Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Zmierzch Pop Americana. Gdzie szukać nowych sojuszników w muzyce?

Jak Pax Americana odszedł w niepamięć wraz z drugą kadencją Trumpa, tak i w muzyce widać już zmierzch trwającej od zarania popu amerykańskiej hegemonii. A skoro polityka domaga się nowych sojuszy, to poszukajmy ich też w świecie muzyki.

ObserwujObserwujesz
Walka

Kilka dni temu Bad Bunny zgarnął nagrodę Grammy za najlepszy album roku, przypieczętowując swój status największej gwiazdy światowej muzyki pop. Można traktować to wydarzenie w kategorii „latynoskiego sukcesu” i faktycznie, w latach 20. nowego stulecia Benito Antonio Martínez Ocasio okazał się Mojżeszem prowadzącym muzykę hiszpańskojęzyczną przez wzburzone fale amerykańskiego trapu i jego popowych hybryd. Debí Tirar Más Fotos, czyli płyta, za którą Bunny zgarnął prestiżowy laur, pęka w szwach od nawiązań do tradycyjnej muzyki portorykańskiej, na której wychował się artysta, a wszystko spięte jest klamrą nowoczesnego reggaetonu – gatunku, który zachwiał hegemonią amerykańskich wokalistek, wokalistów i zespołów na globalnych listach.

Nie ma to w sobie nic z przypadku – cała jego sześciopłytowa jak dotąd dyskografia zasłużyła na najwyższe laury. Znienawidzony przez Donalda Trumpa, występujący w walkach wrestlingowych i notujący w serwisach streamingowych nawet 80 milionów słuchaczy miesięcznie Benito jest współczesnym Michaelem Jacksonem, ikoną i wzorcem, doskonale osadzonym i rozsadzającym amerykański rynek. Jego sukces to zarazem przykład, jak zwyciężać mamy – ostateczny dowód, że każdy może się obyć bez muzyki z USA, skoro sama muzyka z USA daje sobie bez niej radę. W ostatniej dekadzie ten stan rzeczy uświadamiali sobie twórcy i słuchacze z całego świata.

Czytaj także Narcocorridos, Bad Bunny i AI, czyli muzyka jako kolejny front wojny Trumpa Lorelai Woch

I tak jak Pax Americana, powojenny porządek oparty o militarną i gospodarczą dominację USA, odszedł w niepamięć wraz z drugą kadencją popcornowego despoty, tak i w muzyce widać już zmierzch trwającej od zarania popu amerykańskiej hegemonii. Nie oznacza to oczywiście całkowitego upadku ani nawet zachwiania wiodącej roli Stanów w zakresie muzycznych innowacji, technologii i zasobów – konsekwentnego rozwijania języka muzyki współczesnej nikt traperom z Atlanty czy footworkerkom z Chicago nie odbierze. Ale skoro polityka domaga się dywersyfikacji i nowych sojuszy, to ich poszukajmy.

Zdecentralizowane neoperreo (Chile, Meksyk, internet)

Zachodni słuchacz muzykę Bad Bunny’ego będzie początkowo odbierał przez pryzmat charakterystycznego rytmu, opartego na tresillo dembow beat. Łączy on reaggeton, z korzeniami w Portoryko i Panamie, z kontynuatorami gatunku z Kolumbii i innych krajów Ameryki Południowej, twórcami afrobeats czy różnych odmian muzyki bliskowschodniej i komplikuje podstawę rytmiczną większości popu zachodniego, opartego na schemacie metrycznym 4/4. A gdy już rozsmakujecie się w tym „latynoskim” bicie, sprawdźcie koniecznie neoperreo – młodszą siostrę reggaetonu na czasy internetu.

Miejsce pochodzenia to jedna z rzeczy, która odróżnia neoperreo od reggaetonu. Choć kluczowi dla ukonstytuowania neoperreo byli Tomasa Del Real z Chile czy meksykański label Tempvs Music, to sam gatunek jest znacznie bardziej zdecentralizowany niż poprzednik. Na liście różnic kluczowe artystki nurtu umieściłyby też mniejszą „heteroseksualność” niż w przypadku starszej siostry, święcącej triumfy w portorykańskich klubach – choć oba gatunki „epatują” seksualnością, to neoperreo stoi queerem. Młodszy gatunek sięga też chętniej po wpływy muzyki eksperymentalnej i stawia raczej na deconstructed club i inne hybrydy współczesnej muzyki elektronicznej niż na maczystowski trap, który zmienił reggaeton w ostatnich latach.

Afrykańskie spektrum

W ubiegłym roku organizowany w położonej nad Jeziorem Wiktorii miejscowości Jinja festiwal Nyege Nyege świętował dziesiąte urodziny, zaś w 2026 podobne obchody czekają label stworzony przez organizujący imprezę ugandyjski kolektyw. Zasługi tej ekipy w promocji muzyki z Afryki (i nie tylko, o czym za chwilę) trudno przecenić: jej katalog jest pełen mniejszych i większych klasyków, gatunkowo rozpościerających się między metalem Dumy, malijskim balani DJ Diakiego i bubblingiem De Schuurmana. Od kilku lat twórcy labelu mają zarezerwowane miejsce na odbywającym się w Warszawie nad Wisłą festiwalu Lado, gdzie przybywają tłumy, a na samym festiwalu w Jinji grał też jeszcze dość anonimowy wówczas Zohran Mamdani, dziś burmistrz Nowego Jorku.

Ale nie samym Nyege Nyege tętni muzyka afrykańska, choć niewątpliwie jest to jedna z najbardziej wpływowych instytucji w dzisiejszej muzyce na przecięciu chwytliwego popu i elektronicznej awangardy. Równie prężnie rozwijają się południowoafrykańskie amapiano i qgom – wystarczy spojrzeć na karierę DJ-a Laga, który swój status jednego z najciekawszych twórców lokalnego techno potwierdził w 2024 roku znakomitym albumem The Rebellion. W specyfikę gatunku dobrze wprowadza film Gqom Secret Stash Out Of The Locations, pokazujący kulturotwórczą rolę taksówek w Durbanie i intensywność gqomowych imprez. Trudno nie podpisać się pod najpopularniejszym komentarzem pod filmem – chciałbym, żeby w Europie odbywało się więcej takich imprez.

Funk po brazylijsku

Wspominane pozaafrykańskie indeksy w katalogu Nyege Nyege to przede wszystkim Queridão DJ-a Andersona de Paraisooraz Radio Libertadora! DJ-a K – dwóch czołowych przedstawicieli brazylijskiego funku, który w zależności od lokalnej wersji – z Rio de Janeiro, São Paulo czy Belo Horizonte – eksploruje na swój sposób najbardziej ekstremalne brzmienie współczesnej muzyki elektronicznej.

Nie, brazylijski funk nie ma wiele wspólnego z wytwórnią Motown i ciepłym, miękkim brzmieniem amerykańskiego funku z drugiej połowy lat 70. – to wywrotowa muzyka przepalająca styki, rozseksualizowana, bezczelna i napędzająca niezależne imprezy w kraju Luli. A także – mocno lewicowa. Jak mawiał legendarny twórca brazylijskiej tropicalii, Caetano Veloso, w latach 60. podział w Brazylii był jasny: albo byłeś komunistą, albo donosicielem. Inaczej niż w Europie Środkowej, sporo z tego komunizującego sznytu zostało przekazane nowemu pokoleniu, a w rewelacyjnym filmie Inside the Mind of Favela Funk możemy lepiej przyjrzeć się niełatwym społecznym warunkom, w jakich wykiełkowała ta estetyka.

Na drugą nóżkę, dla pełniejszego obrazu społecznych napięć w Brazylii polecam netflixowy dokument Apokalipsa w tropikach, opowiadający o rosnących wpływach Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego w Brazylii i stopniowego przekształcania kraju w nowoczesną teokrację.

iAsia, czyli mozaika dalekowschodnia

W związku z rozwojem scen lokalnych, streamingu i alternatywnych kanałów dystrybucji w obecnej dekadzie obserwujemy rozkwit zjawiska znanego jako „trigger cities” – czyli miast, które mogą wynieść muzyków i muzyczki do rangi międzynarodowych gwiazd. Tym razem jednak nie chodzi o znane klisze o dziewczynach i chłopakach na niskopłatnych posadach w usługach, które decydują się na podbijanie Hollywood – obok Los Angeles czy Nowego Jorku furtką do kariery mogą być też Bogota, Dżakarta, Manila, Singapur czy Kuala Lumpur.

Czytaj także Peryferie kobiecego trapu Tomasz Skowyra

Ten rodzaj migracji zarobkowo-artystycznej przybiera przeróżne kształty – zespoły k-popowe przyjeżdżają kręcić teledyski w Warszawie, poszerzając zainteresowanie swoją twórczością w nowych regionach świata, praktycznie nieznany w Polsce Ogryzek notuje kilka milionów odsłuchów w Brazylii, a inni artyści z zachodniej Europy traktują kraje, o których mają blade pojęcie, jako trampolinę do kariery. Bawi ucząc i uczy bawiąc, a na dodatek pomogło w rozwoju sceny eksperymentalnej w Wietnamie, popandemicznym rozkwicie łączącej tradycję z nowoczesnością elektroniki w Tajlandii czy eksplozji shoegaze’u na Tajwanie.

Migranci budują potęgę europopu

Cudze chwalicie… Nasza mlekiem i miodem płynąca euroojczyzna ma pod względem muzyki współczesnej do zaoferowania tyle samo, co Azja i Ameryka Południowa. W Portugalii prężnie działa label Principe, przenoszący do współczesności kuduro czy kizombę – muzykę buntu z Angoli, pokazując, że nawet postkolonialne dziedzictwo można przekuć w coś zachwycającego i żywotnego. W Grecji działa label Heat Crimes, który publikuje albumy z muzyką rytualną z Iranu, Libanu i Iraku, egipskim marangharatem (Elkotsh) oraz shaabi (Abosahar) czy transylwańską mieszankę wschodnioeuropejskiego folku z soundtrackami do horrorów (VIZ).

Portugalii i Grecji i tak daleko do największych artystycznych hubów Europy – to miano niezmiennie należy do Wielkiej Brytanii, która tradycyjnie już będąc prawdziwą taśmą produkcyjną dla gwiazd popu i alternatywy odpowiada także za nowe trendy w muzyce niezależnej – oczywiście dzięki różnorodnej klasie kreatywnej, tworzonej przez migrantów w pierwszym, drugim czy trzecim pokoleniu. Jakże wyglądałaby dziś muzyka bez brytyjskich towarów eksportowych – 2stepu, dubstepu, garage’u czy grime’u, by wymienić tylko kilka? Artyści o korzeniach jamajskich, tamilskich, indyjskich czy afrykańskich zmienili pejzaż muzyki XXI wieku w sposób, który wciąż domaga się systematycznego opowiedzenia.

Dorzućmy do tego potężną scenę elektroniczną w Niemczech, z jej berlińskimi klubami z listy dziedzictwa UNESCO i geniuszami zbliżonymi do wytwórni Kompakt z Kolonii, czy Holandię, jedną z ojczyzn przeżywającego renesans zainteresowania trance’u, Szwecję z jej opartą na piekielnym socjalu edukacją muzyczną od najmłodszych lat, wynoszącą na piedestał postaci pokroju Yung Leana, Bladee’ego czy Robyn, lub niemniej od Wielkiej Brytanii korzystającą na twórczych migrantach Francję, a będziemy mieli nieco pełniejszy obraz różnorodności dzisiejszej muzyki w Europie.

Zresztą doceńmy też artystów, promotorów i słuchaczy, którzy sprawiają, że i polska muzyka regularnie trafia do dziesiątki najchętniej słuchanych płyt na Spotify – jak kilka dni temu Młody West, jeszcze na początku dekady rapujący „nawet się nie łudzę, że dotrzemy z tym do mas”. Dzięki docenianym festiwalom takim jak Unsound, Off, Nowa Muzyka czy Sacrum Profanum Polska od dawna znajduje się na liście obowiązkowych punktów tras koncertowych, a wielu muzyków z różnych stron świata decyduje się też na zamieszkanie i pracę w naszym kraju. Podczas gdy miliardy ze środków europejskich i publicznych przekazywane są na „sztukę wysoką”, tworzona często w chałupniczych warunkach współczesna muzyka pop zasługuje na pieniądze z naszych kieszeni co najmniej w tym samym stopniu. Jej integracyjny, federacyjny potencjał tylko czeka na pełną realizację.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie