowania chwytów psychologicznych (proponuję, abyśmy mówili po angielsku, jest to język obcy dla nas obojga, stworzy nam równe szanse i zapewni partnerski udział w rozmowie).

Wysłuchawszy o tych wszystkich niemożnościach, podzieliłam się z jakimś dziennikarzem wrażeniem, że nas we Francji po prostu nie chcą. A on to zacytował w gazecie, na którą trafiłam w samolocie. Zanim z niego wysiadłam, na biurku Waldiego już leżało démarche ambasadora Francji w sprawie „jednostronnego i nieprawdziwego przedstawiania francusko-polskiej współpracy kulturalnej”.

Waldi znalazł na moje miejsce bardziej potulnego realizatora tego sezonu. Chirac zmienił zdanie na temat siedzenia w przedpokoju. I wszystkie proponowane przeze mnie projekty nagle stały się możliwe, ponieważ było już wiadomo, że otwarcie Sezonu zbiegnie się z wejściem Polski do UE. Inaugurację uświetnił uroczysty bankiet w ambasadzie Francji. Usadzono mnie obok ambasadora, który wbrew francuskim zwyczajom pocałował mnie w rękę i wykrzyknął:

Madame, je vous adore!

A potem byłam zaproszona na otwarcie sezonu do Paryża. Oraz na wyżej opisaną „paneuropejską” konferencję o przyszłości Europy.

Czytając démarche, Waldi mógł nie wiedzieć, że Francuzi zawsze bardziej cenią tych, którzy się im stawiają, od tych, którzy im robią loda.

Gdybym była Andrzejem Rottenbergiem

czytaj także

**
Anda Rottenberg (1944) – absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego (1970). Autorka licznych wystaw, m.in.: Rzeźba w ogrodzie (1988), Gdzie jest brat twój, Abel? (1995), Warszawa-Moskwa 1900-2000 (2004), Obok. Tysiąc lat historii w sztuce (2011), Postęp i higiena (2014) oraz książek, m.in: Sztuka w Polsce 1945-2005 (2006), Przeciąg. Teksty o sztuce polskiej lat 80. (2009), autobiografii Proszę bardzo (2009) i wywiadu rzeki (wraz z Dorotą Jarecką) Rottenberg. Już trudno (2014). Prowadzi dział kultura w magazynie „Vogue Polska”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać